Rozdział 20 Kiedy ciemność przenikają promienie

Głośny huk rozsadził Jamesowi bębenki w uszach. Jęknął głośno, życząc z całego serca jak najboleśniejszej śmierci istocie, która wyrwała go ze snu. Następnie pojawiła się niejasna świadomość wydarzeń, jakie miały miejsce poprzedniego wieczoru, skłaniając go do gwałtownego rozchylenia powiek.

Nie, nie, nie, nie!

Pokój Wspólny Slytherinu, Blaked i jej cholerne wino! Ta wariatka musiała czegoś tam dodać.

Czuł się okropnie. Drapało go w gardle, a obraz był tak niewyraźny, że ledwo co rozpoznał w pomieszczeniu swoje dormitorium, głównie po dużej ilości szkarłatu i mocnym, intensywnym świetle, jakie wpadało do pokoju przez okno.

— Zwariowałeś? — rozległo się syknięcie. James nawet nie próbował rozpoznawać głosu, wystarczyła mu pewność, że to któryś z Huncwotów.

— Chyba już nie śpi, jest trzynasta.

To mógł być Mike albo Remus. Syriusz raczej nie, bo on doskonale znał możliwości ludzkiego organizmu jeśli chodzi o nadmiar snu.

James podniósł się do siadu i rozchylił kotary, zwracając na siebie uwagę przyjaciół.

— Obudziła się śpiąca królewna — rzucił Remus irytująco wesołym tonem. Zupełnie tak jakby chciał doprowadzić Jamesa do stanu jeszcze większego zirytowania.

— Zamknij się, zamknij się, zamknij się — wyszeptał parokrotnie Potter ukrywając twarz w dłoniach, by odciąć światło słoneczne od swoich oczu. Był pewien, że pozostali wymieniają znaczące spojrzenia.

— Dobra, pokaż się no — odezwał się Mike, siadając obok Jamesa na łóżku i odciągając jego ręce od twarzy. Nie zważając na niezadowolone jęki przyjaciela wykonał coś na wzór badania kontrolnego, wypytując o rzeczy typu, co go boli i jak się czuje. Na każde z tych pytań Potter odpowiedział paskudnym przekleństwem. — Będziesz żyć — oznajmił, klepiąc Jamesa po głowie i wstając. Ten tylko prychnął pod nosem i rzucił się z powrotem na łóżko, chowając twarz w poduszce. Wcale nie czuł się jak ktoś, kto rzeczywiście będzie żyć.

— Nieźle cię wczoraj wzięło — oznajmił po chwili milczenia Syriusz, siadając na łóżku przyjaciela. — To ciekawe, jak bardzo rozmowny stajesz się po amfetaminie.

— Zamknij się — odwarknął James. — Milcz, nie ruszaj się, nie oddychaj, nie patrz na mnie — polecił. — Najlepiej zniknijcie z tej planety i weźcie ze sobą pozostałą ludzkość — dodał. Pozostali Huncwoci, ku zgrozie Pottera, parsknęli śmiechem, wprowadzając go w stan jeszcze większej irytacji.

— Przykro mi — zaczął Remus tonem, który świadczył, że wcale nie jest mu przykro — ale musisz pójść na lekcje. Nie możesz ciągle wagarować — oznajmił.

— Myślę, że nasze opinie na temat tego, co mogę, a czego nie są skarjnie różne — mruknął tylko James stłumionym przez poduszkę głosem. — Zasadnicza różnica polega na tym, że moje zdanie ma znaczenie, a twoje nie. — Przewrócił się na plecy i weschnął. Miał zamiar spać do końca dnia.

— On ma rację — poparł Lupina Syriusz. — Daj spokój, Jim, przepadło ci już Zielarstwo i Zaklęcia, zostały dwie lekcje… Dasz radę — stwierdził, wyciągając z kieszeni kartkę, która musiała być ich planem lekcji. — Tylko Eliksiry i… — urwał, na co James podniósł się z łóżka gwałtownie.

— I? — zapytał ostro, ignorując zawrót głowy po nagłej zmianie pozycji.

— Nie wiem — skłamał nieporadnie Łapa, chowając kartkę za plecy.

