Rozdział 20 Kiedy ciemność przenikają promienie

Głośny huk rozsadził Jamesowi bębenki w uszach. Jęknął głośno, życząc z całego serca jak najboleśniejszej śmierci istocie, która wyrwała go ze snu. Następnie pojawiła się niejasna świadomość wydarzeń, jakie miały miejsce poprzedniego wieczoru, skłaniając go do gwałtownego rozchylenia powiek.

Nie, nie, nie, nie!

Pokój Wspólny Slytherinu, Blaked i jej cholerne wino! Ta wariatka musiała czegoś tam dodać.

Czuł się okropnie. Drapało go w gardle, a obraz był tak niewyraźny, że ledwo co rozpoznał w pomieszczeniu swoje dormitorium, głównie po dużej ilości szkarłatu i mocnym, intensywnym świetle, jakie wpadało do pokoju przez okno.

— Zwariowałeś? — rozległo się syknięcie. James nawet nie próbował rozpoznawać głosu, wystarczyła mu pewność, że to któryś z Huncwotów.

— Chyba już nie śpi, jest trzynasta.

To mógł być Mike albo Remus. Syriusz raczej nie, bo on doskonale znał możliwości ludzkiego organizmu jeśli chodzi o nadmiar snu.

James podniósł się do siadu i rozchylił kotary, zwracając na siebie uwagę przyjaciół.

— Obudziła się śpiąca królewna — rzucił Remus irytująco wesołym tonem. Zupełnie tak jakby chciał doprowadzić Jamesa do stanu jeszcze większego zirytowania.

— Zamknij się, zamknij się, zamknij się — wyszeptał parokrotnie Potter ukrywając twarz w dłoniach, by odciąć światło słoneczne od swoich oczu. Był pewien, że pozostali wymieniają znaczące spojrzenia.

— Dobra, pokaż się no — odezwał się Mike, siadając obok Jamesa na łóżku i odciągając jego ręce od twarzy. Nie zważając na niezadowolone jęki przyjaciela wykonał coś na wzór badania kontrolnego, wypytując o rzeczy typu, co go boli i jak się czuje. Na każde z tych pytań Potter odpowiedział paskudnym przekleństwem. — Będziesz żyć — oznajmił, klepiąc Jamesa po głowie i wstając. Ten tylko prychnął pod nosem i rzucił się z powrotem na łóżko, chowając twarz w poduszce. Wcale nie czuł się jak ktoś, kto rzeczywiście będzie żyć.

— Nieźle cię wczoraj wzięło — oznajmił po chwili milczenia Syriusz, siadając na łóżku przyjaciela. — To ciekawe, jak bardzo rozmowny stajesz się po amfetaminie.

— Zamknij się — odwarknął James. — Milcz, nie ruszaj się, nie oddychaj, nie patrz na mnie — polecił. — Najlepiej zniknijcie z tej planety i weźcie ze sobą pozostałą ludzkość — dodał. Pozostali Huncwoci, ku zgrozie Pottera, parsknęli śmiechem, wprowadzając go w stan jeszcze większej irytacji.

— Przykro mi — zaczął Remus tonem, który świadczył, że wcale nie jest mu przykro — ale musisz pójść na lekcje. Nie możesz ciągle wagarować — oznajmił.

— Myślę, że nasze opinie na temat tego, co mogę, a czego nie są skarjnie różne — mruknął tylko James stłumionym przez poduszkę głosem. — Zasadnicza różnica polega na tym, że moje zdanie ma znaczenie, a twoje nie. — Przewrócił się na plecy i weschnął. Miał zamiar spać do końca dnia.

— On ma rację — poparł Lupina Syriusz. — Daj spokój, Jim, przepadło ci już Zielarstwo i Zaklęcia, zostały dwie lekcje… Dasz radę — stwierdził, wyciągając z kieszeni kartkę, która musiała być ich planem lekcji. — Tylko Eliksiry i… — urwał, na co James podniósł się z łóżka gwałtownie.

— I? — zapytał ostro, ignorując zawrót głowy po nagłej zmianie pozycji.

— Nie wiem — skłamał nieporadnie Łapa, chowając kartkę za plecy.

— Przeczytaj, masz plan w ręce — zauważył Potter, robiąc krok w stronę przyjaciela, który cofnął się natychmiast.

— Nie chcę tego robić — odparł niewinnym tonem. James rzucił mu pełne politowania spojrzenie i podszedł w celu zabrania planu lekcji Łapie, jednak uprzedził go Mike, który wyszarpnął plan z rąk Syriusza, które ten trzymał za plecami.

— Obrona Przed Czarną Magią  — przeczytał Davis i spojrzał na przyjaciół, unosząc brwi. — W czym problem?

— Nie idę — oznajmił zamiast odpowiedzieć James, kierując się znów w stronę łóżka. Huncwoci natychmiast wydali z siebie niezadowolone okrzyki.

— Co masz do tego faceta, co? — zapytał Remus oburzony. — Jest miły i wątpię, żeby pracował dla trupów, miał schizofrenię… albo był psychopatą — rzucił, wzruszając ramionami. James prychnął pogardliwie.

— Nie możesz stwierdzić, że ktoś jest miły po pierwszym wrażeniu — zauważył.

— Że nie jest miły też nie mogę stwierdzać — mruknął cicho Lupin. — Przy tobie to już naprawdę strach się odezwać — dodał, na co Mike i Syriusz pokiwali z zapałem głowami.

— Ciężko stwierdzić, co odbierzesz za sugestię, iż człowiek jest sługą ciemności — potwierdził ten pierwszy. James wystawił do nich palec, jasno pokazując, co o nich myśli i ruszył w stronę łazienki.