— Przeczytaj, masz plan w ręce — zauważył Potter, robiąc krok w stronę przyjaciela, który cofnął się natychmiast.

— Nie chcę tego robić — odparł niewinnym tonem. James rzucił mu pełne politowania spojrzenie i podszedł w celu zabrania planu lekcji Łapie, jednak uprzedził go Mike, który wyszarpnął plan z rąk Syriusza, które ten trzymał za plecami.

— Obrona Przed Czarną Magią  — przeczytał Davis i spojrzał na przyjaciół, unosząc brwi. — W czym problem?

— Nie idę — oznajmił zamiast odpowiedzieć James, kierując się znów w stronę łóżka. Huncwoci natychmiast wydali z siebie niezadowolone okrzyki.

— Co masz do tego faceta, co? — zapytał Remus oburzony. — Jest miły i wątpię, żeby pracował dla trupów, miał schizofrenię… albo był psychopatą — rzucił, wzruszając ramionami. James prychnął pogardliwie.

— Nie możesz stwierdzić, że ktoś jest miły po pierwszym wrażeniu — zauważył.

— Że nie jest miły też nie mogę stwierdzać — mruknął cicho Lupin. — Przy tobie to już naprawdę strach się odezwać — dodał, na co Mike i Syriusz pokiwali z zapałem głowami.

— Ciężko stwierdzić, co odbierzesz za sugestię, iż człowiek jest sługą ciemności — potwierdził ten pierwszy. James wystawił do nich palec, jasno pokazując, co o nich myśli i ruszył w stronę łazienki.

Czuł, że najwyższy czas na wyjście z dormitorium, pójście na lekcje i rozprawienie się z Blaked.

Z naciskiem na to ostatnie.

“Zemsta - ślepa, sterylna, w czystej formie i godna pogardy. ”

Anne Rice

Dopadł Blaked siedem minut przed rozpoczęciem lekcji eliksirów. Był tak wściekły i rozgoryczony, że nie omieszkał rozpocząć awantury na środku korytarza na forum szkoły. Gdy tylko wyłowił z tłumu jej twarz, z której nawet na sekundę nie znikała zarozumiałość, zaczął przepychać się przez tłum, ignorując krzyki Huncwotów. Złapał dziewczynę za ramię na tyle mocno i niespodziewanie, że zdołał zrzucić z jej twarzy maskę opanowania i kontroli nad sytuacją.

— Jesteś cholerną, podstępną żmiją — wysyczał z nieopanowaną wściekłością, wbijając palce w skórę Ślizgonki. Przez chwilę była zdezorientowana, Potter zaryzykowałby nawet stwierdzenie, że przerażona. Po chwili musiała jednak zrozumieć sytuację, gdyż uśmiechnęła się w słodki, całkowicie nieszczery sposób.

— Przygnał kocioł garnkowi — odgryzła się, odpychając od siebie jego rękę. — Gdy Hannibal zaatakował Rzym wywołał wojnę? — prychnęła, całkowicie zbijając Jamesa z tropu.

— Tak! — odkrzyknął mimo to. — Wywołał drugą, cholerną wojnę!

— Właśnie! — odkrzyknęła Blaked. — Drugą! A kto rozpętał pierwszą? Pieprzony Rzym! Jesteś pieprzonym Rzymem, a teraz ja zaatakowałam od strony Alp, tego się nie spodziewałeś, co!?* — warknęła z triumfalnym uśmiechem. James w tamtym momencie był zdezorientowany do tego stopnia, że przez dobre dziesięć sekund zapomniał, jak strasznie był wściekły. Zamrugał gwałtownie.

— O czym ty mówisz? — zapytał, czując, że jego złość wraca ze zdwojoną siłą. — Naćpałaś mnie! — wrzasnął, nie myśląc o konsekwencjach oznajmienia tego wśród tłumu uczniów, jaki już się wokół nich zebrał.

— Naćpałaś go? — wtrąciła się, stojąca obok Blaked, Prospect z oburzeniem. — Powiedziałaś, że nie wzięłaś żadnych narkotyków! — dodała ze złością na co James poczuł się jakby co najmniej uderzyła go w twarz.

— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać — odparła ze spokojem Blaked i zwróciła się z powrotem do Pottera. — A ty powinieneś uważać, co bierzesz do ust — stwierdziła.

James rozważał miotnięcie w nią klątwą, kiedy postanowił wtrącić się Syriusz.

— Jimmy, słonko, może lepiej odpuść sobie robienie afery — mruknął, wbijając w Pottera intensywne spojrzenie. Ten już chciał zganić go za nazwanie go “Jimmym” i “słonkiem”, ale zanim zdołał otworzyć usta, odezwała się Blaked.

— Jego przypadłość nie pozwoli załatwić czegoś cicho i bez osób trzecich — stwierdziła arogancko.

James znów poczuł, że jego złość zostaje stłumiona przez zdziwienie. Co było nie tak z tą dziewczyną?

— Przypadłość? — powtórzył zirytowany ciągłymi zmianami tematu.

— Tak, klątwa aktora — odparła Blaked, jakby to było coś całkowicie normalnego.

— O czym ty do cholery mówisz? — warknął, zaciskając dłonie w pięści.

— Och, to proste — odparła Blaked z uśmiechem. — Dlaczego nie przyszedłeś, gdy byłam sama? Dlaczego nie wziąłeś mnie na stronę? Dlaczego krzyczysz? Złość? Nie, Potter, potrzebujesz uwagi, bo czym jest aktor bez widowni? Jesteś dzieciakiem, zwykłym bachorem, który potrzebuje uwagi innych. Pieprzona gwiazdeczka, zmieniasz rolę w zależności od sytuacji i wiesz co? Nie umiem zdecydować czy to żałosne, czy genialne z twojej strony.

Tym razem James nawet nie próbował się kłócić. Po raz pierwszy w życiu poczuł się tak strasznie… przejrzany. Skąd ona mogła wyciągnąć takie wnioski?

— Bzdura — prychnął w końcu.

— Ty sam jesteś bzdura — zripostowała Blaked, po czym złamała przestrzeń między nimi, podchodząc tak blisko jak tylko mogła. — Nie wypieraj się Potter, już znam twoją małą sztuczkę, nie zrobiłam niczego innego niż ty. Poznałeś moje tajemnice, pewnie myślałeś, że w najbezczelniejszy możliwy sposób — wyszeptała. — Grzebałeś mi w umyśle, ja tobie też. Ty wyciągnąłeś informacje z mojego, ja zlikwidowałam twoje zahamowania słowne — dodała. James spojrzał na nią przerażony. Znała jego sposób, nie miała prawa! Legilimentował o wiele potężniejszych niż ona i nie zdradził się, zrobienie tego przed nią było niemożliwe. Z

— Skąd możesz wiedzieć? — spytał nie głośniej niż Ślizgonka, nagle pragnąc, by wszystkie osoby niezaangażowane zniknęły z korytarza. Przez chwilę nawet miał wrażenie, że tak jest; tylko on i Blaked.

— Nie choruję na ADHD — odparła dziewczyna cicho. — Owszem, stwierdzono je u mnie, ale błędnie. Nie mogłeś wywnioskować tego sam, więc szperałeś mi we wspomnieniach — wyjaśniła.

James wpatrywał się w nią ze złością, by po chwili odsunąć się od dziewczyny.

— Zgnij w piekle — powiedział już głośniej. Poczuł, że w następnej chwili Remus odciągnął go od Ślizgonki, mrucząc coś o nauczycielce i lekcji.

Faktycznie — tłum rozbiegł się szybko, gdy do drzwi klasy podeszła nowa nauczycielka eliksirów, której nazwiska James nawet nie próbował sobie przypomnieć, wiedząc, że i tak zaraz zostanie mu przypomniane. Czując się jeszcze gorzej niż po wstaniu z łóżka, Potter wszedł do klasy, zajmując ławkę na samym tyle lochów. Syriusz usiadł obok niego, wysyłając współczujące spojrzenie.

— Zamknij się — rzucił James, zanim Łapa zdołał się w ogóle odezwać. Ten nawet się już nie oburzał, po prostu poklepał przyjaciela po ramieniu i skupił uwagę na nauczycielce.