Czuł, że najwyższy czas na wyjście z dormitorium, pójście na lekcje i rozprawienie się z Blaked.

Z naciskiem na to ostatnie.

“Zemsta - ślepa, sterylna, w czystej formie i godna pogardy. ”

Anne Rice

Dopadł Blaked siedem minut przed rozpoczęciem lekcji eliksirów. Był tak wściekły i rozgoryczony, że nie omieszkał rozpocząć awantury na środku korytarza na forum szkoły. Gdy tylko wyłowił z tłumu jej twarz, z której nawet na sekundę nie znikała zarozumiałość, zaczął przepychać się przez tłum, ignorując krzyki Huncwotów. Złapał dziewczynę za ramię na tyle mocno i niespodziewanie, że zdołał zrzucić z jej twarzy maskę opanowania i kontroli nad sytuacją.

— Jesteś cholerną, podstępną żmiją — wysyczał z nieopanowaną wściekłością, wbijając palce w skórę Ślizgonki. Przez chwilę była zdezorientowana, Potter zaryzykowałby nawet stwierdzenie, że przerażona. Po chwili musiała jednak zrozumieć sytuację, gdyż uśmiechnęła się w słodki, całkowicie nieszczery sposób.

— Przygnał kocioł garnkowi — odgryzła się, odpychając od siebie jego rękę. — Gdy Hannibal zaatakował Rzym wywołał wojnę? — prychnęła, całkowicie zbijając Jamesa z tropu.

— Tak! — odkrzyknął mimo to. — Wywołał drugą, cholerną wojnę!

— Właśnie! — odkrzyknęła Blaked. — Drugą! A kto rozpętał pierwszą? Pieprzony Rzym! Jesteś pieprzonym Rzymem, a teraz ja zaatakowałam od strony Alp, tego się nie spodziewałeś, co!?* — warknęła z triumfalnym uśmiechem. James w tamtym momencie był zdezorientowany do tego stopnia, że przez dobre dziesięć sekund zapomniał, jak strasznie był wściekły. Zamrugał gwałtownie.

— O czym ty mówisz? — zapytał, czując, że jego złość wraca ze zdwojoną siłą. — Naćpałaś mnie! — wrzasnął, nie myśląc o konsekwencjach oznajmienia tego wśród tłumu uczniów, jaki już się wokół nich zebrał.

— Naćpałaś go? — wtrąciła się, stojąca obok Blaked, Prospect z oburzeniem. — Powiedziałaś, że nie wzięłaś żadnych narkotyków! — dodała ze złością na co James poczuł się jakby co najmniej uderzyła go w twarz.

— Nie będziemy teraz o tym rozmawiać — odparła ze spokojem Blaked i zwróciła się z powrotem do Pottera. — A ty powinieneś uważać, co bierzesz do ust — stwierdziła.

James rozważał miotnięcie w nią klątwą, kiedy postanowił wtrącić się Syriusz.

— Jimmy, słonko, może lepiej odpuść sobie robienie afery — mruknął, wbijając w Pottera intensywne spojrzenie. Ten już chciał zganić go za nazwanie go “Jimmym” i “słonkiem”, ale zanim zdołał otworzyć usta, odezwała się Blaked.

— Jego przypadłość nie pozwoli załatwić czegoś cicho i bez osób trzecich — stwierdziła arogancko.

James znów poczuł, że jego złość zostaje stłumiona przez zdziwienie. Co było nie tak z tą dziewczyną?

— Przypadłość? — powtórzył zirytowany ciągłymi zmianami tematu.

— Tak, klątwa aktora — odparła Blaked, jakby to było coś całkowicie normalnego.

— O czym ty do cholery mówisz? — warknął, zaciskając dłonie w pięści.

— Och, to proste — odparła Blaked z uśmiechem. — Dlaczego nie przyszedłeś, gdy byłam sama? Dlaczego nie wziąłeś mnie na stronę? Dlaczego krzyczysz? Złość? Nie, Potter, potrzebujesz uwagi, bo czym jest aktor bez widowni? Jesteś dzieciakiem, zwykłym bachorem, który potrzebuje uwagi innych. Pieprzona gwiazdeczka, zmieniasz rolę w zależności od sytuacji i wiesz co? Nie umiem zdecydować czy to żałosne, czy genialne z twojej strony.

Tym razem James nawet nie próbował się kłócić. Po raz pierwszy w życiu poczuł się tak strasznie… przejrzany. Skąd ona mogła wyciągnąć takie wnioski?

— Bzdura — prychnął w końcu.

— Ty sam jesteś bzdura — zripostowała Blaked, po czym złamała przestrzeń między nimi, podchodząc tak blisko jak tylko mogła. — Nie wypieraj się Potter, już znam twoją małą sztuczkę, nie zrobiłam niczego innego niż ty. Poznałeś moje tajemnice, pewnie myślałeś, że w najbezczelniejszy możliwy sposób — wyszeptała. — Grzebałeś mi w umyśle, ja tobie też. Ty wyciągnąłeś informacje z mojego, ja zlikwidowałam twoje zahamowania słowne — dodała. James spojrzał na nią przerażony. Znała jego sposób, nie miała prawa! Legilimentował o wiele potężniejszych niż ona i nie zdradził się, zrobienie tego przed nią było niemożliwe. Z

— Skąd możesz wiedzieć? — spytał nie głośniej niż Ślizgonka, nagle pragnąc, by wszystkie osoby niezaangażowane zniknęły z korytarza. Przez chwilę nawet miał wrażenie, że tak jest; tylko on i Blaked.

— Nie choruję na ADHD — odparła dziewczyna cicho. — Owszem, stwierdzono je u mnie, ale błędnie. Nie mogłeś wywnioskować tego sam, więc szperałeś mi we wspomnieniach — wyjaśniła.

James wpatrywał się w nią ze złością, by po chwili odsunąć się od dziewczyny.

— Zgnij w piekle — powiedział już głośniej. Poczuł, że w następnej chwili Remus odciągnął go od Ślizgonki, mrucząc coś o nauczycielce i lekcji.

Faktycznie — tłum rozbiegł się szybko, gdy do drzwi klasy podeszła nowa nauczycielka eliksirów, której nazwiska James nawet nie próbował sobie przypomnieć, wiedząc, że i tak zaraz zostanie mu przypomniane. Czując się jeszcze gorzej niż po wstaniu z łóżka, Potter wszedł do klasy, zajmując ławkę na samym tyle lochów. Syriusz usiadł obok niego, wysyłając współczujące spojrzenie.

— Zamknij się — rzucił James, zanim Łapa zdołał się w ogóle odezwać. Ten nawet się już nie oburzał, po prostu poklepał przyjaciela po ramieniu i skupił uwagę na nauczycielce.

— Witam was, moi drodzy. Nazywam się Miranda Hockuson i jak już wiecie, będę was nauczać w tym roku eliksirów — oznajmiła dziarskim tonem kobieta, podchodząc do biurka. — Na pierwszej lekcji chciałabym was odrobinę lepiej poznać, więc proponuję, żeby każdy z was zrobił swój ulubiony eliksir. Żadnych zastrzeżeń, co tylko chcecie.

Gdy tylko skończyła mówić, uczniowie poderwali się do pracy, widocznie usaysfakcjonowani takim zadaniem. James za to był do tego stopnia wyczerpany, że nawet nie mógł sobie przypomnieć, jaki jest przepis na jego ulubiony eliksir, ledwo co mógł sobie przypomnieć jego nazwę.

— Rogacz, stary, rób coś — usłyszał niewyraźnie głos Remusa, który odwrócił się do nich na krześle.

— Robię. Ignoruję cię — odparł James znudzony tonem. Lupin westchnął i powrócił do swojego stanowiska, najwidoczniej nie czując się na siłach do prowadzenia rozmowy z niewyspanym Potterem.

Eliksirem zajął się dopiero w połowie lekcji, przez co można sobie łatwo wyobrazić końcowy efekt. Mimo pomocy Remusa, Mike i Syriusza, którzy po zakończeniu swoich prac próbowali uratować to, co znajdowało się w kociołku Jamesa (bo eliksirem to coś nie było), szara maź wciąż była tylko i wyłącznie szarą mazią. Rogacza, szczerze powiedziawszy, obchodziło to tyle, co nic. Jedyne o czym marzył to łóżko i brak obowiązku uczestniczenia w lekcjach.

— A co tu mamy? — rozległ się głos Hockuson, gdy podeszła do ich stolika. James nawet nie podniósł głowy, wzruszając jedynie ramionami i mrucząc coś tak niewyraźnie, że sam nie był pewien, co chciał przekazać. Zignorował głosy Huncwotów, parę kopnięc pod ławką i trzy kuksańce od Syriusza. Miał ochotę umrzeć, a nie rozmawiać o eliksirach.

Ostatecznie okazało się, że praca nie była na ocenę, więc James słusznie miał ją gdzieś. Lekcja się skończyła, co bynajmniej nie oznaczało odpoczynku. To oznaczało, że zbliża się Obrona Przed Czarną Magią. To zaś nie oznaczało niczego dobrego.

— Panie Potter, proszę chwilę poczekać — zawołała jeszcze Hockuson, zanim James opuścił klasę. Westchnął z miną wyrażającą całkowite znudzenie i zawrócił, rzucając w stronę Huncwotów, żeby na niego nie czekali. Stanął przed biurkiem nauczycielki, która, po zamknięciu drzwi za ostatnią osobą, odezwała się łagodnie. — Ciężka noc? — Uśmiechnęła się ciepło do chłopaka, który nawet przez sekundę nie rozważał odwzajemnienia gestu.

— Wszystkie są ciężkie, pani profesor — odparł zamiast tego zachrypnięty. — Jedne mniej inne bardziej, ta akurat bardziej — dodał, mając nadzieję, że obejdzie się na raczej krótkiej naganie.

— Słuszna uwaga — odparła kobieta, wstając z krzesła i znikając na chwilę za drzwiami składzika. Wróciła ze szklanką bezbarwnej cieczy w dłoni. James mógłby zaryzykować stwierdzenie, że to woda, jednak po ostatnich wrażeniach miał zamiar nigdy nie zakładać z góry, że jakikolwiek napój jest zwykłym napojem. — To postawi cię na nogi.

Potter zerkał to na Hockuson, to na szklankę, próbując nie okazywać, jak bardzo odpychają go napoje podane przez obcych.

— Nie trzeba, poradzę sobie — mruknął niechętnie, rozważając wszelkie za i przeciw. Z jednej strony nie mógł do końca życia unikać podawanych mu napojów i nauczycielka raczej by go nie otruła, ale z drugiej… cóż, miał wystarczająco dużo powodów do wpadnięcia w paranoję.

— Uwierz mi, poczujesz się lepiej — nalegała kobieta. James wahał się jeszcze chwilę, jednak ostatecznie przyłożył szklankę do ust i napił się. Napój smakował jak woda z cytryną, ale już chwilę po przełknięciu, chłopak faktycznie poczuł, że stawia go na nogi. Ból głowy minął od razu, a tuż po nim uczucie zmęczenia.

No dobra, może jednak nie każdy człowiek na świecie jest podstępnym, podłym, psychopatycznym draniem.

“Co mam począć? Stanę się zgorzkniały i stracę zaufanie do ludzi, bo zawiódł mnie jeden człowiek.