— Witam was, moi drodzy. Nazywam się Miranda Hockuson i jak już wiecie, będę was nauczać w tym roku eliksirów — oznajmiła dziarskim tonem kobieta, podchodząc do biurka. — Na pierwszej lekcji chciałabym was odrobinę lepiej poznać, więc proponuję, żeby każdy z was zrobił swój ulubiony eliksir. Żadnych zastrzeżeń, co tylko chcecie.

Gdy tylko skończyła mówić, uczniowie poderwali się do pracy, widocznie usaysfakcjonowani takim zadaniem. James za to był do tego stopnia wyczerpany, że nawet nie mógł sobie przypomnieć, jaki jest przepis na jego ulubiony eliksir, ledwo co mógł sobie przypomnieć jego nazwę.

— Rogacz, stary, rób coś — usłyszał niewyraźnie głos Remusa, który odwrócił się do nich na krześle.

— Robię. Ignoruję cię — odparł James znudzony tonem. Lupin westchnął i powrócił do swojego stanowiska, najwidoczniej nie czując się na siłach do prowadzenia rozmowy z niewyspanym Potterem.

Eliksirem zajął się dopiero w połowie lekcji, przez co można sobie łatwo wyobrazić końcowy efekt. Mimo pomocy Remusa, Mike i Syriusza, którzy po zakończeniu swoich prac próbowali uratować to, co znajdowało się w kociołku Jamesa (bo eliksirem to coś nie było), szara maź wciąż była tylko i wyłącznie szarą mazią. Rogacza, szczerze powiedziawszy, obchodziło to tyle, co nic. Jedyne o czym marzył to łóżko i brak obowiązku uczestniczenia w lekcjach.

— A co tu mamy? — rozległ się głos Hockuson, gdy podeszła do ich stolika. James nawet nie podniósł głowy, wzruszając jedynie ramionami i mrucząc coś tak niewyraźnie, że sam nie był pewien, co chciał przekazać. Zignorował głosy Huncwotów, parę kopnięc pod ławką i trzy kuksańce od Syriusza. Miał ochotę umrzeć, a nie rozmawiać o eliksirach.

Ostatecznie okazało się, że praca nie była na ocenę, więc James słusznie miał ją gdzieś. Lekcja się skończyła, co bynajmniej nie oznaczało odpoczynku. To oznaczało, że zbliża się Obrona Przed Czarną Magią. To zaś nie oznaczało niczego dobrego.

— Panie Potter, proszę chwilę poczekać — zawołała jeszcze Hockuson, zanim James opuścił klasę. Westchnął z miną wyrażającą całkowite znudzenie i zawrócił, rzucając w stronę Huncwotów, żeby na niego nie czekali. Stanął przed biurkiem nauczycielki, która, po zamknięciu drzwi za ostatnią osobą, odezwała się łagodnie. — Ciężka noc? — Uśmiechnęła się ciepło do chłopaka, który nawet przez sekundę nie rozważał odwzajemnienia gestu.

— Wszystkie są ciężkie, pani profesor — odparł zamiast tego zachrypnięty. — Jedne mniej inne bardziej, ta akurat bardziej — dodał, mając nadzieję, że obejdzie się na raczej krótkiej naganie.

— Słuszna uwaga — odparła kobieta, wstając z krzesła i znikając na chwilę za drzwiami składzika. Wróciła ze szklanką bezbarwnej cieczy w dłoni. James mógłby zaryzykować stwierdzenie, że to woda, jednak po ostatnich wrażeniach miał zamiar nigdy nie zakładać z góry, że jakikolwiek napój jest zwykłym napojem. — To postawi cię na nogi.

Potter zerkał to na Hockuson, to na szklankę, próbując nie okazywać, jak bardzo odpychają go napoje podane przez obcych.

— Nie trzeba, poradzę sobie — mruknął niechętnie, rozważając wszelkie za i przeciw. Z jednej strony nie mógł do końca życia unikać podawanych mu napojów i nauczycielka raczej by go nie otruła, ale z drugiej… cóż, miał wystarczająco dużo powodów do wpadnięcia w paranoję.