Paulo Coelho

Przez następny tydzień James i Blaked zawzięcie unikali przebywania ze sobą dłużej niż trwa wymienienie dwóch zdań, co było jedynie formalnościami związanymi z obowiązkami prefektów naczelnych. Głównie miało to miejsce na patrolach, kiedy rozdzielali się niemal na cały czas, by dopiero na końcu wymienić się uwagami w umówionym miejscu. Oboje wiedzieli, że zbyt wcześnie odkryli między sobą pewne karty. James miał drobne problemy ze zdecydowaniem czy bardziej go to przeraża, czy ciekawi.

Wszystko leciało jednym, monotonnym rytmem. Sprawa śmierci tego chłopca powoli zaczynała ucichać, ale James wciąż nie potrafił zasnąć w te noce, gdy miał możliwość, myśląc nad słowami, jakie zobaczył nad ciałem. Nie dawało mu to spokoju, bo jeśli chłopiec był półkrwi, zabijanie go w imię czystości krwi było całkowicie pozbawione sensu.

Zupełnie jakby dla innych to wszystko straciło już znaczenie, w połowie września na tablicy ogłoszeń pojawiła się informacja dotycząca pierwszego w sezonie meczu quiddicha, co James, jako kapitan drużyny, potraktował jako najwyższy czas na skompletowanie drużyny. Nie orientował się zbytnio w składzie, gdyż przez Trójbój Szkół Europejskich w czasie ostatniego roku nie odbywały się rozgrywki międzydomowe. Dlatego przrżył małe załamanie, gdy w dzień naborów do niego i Syriusza (który był ścigającym) zgłosił się Derec Jolie z szóstego roku, grający na pozycji pałkarza w ostatnim sezonie oraz trzy czwarte Gryffindoru, chcąc dostać się do drużyny.

Gdy minęła godzina dziesiąta, o której wszyscy chętni mieli być już na boisku, a trójka graczy mogła w końcu zobaczyć ten tłum, Syriusz zaklął pod nosem wyjątkowo brzydko. James osobiście podzielał jego zdanie, ale, widząc drugoroczniaków, pohamował słownictwo.

— Tego się nie spodziewałem — przyznał Derec, przyglądając tłumowi z lekkim zdziwieniem. Z nim także Potter się zgodził, wzdychając.

— Dobra, panowie, jakoś to ogarniemy — rzucił, mierzwiąc włosy ze zmęczenie. — Derec, ty wybierz drugiego pałkarza, musicie być zgrani i sam najlepiej wiesz, kto się nada. Łapa, ty tak samo, wybierz ścigających, a ja zajmę się obrońcą — oznajmił, po czym na jego wargi wpłynął charakterystyczny dla niego uśmieszek. — Ale najpierw przeprowadzimy małą selekcję — dodał, na co pozostała dwójka wymieniła między sobą złośliwe spojrzenia.

Nie minęło pięć minut, a wszyscy chętni na wstąpienie do drużyny biegali wokół boiska, popędzani krzykami Syriusza i Dereca, którzy stali w pierwszym rzędzie na widowni, najwidoczniej bawiąc się przednio. James uśmiechnął się z lekkim politowaniem, gdy usłyszał jęki towarzyszące poleceniu zwiększenia tempa. Z samego początku dał im wszystkim wolną rękę, mówiąc, że mają czas na przeanalizowanie swojej decyzji. Warunek był jeden, przerwanie treningu równało się zrezygnowania z wzięcia udziału w naborach.

Po trzydziestu minutach na stadionie zostało jakieś piętnaście osób.

— Rogaś, słonko, zaraz wszyscy sobie pójdą i z czego będziemy wybierać? — rzucił Syriusz, odwracając się w stronę przyjaciela, który oderwał wzrok od leżącej na jego kolanach książki “Quiddich jakiego nie znaliście”.

— Właśnie o to chodzi, idioto. Zawężamy wybór — wyjaśnił z cichym westchnieniem, jednak widząc uporczywy wzrok Blacka, westchnął i podniósł się z miejsca. — Zbiórka! — zawołał, a wszyscy biegający dotąd uczniowie padli na ziemię widocznie wyczerpani. — Albo możecie się położyć — mruknął James. — Jak tam wolicie, trzy minuty i wchodzimy na miotły — zapowiedział.

— No co ty? — jęknął Derec z rozczarowaniem. — Świetnie się bawiłem — oznajmił z uśmiechem. James nie zaszczycił go nawet spojrzeniem, ze skupieniem analizując każdą osobę, która została na boisku. Nie mogąc się oprzeć, użył legilimencji na każdym z nich, by mniej więcej móc już wstępnie ocenić ich umiejętności.

Nabory trwały potem już niecałe dziesięć minut. Potter był w pełni usatysfakcjonowany swoim wyborem. Obrońcą został Timothy Parker z czwartego roku. Miał odpowiednią budowę i doskonały refleks, James jedynie miał zamiar poprawić jego szybkość, ewidentnie bał wykorzystać swoją miotłę w pełni. Molly Green i Quinn Austin Syriusz wytypował jako ścigające (,,Oczywiście, że nie chodzi o to, że są ładne! Jak możesz tak o mnie myśleć?”). Pałkarzem został Jacob Bane, Derec obiecał popracować nad jego zamachem (James domyślał się, że w najbliższym czasie coś by sobie skręcił, gdyby nikt tego nie zrobił).

Tak, zdecydowanie wybór go satysfakcjonował.

“Zresztą ja wolę pić niż uprawiać sport. To mniej niebezpieczne. I mniej idiotyczne.”

Roland Topor

James leżał bez ruchu na kanapie w pokoju wspólnym Gryffindoru jeszcze długo po północy, wpatrując się bezczynnie w ogień, który już ostatkami sił utrzymywał się w kominku. Przed jego całkowitym zgaśnięciem, Potter planował podsycić go, by nie siedzieć w całkowitej ciemności. Całkowicie odpowiadał panujący półmrok, panujący w tamtej chwili w pomieszczeniu.

Od dziecka uważał ciemność za przerażającą. Potem strach zmalał, mógł wytrzymać w pozbawionym światła pomieszczeniu, tyle że było to bardzo rozpraszające. Skupiał się w takich sytuacjach na każdym najmniejszym dźwięku zamiast na dręczącym go problemie. To właśnie z ich powodów zazwyczaj nie sypiał i tym razem wcale nie było inaczej.

Myślał o zamordowanym chłopcu. Nic w tej sprawie się ze sobą nie łączyło, a po szkole już zaczęły się roznosić plotki o jej zamknięciu. Nie wierzył w to, gdyby ministerstwo zdecydowało się zamknąć Hogwart ofiar tylko by przybyło. W porównaniu z tym, co się działo na zewnątrz, jak ostatnio Mike zaczął nazywać świat pozaszkolny, jedno morderstwo to praktycznie nic, chociaż było wokół tego tyle szumu, że ministerstwo zdawało się robić w jego kierunku znacznie więcej niż robią w kierunku obalenia Voldemorta. James nagle przypomniał sobie słowa jakiegoś mugolskiego dyktatora czy polityka, które kiedyś przytoczył mu ojciec: “jedna śmierć to tragedia, milion — statystyka”**. Najwidoczniej jedno morderstwo w Hogwarcie było znacznie gorsze niż tysiąc poza nią. Z jednej strony napawało go to swego rodzaju obrzydzeniem, a z drugiej nie dziwił się. Morderstwo pod nosem Albusa Dumbledore’a to nie tylko wykaz okrucieństwa, ale też cholernej odwagi i sprytu, bo w końcu to Dumbledore. Jedyny, którego on zawsze się bał.

— Więc nie zabiłby w jego szkole — mruknął pod nosem James i ze złością uderzył pięścią w podłokietnik kanapy.

Za i przeciw, że to wszystko to sprawka Voldemorta same mu się nasuwały, a każdy argument zdawał się przeważać dopóki nie pojawił się kolejny. Zabijanie chłopca półkrwi dla propagandy czystości krwi było pozbawione sensu, a Voldemort mógł być piekielnie zły, ale działał logicznie.

To morderstwo nie było logiczne, nic w nim nie było logiczne. Jeśli człowiek odpowiedzialny za nie miałby się pomylić w wyborze ofiary, musiałby być kompletnym idiotą i amatorem, ale nie dał się złapać Dumbledore, więc to nie mogła być pomyłka.

Ostatecznie mogło chodzić po prostu o zanieczyszczoną krew — podsunął mu rozum, na co James automatycznie się wzdrygnął.

Nawet w myślach nie powinien używać określeń takich jak zanieczyszczona krew. Ostatnio coraz częściej przyłapywał się na wykorzystywaniu tego typu zwrotów w głowie i sam nie wiedział, co o tym myśleć. Żadnego nie wypowiedział niby na głos, ale to nie znaczy, że taka zmiana oznacza coś dobrego.

Westchnął i przewrócił się na drugi bok, plecami do kominka, by zapobiec późniejszym bólom pleców, które najpewniej dopadłyby go przez zbyt długie leżenie w tej samej pozycji. Wtulił twarz w poduszkę z absurdalną chęcią schowania się przez całym tym cholernym światem, który z dnia na dzień demoralizował go coraz bardziej.

— Chyba masz ostatnio drobne problemy ze snem, co? — usłyszał nagle. Podniósł się do pozycji siedzącej i odwrócił w stronę, z której dochodził głos. Ze schodów, prowadzących do dormitorium dziewcząt siódmego roku, spoglądała na niego Lily Evans. Nie widział dokładnie jej twarzy, ale po tonie jej głosu wnioskował, że się martwi (dziwne).

— Chyba mam ostatnio drobne problemy ze wszystkim — skorygował ją, opadając z powrotem na kanapę. — Ze snem szczególnie — dodał ponuro.

Problemy ze snem miał raczej często, ale to co działo się z nim przez ostatni tydzień przechodziło już wszelkie pojęcie. Noce, które spędzał na dyżurach z Blaked nigdy nie kończyły się tym, by, mimo zmęczenia, po prostu kładł się do łóżka i zasypiał. Nawet gdy próbował, kończyło się na kręceniu w pościeli do świtu. W wolne wieczory zwykle zajmował się wypracowaniami, którymi nauczyciele najpewniej mieli zamiar go dobić (cała ta szkoła to jeden wielki zamach na jego życie) i tak się to kończyło, że do łóżka kładł się nie wcześniej niż o czwartej rano. W skutek tego wszystkiego przez ostatni tydzień przespał, po zsumowaniu, z pięć godzin.

Oczywiście Huncwoci już to zauważyli, ale najwidoczniej nie było jeszcze tak źle, by musieli reagować. James miał jednak niebezpiecznie przeczucie, że moment rozmowy ustannie się tylko zbliża i niedługo go dopadnie.

— Chcesz o tym pogadać? — zapytała delikatnie Lily, schodząc do niego i siadając na fotelu.

— Nie — odparł Potter w przeciwieństwie do dziewczyny raczej mało uprzejmie. — Mam z tobą lepszy temat do rozmowy. Powiedziałem dyrektorowi, że nikogo nie widziałem wtedy na korytarzu, więc postaraj się nas nie wsypać.

— Wiem — powiedziała Evans.