— Uwierz mi, poczujesz się lepiej — nalegała kobieta. James wahał się jeszcze chwilę, jednak ostatecznie przyłożył szklankę do ust i napił się. Napój smakował jak woda z cytryną, ale już chwilę po przełknięciu, chłopak faktycznie poczuł, że stawia go na nogi. Ból głowy minął od razu, a tuż po nim uczucie zmęczenia.

No dobra, może jednak nie każdy człowiek na świecie jest podstępnym, podłym, psychopatycznym draniem.

“Co mam począć? Stanę się zgorzkniały i stracę zaufanie do ludzi, bo zawiódł mnie jeden człowiek.

Paulo Coelho

Przez następny tydzień James i Blaked zawzięcie unikali przebywania ze sobą dłużej niż trwa wymienienie dwóch zdań, co było jedynie formalnościami związanymi z obowiązkami prefektów naczelnych. Głównie miało to miejsce na patrolach, kiedy rozdzielali się niemal na cały czas, by dopiero na końcu wymienić się uwagami w umówionym miejscu. Oboje wiedzieli, że zbyt wcześnie odkryli między sobą pewne karty. James miał drobne problemy ze zdecydowaniem czy bardziej go to przeraża, czy ciekawi.

Wszystko leciało jednym, monotonnym rytmem. Sprawa śmierci tego chłopca powoli zaczynała ucichać, ale James wciąż nie potrafił zasnąć w te noce, gdy miał możliwość, myśląc nad słowami, jakie zobaczył nad ciałem. Nie dawało mu to spokoju, bo jeśli chłopiec był półkrwi, zabijanie go w imię czystości krwi było całkowicie pozbawione sensu.

Zupełnie jakby dla innych to wszystko straciło już znaczenie, w połowie września na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja dotycząca pierwszego w sezonie meczu quiddicha, co James, jako kapitan drużyny, potraktował jako najwyższy czas na skompletowanie drużyny. Nie orientował się zbytnio w składzie, gdyż przez Trójbój Szkół Europejskich w czasie ostatniego roku nie odbywały się rozgrywki międzydomowe. Dlatego przrżył małe załamanie, gdy w dzień naborów do niego i Syriusza (który był ścigającym) zgłosił się Derec Jolie z szóstego roku, grający na pozycji pałkarza w ostatnim sezonie oraz trzy czwarte Gryffindoru, chcąc dostać się do drużyny.

Gdy minęła godzina dziesiąta, o której wszyscy chętni mieli być już na boisku, a trójka graczy mogła w końcu zobaczyć ten tłum, Syriusz zaklął pod nosem wyjątkowo brzydko. James osobiście podzielał jego zdanie, ale, widząc drugoroczniaków, pohamował słownictwo.

— Tego się nie spodziewałem — przyznał Derec, przyglądając tłumowi z lekkim zdziwieniem. Z nim także Potter się zgodził, wzdychając.

— Dobra, panowie, jakoś to ogarniemy — rzucił, mierzwiąc włosy ze zmęczenie. — Derec, ty wybierz drugiego pałkarza, musicie być zgrani i sam najlepiej wiesz, kto się nada. Łapa, ty tak samo, wybierz ścigających, a ja zajmę się obrońcą — oznajmił, po czym na jego wargi wpłynął charakterystyczny dla niego uśmieszek. — Ale najpierw przeprowadzimy małą selekcję — dodał, na co pozostała dwójka wymieniła między sobą złośliwe spojrzenia.

Nie minęło pięć minut, a wszyscy chętni na wstąpienie do drużyny biegali wokół boiska, popędzani krzykami Syriusza i Dereca, którzy stali w pierwszym rzędzie na widowni, najwidoczniej bawiąc się przednio. James uśmiechnął się z lekkim politowaniem, gdy usłyszał jęki towarzyszące poleceniu zwiększenia tempa. Z samego początku dał im wszystkim wolną rękę, mówiąc, że mają czas na przeanalizowanie swojej decyzji. Warunek był jeden, przerwanie treningu równało się zrezygnowania z wzięcia udziału w naborach.

Po trzydziestu minutach na stadionie zostało jakieś piętnaście osób.