Płomienie rzucały delikatne światło na jej twarz, przez co James przez chwilę miał wrażenia, że w jej włosach jest dosłownie każdy odcień czerwieni. I to była absurdalnie miła myśl, odpychająca wszystkie te ponure i dołujące na bok. Jedna krótka myśl, która sprawiła, że poczuł się dziwnie czysty. To musiało być podobne uczucie do tego, które towarzyszyło narkomanowi po ukończeniu odwyku. Po tygodniu udręczania się intensywnymi niemal do bólu teoriami, planami pojawiła się Lily Evans, której włosy (skórę, oczy, piegi, usta) ogień oświetlał w tak delikatny sposób i czuł się niemal niewinnie.

Jego serce triumfowało.

Rozum kazał natychmiast się opamiętać.

Instynkt przywidywał kłopoty.

Sumienie, które wciąż było nadszarpane, przestało pulsować i krzyczeć.

Duma była podejrzanie cicho.

Temperament zdawał się nigdy nie być tak spokojny.

Poczuł, że bez problemu mógłby w tamtej chwili zasnąć i niemal ośmielił się o pomysł, że nie dręczyłyby go w tym śnie żadne koszmary.

— Ann już mi mówiła — powiedziała dziewczyna, a Jamesowi udało się (jako tako) opanować. Skinął głową i na moment zapadła cisza. Potter przez chwilę nawet myślał, czy powinien zapytać, jak ona się czuje, w końcu egoistycznie byłoby rozmawiać tylko o jego stanie psychicznym z każdą napotkaną osobą, ale po krótkim namyśle stwierdził, że to bezkreśnie głupie pytanie. Chyba nikt nie mógł czuć się dobrze w otaczającej ich sytuacji. — James… — słaby głos Lily przerwał ciszę i wytrącił go (znów) z przemyśleń. — Nie wiem, komu powinnam to powiedzieć… I nie bądź zły, że mówię tak późno — westchnęła. Chłopak zmarszczył brwi i spojrzał na nią ze skupieniem. Wyglądała na przejętą. — Ja… ktoś był w tym korytarzu tamtej nocy. Widziałam, jak wychodził z jednej z klas.

No i to by było na tyle, jeśli chodzi o przespaną noc.

“Nikt nie lubi samotności. Ja tylko nie próbuję się z nikim na siłę zaprzyjaźniać. To prowadzi do rozczarowań.”

Norwegian Wood

***

* — w czasie II wojny punickiej (218-201) katragiński dowódca, Haniball, przeprowadził swoją armię z Hiszpanii do Italii przez Alpy. Mimo dużych strat w oddziale, wojsko Haniballa odniosło szereg imponujących bitew (nad Trebią, nad Jeziorem Trazymeńskim, pod Kannami).

** — słowa przypisywane Józefowi Stalinowi. 

W  następnym rozdziale:

— (Znów) miejsce zbrodni, czyli jak Potter uwodzi,

— Dyżur,

— Niezbyt miła rozmowa,

— Spółka z(ł)o, Potter i Blaked.

Tęskniliście?

Rozdział 19 Wyjątkowo długa noc

Wszystko przebiegało zgodnie z planem, jeśli nie lepiej.

Wszyscy aurorzy, obstawiający miejsce zbrodni zajęli się ściganiem Mike’a, Syriusza i Remusa, przez co on nie miał żadnych przeszkód na drodze i absolutnie nikt nic nie mogło pójść inaczej niż powinno. Krew nie została jeszcze sprzątnięta, dosłownie nic nie zostało ruszone, co było tylko kolejnym ułatwieniem. Przynajmniej ci idioci nie zatarli śladów, widocznie coś wiedzą o swojej pracy.

Jego oczom ukazał się znany już napis „ŚMIERĆ SZLAMOM”, na którego widok nieznacznie rozszerzył oczy, ale nic poza tym. Zbliżył się powoli i przyklęknął na podłodze, nie zważając na brudzącą ją zaschniętą krew. Morderca musiał po sobie coś zostawić. Cokolwiek.

Poniósł się z ziemi i przyjrzał napisowi. Koślawe pismo, rozmazana krew. Nie użył do napisania tego magii. Tylko dlaczego? Rzucał jakieś zaklęcie podczas pisania, to jasne. Musiał torturować chłopca, więc chodziło o coś więcej niż zwykłe pokazanie, że mugolaki nie mają czego szukać w świecie magii. Sadysta, szukał okazji, żeby zadać ból. I pismo, o czym mogło mówić pismo? Jeśli pisał to ręcznie musiał mieć czas, czyli on Blaked byli jeszcze daleko. Około drugiej w nocy, to by się zgadzało z wyglądem krwi na podłodze. Musiało minąć już z trzynaście godzin. Kto o drugiej nocy mógł być poza sypialnią… oprócz trupa, rzecz jasna.

Merlinie, czy ten biedny chłopak wiedział na co się naraża wychodząc? Mógł spotkać Angelę Blaked, z dwojga złego lepszy chyba byłby już morderca.

Auć, nie. Nie wolno tak myśleć, to brzydko – zganiło go sumienie.

Westchnął cicho, to mało. Chłopak, musiał dowiedzieć się czegoś o tym chłopaku.

– Czemu chodził o tej porze po korytarzach? – spytał sam siebie, mierzwiąc włosy. Krukoni, a zwłaszcza ci młodsi, z reguły trzymają się regulaminu.

– Miał szlaban – nadeszła odpowiedź, na którą odwrócił się gwałtownie, by zobaczyć stojącą za nim Blaked. W pierwszym momencie chciał spytać, co tu robi, ale zorientował się, że to potwornie głupie pytanie, więc przez chwilę wpatrywał się w nią zagryzając wargi.

– Jak weszłaś? – wycedził po chwili, stwierdzając, że to znacznie lepsze pytanie.

– Christine i Malcolm zdjęli zaklęcie tropiące, a Drake zagaduje aurorów, którzy mogą być potencjalnym problemem. A ty? – zapytała, przekręcając lekko głowę.

– Syriusz, Remus i Mike odwracają ich uwagę – odparł, na co Blaked skinęła głową.

– Wiedziałam, że poszło za łatwo – przyznała. – Coś masz? – zapytała, podchodząc bliżej.

– Zgaduję, że nie więcej niż ty możesz się domyślić – przyznał odrobinę niechętnie. Musiał przyznać, że dziewczyna była bystra, piekielnie bystra.

– Powiedz, oszczędzę sobie czasu – rzucił niedbale, kucając i biorąc trochę krwi z podłogi do fiolki.

– Musiał zginąć około drugiej w nocy – odparł. – Morderca to sadysta, ale nie taki typowy. Dobrze zaplanował – powiedział. – Napis…

– Napis jest zmyłką – wtrąciła Blaked, wstając. – Sprawdziłam chłopca, jest półkrwi, oboje rodziców to czarodzieje, ojciec mugolak, porzucił magię, żyje jako mugol. Zostawił rodzinę dziesięć lat temu – wyjaśniła.

James zmarszczył czoło. Półkrwi? To wszystko komplikowało, bo niby czemu nad chłopcem półkrwi miałby widnieć napis „ŚMIERĆ SZLAMOM”. Czy Voldemort kategoryzował czarodziei już tylko jako czystokrwistych i resztę? Nie brzmiało to jakoś wiarygodnie, wśród Śmierciożerców było przecież wielu czarodziei półkrwi.

– To dziwne – stwierdził, przejeżdżając dłonią przez kawałek napisu.

– Oczywiście – przyznała Blaked. – Tym bardziej potrzebuję pomocy, której ty mi udzielisz – dodał, zmuszając Jamesa do spojrzenia na nią zaciekawionym wzrokiem.

– Gdybyś zechciała przestać z góry stwierdzać, co zrobię, a czego nie… – urwał, słysząc kroki.

Ups.

– Czas wiać – rzuciła Blaked, ale on ruchem ręki dał jej znać, żeby jeszcze się wstrzymała. To w końcu tylko aurorzy.

– Hej! – rozległ się krzyk za jego plecami. Odwrócił się na pięcie, by zobaczyć wysokiego, dobrze zbudowanego mężczyznę, który zmierzał w ich stronę z groźnym wyrazem twarzy. – A wy co tu robicie?

– Jesteśmy stażystami – skłamał gładko, już sięgając do kieszeni, by po chwili wyciągnąć  w kieszeni odznakę, którą pokazał aurorowi. On rzucił tylko okiem, na tyle dokładnie, by zauważyć jej autentyczność, ale nie na tyle, by zauważyć niezgadzające się zdjęcie i datę urodzenia. – Eric Johnson, moja partnerka Catherine Lorens – powiedział, wskazując na trzymającą się lekko z tyłu Blaked. – Przysłało nas ministerstwo.

– W jakiej sprawie? – zapytał mężczyzna podejrzliwie.

– Dostaliśmy informacje o uszczerbkach technicznych – wtrąciła Blaked, wyciągając z torby plik zapisanych kartek. – Nietrwałe zaklęcie ochronne, łatwe wyłączenie i włamanie uczniów na zabezpieczony teren. Mamy wam pomóc z ochroną – wyczytywała, by po skończeniu zgiąć kartki i schować z powrotem do torby.

– Ach, tak – mruknął auror widocznie jeszcze nie do końca przekonany. – Więc róbcie swoje – dodał. James skinął mu głową, po czym razem z Blaked skręcili w boczny korytarz.

– Nieźle – przyznała dziewczyna, sięgając do jego kieszeni, by wyjąć odznakę i obejrzeć ją dokładnie. – Eric Johnson? Kto to i skąd masz jego odznakę? – zapytała.

– Brat znajomej – odparł spokojnie, wspominając lato, w którym poznał starszego brata Ann, który był świeżo po kursie aurorskim.

– Tak, Johnson, to jasne – mruknęła Blaked, przyglądając się oznace. – Nie wyglądał na idiotę.

– Nie jest idiotą – odpowiedział James. – Nie jakimś szczególnie wielkim, w każdym razie – dodał, chrząkając cicho. – Sprawdził autentyczność odznaki – wyjaśnił i ruszył w stronę wysokiej, ciemnowłosej kobiety, która właśnie mówiła, a raczej krzyczała, do jego przyjaciół. – Ja się nimi zajmę – oznajmił, wystawiając w jej stronę odznakę.

Spojrzała na niego, poświęcając odznace jedynie niewielką część swojej uwagi. Lustrowała go spojrzeniem tak przenikliwym, że poczuł się niekomfortowo. Coś w jego głowie zdawało się krzyczeć, ale on to zignorował. Gdyby była jakimkolwiek zagrożeniem wykryłaby oszustwo, to jasne.

– Ach, tak. Auror Johnson – powiedziała, przypatrując mu się uważnie. – Mój szef coś wspominał o obecności ludzi z ministerstwa – dodała, po czym skinęła głową na Huncwotów, którzy milczeli taktownie. – Do zobaczenia, panie Johnson – rzuciła, jakby zupełnie nie zauważała obecności Angeli. Odeszła w kierunku miejsca zbrodni. James jeszcze przez chwilę spoglądał na korytarz, za którym zniknęła, po czym na sekundę uniósł prawy kącik ust i tę samą brew.