— Rogaś, słonko, zaraz wszyscy sobie pójdą i z czego będziemy wybierać? — rzucił Syriusz, odwracając się w stronę przyjaciela, który oderwał wzrok od leżącej na jego kolanach książki “Quiddich jakiego nie znaliście”.

— Właśnie o to chodzi, idioto. Zawężamy wybór — wyjaśnił z cichym westchnieniem, jednak widząc uporczywy wzrok Blacka, westchnął i podniósł się z miejsca. — Zbiórka! — zawołał, a wszyscy biegający dotąd uczniowie padli na ziemię widocznie wyczerpani. — Albo możecie się położyć — mruknął James. — Jak tam wolicie, trzy minuty i wchodzimy na miotły — zapowiedział.

— No co ty? — jęknął Derec z rozczarowaniem. — Świetnie się bawiłem — oznajmił z uśmiechem. James nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, ze skupieniem analizując każdą osobę, która została na boisku. Nie mogąc się oprzeć, użył legilimencji na każdym z nich, by mniej więcej móc już wstępnie ocenić ich umiejętności.

Nabory trwały potem już niecałe dziesięć minut. Potter był w pełni usatysfakcjonowany swoim wyborem. Obrońcą został Timothy Parker z czwartego roku. Miał odpowiednią budowę i doskonały refleks, James jedynie miał zamiar poprawić jego szybkość, ewidentnie bał wykorzystać swoją miotłę w pełni. Molly Green i Quinn Austin Syriusz wytypował jako ścigające (,,Oczywiście, że nie chodzi o to, że są ładne! Jak możesz tak o mnie myśleć?”). Pałkarzem został Jacob Bane, Derec obiecał popracować nad jego zamachem (James domyślał się, że w najbliższym czasie coś by sobie skręcił, gdyby nikt tego nie zrobił).

Tak, zdecydowanie wybór go satysfakcjonował.

“Zresztą ja wolę pić niż uprawiać sport. To mniej niebezpieczne. I mniej idiotyczne.”

Roland Topor

James leżał bez ruchu na kanapie w pokoju wspólnym Gryffindoru jeszcze długo po północy, wpatrując się bezczynnie w ogień, który już ostatkami sił utrzymywał się w kominku. Przed jego całkowitym zgaśnięciem, Potter planował podsycić go, by nie siedzieć w całkowitej ciemności. Całkowicie odpowiadał panujący półmrok, panujący w tamtej chwili w pomieszczeniu.

Od dziecka uważał ciemność za przerażającą. Potem strach zmalał, mógł wytrzymać w pozbawionym światła pomieszczeniu, tyle że było to bardzo rozpraszające. Skupiał się w takich sytuacjach na każdym najmniejszym dźwięku zamiast na dręczącym go problemie. To właśnie z ich powodów zazwyczaj nie sypiał i tym razem wcale nie było inaczej.

Myślał o zamordowanym chłopcu. Nic w tej sprawie się ze sobą nie łączyło, a po szkole już zaczęły się roznosić plotki o jej zamknięciu. Nie wierzył w to, gdyby ministerstwo zdecydowało się zamknąć Hogwart ofiar tylko by przybyło. W porównaniu z tym, co się działo na zewnątrz, jak ostatnio Mike zaczął nazywać świat pozaszkolny, jedno morderstwo to praktycznie nic, chociaż było wokół tego tyle szumu, że ministerstwo zdawało się robić w jego kierunku znacznie więcej niż robią w kierunku obalenia Voldemorta. James nagle przypomniał sobie słowa jakiegoś mugolskiego dyktatora czy polityka, które kiedyś przytoczył mu ojciec: “jedna śmierć to tragedia, milion — statystyka”**. Najwidoczniej jedno morderstwo w Hogwarcie było znacznie gorsze niż tysiąc poza nią. Z jednej strony napawało go to swego rodzaju obrzydzeniem, a z drugiej nie dziwił się. Morderstwo pod nosem Albusa Dumbledore’a to nie tylko wykaz okrucieństwa, ale też cholernej odwagi i sprytu, bo w końcu to Dumbledore. Jedyny, którego on zawsze się bał.

— Więc nie zabiłby w jego szkole — mruknął pod nosem James i ze złością uderzył pięścią w podłokietnik kanapy.

Za i przeciw, że to wszystko to sprawka Voldemorta same mu się nasuwały, a każdy argument zdawał się przeważać dopóki nie pojawił się kolejny. Zabijanie chłopca półkrwi dla propagandy czystości krwi było pozbawione sensu, a Voldemort mógł być piekielnie zły, ale działał logicznie.

To morderstwo nie było logiczne, nic w nim nie było logiczne. Jeśli człowiek odpowiedzialny za nie miałby się pomylić w wyborze ofiary, musiałby być kompletnym idiotą i amatorem, ale nie dał się złapać Dumbledore, więc to nie mogła być pomyłka.

Ostatecznie mogło chodzić po prostu o zanieczyszczoną krew — podsunął mu rozum, na co James automatycznie się wzdrygnął.

Nawet w myślach nie powinien używać określeń takich jak zanieczyszczona krew. Ostatnio coraz częściej przyłapywał się na wykorzystywaniu tego typu zwrotów w głowie i sam nie wiedział, co o tym myśleć. Żadnego nie wypowiedział niby na głos, ale to nie znaczy, że taka zmiana oznacza coś dobrego.

Westchnął i przewrócił się na drugi bok, plecami do kominka, by zapobiec późniejszym bólom pleców, które najpewniej dopadłyby go przez zbyt długie leżenie w tej samej pozycji. Wtulił twarz w poduszkę z absurdalną chęcią schowania się przez całym tym cholernym światem, który z dnia na dzień demoralizował go coraz bardziej.

— Chyba masz ostatnio drobne problemy ze snem, co? — usłyszał nagle. Podniósł się do pozycji siedzącej i odwrócił w stronę, z której dochodził głos. Ze schodów, prowadzących do dormitorium dziewcząt siódmego roku, spoglądała na niego Lily Evans. Nie widział dokładnie jej twarzy, ale po tonie jej głosu wnioskował, że się martwi (dziwne).

— Chyba mam ostatnio drobne problemy ze wszystkim — skorygował ją, opadając z powrotem na kanapę. — Ze snem szczególnie — dodał ponuro.

Problemy ze snem miał raczej często, ale to co działo się z nim przez ostatni tydzień przechodziło już wszelkie pojęcie. Noce, które spędzał na dyżurach z Blaked nigdy nie kończyły się tym, by, mimo zmęczenia, po prostu kładł się do łóżka i zasypiał. Nawet gdy próbował, kończyło się na kręceniu w pościeli do świtu. W wolne wieczory zwykle zajmował się wypracowaniami, którymi nauczyciele najpewniej mieli zamiar go dobić (cała ta szkoła to jeden wielki zamach na jego życie) i tak się to kończyło, że do łóżka kładł się nie wcześniej niż o czwartej rano. W skutek tego wszystkiego przez ostatni tydzień przespał, po zsumowaniu, z pięć godzin.

Oczywiście Huncwoci już to zauważyli, ale najwidoczniej nie było jeszcze tak źle, by musieli reagować. James miał jednak niebezpiecznie przeczucie, że moment rozmowy ustannie się tylko zbliża i niedługo go dopadnie.

— Chcesz o tym pogadać? — zapytała delikatnie Lily, schodząc do niego i siadając na fotelu.

— Nie — odparł Potter w przeciwieństwie do dziewczyny raczej mało uprzejmie. — Mam z tobą lepszy temat do rozmowy. Powiedziałem dyrektorowi, że nikogo nie widziałem wtedy na korytarzu, więc postaraj się nas nie wsypać.

— Wiem — powiedziała Evans.

Płomienie rzucały delikatne światło na jej twarz, przez co James przez chwilę miał wrażenia, że w jej włosach jest dosłownie każdy odcień czerwieni. I to była absurdalnie miła myśl, odpychająca wszystkie te ponure i dołujące na bok. Jedna krótka myśl, która sprawiła, że poczuł się dziwnie czysty. To musiało być podobne uczucie do tego, które towarzyszyło narkomanowi po ukończeniu odwyku. Po tygodniu udręczania się intensywnymi niemal do bólu teoriami, planami pojawiła się Lily Evans, której włosy (skórę, oczy, piegi, usta) ogień oświetlał w tak delikatny sposób i czuł się niemal niewinnie.

Jego serce triumfowało.

Rozum kazał natychmiast się opamiętać.

Instynkt przywidywał kłopoty.

Sumienie, które wciąż było nadszarpane, przestało pulsować i krzyczeć.

Duma była podejrzanie cicho.

Temperament zdawał się nigdy nie być tak spokojny.

Poczuł, że bez problemu mógłby w tamtej chwili zasnąć i niemal ośmielił się o pomysł, że nie dręczyłyby go w tym śnie żadne koszmary.

— Ann już mi mówiła — powiedziała dziewczyna, a Jamesowi udało się (jako tako) opanować. Skinął głową i na moment zapadła cisza. Potter przez chwilę nawet myślał, czy powinien zapytać, jak ona się czuje, w końcu egoistycznie byłoby rozmawiać tylko o jego stanie psychicznym z każdą napotkaną osobą, ale po krótkim namyśle stwierdził, że to bezkreśnie głupie pytanie. Chyba nikt nie mógł czuć się dobrze w otaczającej ich sytuacji. — James… — słaby głos Lily przerwał ciszę i wytrącił go (znów) z przemyśleń. — Nie wiem, komu powinnam to powiedzieć… I nie bądź zły, że mówię tak późno — westchnęła. Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na nią ze skupieniem. Wyglądała na przejętą. — Ja… ktoś był w tym korytarzu tamtej nocy. Widziałam, jak wychodził z jednej z klas.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o przespaną noc.

“Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań.”

Norwegian Wood

***

* — w czasie II wojny punickiej (218-201) katragiński dowódca, Haniball, przeprowadził swoją armię z Hiszpanii do Italii przez Alpy. Mimo dużych strat w oddziale, wojsko Haniballa odniosło szereg imponujących bitew (nad Trebią, nad Jeziorem Trazymeńskim, pod Kannami).

** — słowa przypisywane Józefowi Stalinowi. 

W  następnym rozdziale:

— (Znów) miejsce zbrodni, czyli jak Potter uwodzi,

— Dyżur,

— Niezbyt miła rozmowa,

— Spółka z(ł)o, Potter i Blaked.

Tęskniliście?

Print Friendly

7 myśli nt. „Rozdział 20 Kiedy ciemność przenikają promienie

  1. Ah, gdyby te rozdziały były dłuższe.. mogłabym czytać tego bloga godzinami, dosłownie. Rozdział jak zwykle fenomenalny i jak zwykle przerwany w najciekawszym momencie :( Mam nadzieje, że kolejny pojawi się szybciej niż ten :P

  2. Jejuuu <3 Nawet nie jesteś sobie w stanie wyobrazić jak się cieszyłam gdy zobaczyłam nowy rozdział. Super. Super. Super. Nie mam czasu zbytnio pisać komentarz więc napiszę jeszcze: Cudo, cudo, cudo! Mam nadzieję, że tym razem rozdział pojawi się szybko, bo jak zwykle nas nie lubisz i urywasz w najlepszych momentach :D :D Pozdrawiam i życzę duuuuuuuuużo weny, bo na pewno ci się przyda!
    Rogaczka,
    rogacz-i-lania.blogspot.com

  3. Zdecydowanie tęskniłam <3 W końcu nowy rozdział ! Już myślałam , że na stałe zawiesiłaś bloga , czekam na next ! Ciekawa jestem tego podrywu Jamesa :D

  4. Nareszcie rozdział! Czekanie się opłaciło, bo naprawdę jest świetna. Widzę, że problemy z Blaked tak szybko się nie skończą. Mam nadzieję, że już niedługo pojawią się kolejne wpisy, bo jestem bardzo ciekawa tej historii. I czekam na Jily!!! Serdecznie pozdrawiam i życzę weny, a w wolnej chwili serdecznie zapraszam do mnie:http://qwertzxcvb.blog.pl jest to opowiadanie o początkach Zakonu Feniksa z Lily, Dorcas i Huncwotami w rolach głównych.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>