– Możemy już wracać? – zapytał Mike. Dopiero wtedy Potter na nich spojrzał. Wszyscy byli lekko zaczerwienieni i zmachani ucieczką przed aurorami.

– Myślę, że bylibyśmy dla siebie przydatni – oznajmiła Blaked, przyciągając uwagę Jamesa. – I nie myśl, że mam zamiar prosić. Gdybyś zechciał pójść ze mną, sądzę, że moglibyśmy zrobić coś, co zdecydowanie przyciągnie twoją uwagę, ale sam zdecyduj – dodała, po czym odeszła, zamiatając za sobą włosami.

Nawet nie zorientował się, kiedy dokładnie poszedł za nią.

„Stara to prawda, że w polityce często musimy uczyć się od wrogów.”

Włodzimierz Lenin

 

Zrównali się krokiem dopiero piętro niżej, wiedząc, że tak długo jak będą na widoku nie mogą spokojnie porozmawiać o tym, co już wiedzą. Nie chcieli wzbudzać podejrzeń wśród aurorów, więc musieli być cierpliwi. Dopiero gdy oboje znaleźli się w bocznym korytarzu Blaked złapała go za rękaw koszuli.

– Chcę zbadać ciało – oznajmiła. – Ale Pomfrey nie ufa już mojej ekipie, nawet nie pytaj – zastrzegła.

– Nie miałem zamiaru – odparł Potter. – Podkradaliście jej narzędzia i eliksiry przez trzy lata, zanim w końcu się zorientowała, to oczywiste, że nie da się już wyprowadzić wam ze skrzydła szpitalnego – powiedział spokojnie z delikatnym, cynicznym uśmieszkiem. Widok zdziwienia na twarzy dziewczyny był rozkoszą dla jego oczu.

– Skąd… – zaczęła zdezorientowana, jednak szybko opamiętała się i przywróciła swoją minę Królowej Lodu. – Nieistotne – westchnęła. – Odwróć jej uwagę to podzielę się z tobą tym, czego się dowiem – obiecała.

– W porządku – odparł nie za szybko, zerkając nonszalancko na sufit.

– Już? – zapytała Blaked, mrugając zawzięcie.

– Już – potwierdził spokojnie. – Też chcę wiedzieć i wiem, że nie dowiem się tego sam, więc potrzebuje osobistej schizofreniczki – powiedział.

Tym razem szok nie zniknął z twarzy Ślizgonki tak szybko. W następnej sekundzie już czuł zaciskającą się dłoń na kołnierzu jego koszuli.

– Kto ci powiedział? – wysyczała. – Nie mogłeś…

– Dowiedzieć się o twoich zaburzeniach psychicznych w postaci schizofrenii i ADHD? – dokończył, unosząc brwi. – Jasne, że nie mogłem. Nie domyśliłem się. Po prostu wiem – oznajmił, uśmiechając się oszałamiająco

– Nie możesz po prostu wiedzieć, nikt tego nie wie! – krzyknęła. W jej ciemnych oczach James widział chłód. Potworny chłód, godny Królowej Lodu. Nie widział jednak żadnych emocji. Żadnej złości i strachu, żadnej goryczy. Tylko odrobinę zdziwienia, po którym już znikał ślad.

– Więc kto mógł mi powiedzieć? – spytał bystrze z błyskiem satysfakcji w oku. Nie potrafił powstrzymać radości. Legilimencja była cudowna, a tak mało osób o niej pamiętało, nawet Blaked.

Zapadła cisza, a oni mierzyli się spojrzeniami, próbując zrozumieć swoje postępowanie. James znał ją niecałe dwa dni, a już wiedział, że najprawdopodobniej jest najciekawszą i najgenialniejszą osobą, jaką w życiu poznał. Była ciekawa, chciał ją poznać, ale bał się tego, co odkryje.

To było takie paradoksalne.

– Osobowość dyssocjalna – odezwała się niespodziewanie Blaked, zbijając Jamesa z tropu.

– Na to też chorujesz? – zapytał, z góry wiedząc, że nie przegapiłby tego podczas sprawdzania jej.

– Nie, a ty? – padła odpowiedź w postaci pytania. Zmarszczył czoło.

– Słucham? – rzucił. Ślizgonka odbiła piłeczkę, widocznie zadowolona z odzyskania kontroli nad ich rozmową.

– Znam wielu ludzi, którzy nie wiedzą o moich… przypadłościach – powiedziała cicho. – Rozmawiali ze mną wielokrotnie i nie wiedzą. Ty spojrzałeś na mnie i udało ci się dowiedzieć. Nie wystarczyłaby mądrość, ty masz coś z głową. Coś genialnego. Osobowość dyssocjalna. Masz problem z nawiązywaniem kontaktów międzyludzkich, boisz się emocji i posiadasz dar zdobywania wiedzy bez uczenia się. Unikasz rozmawiania o sobie, ludzie są dla ciebie czymś gorszym. Osobowość dysocjacyjna – stwierdziła, przyglądając mu się uważnie.

Na chwilę go zamurowało. Nie słyszał dużo o tej przypadłości, wiedział jedynie, że to zaburzenie psychiczne utrudniające kontakty z ludźmi, coś jak psychopatyzm, łagodniejsze, ale… Och, nie był psychopatą!

– Świetnie – pochwalił Blaked, po czym dodał spokojnie. – Ale nie. Nie choruję na to. Dlaczego sądzisz, że w ogóle na coś choruję?

– Bo jesteś bystry – odparła dziewczyna. – To ciekawe i odrobinę chore – stwierdziła, a James westchnął.

– Pogadamy kiedy indziej – mruknął, chcąc jak najszybciej wrócić do pokoju wspólnego. Już niemal skręcał w prostopadły korytarz, skąd miał zamiar puścić się biegiem, gdy Ślizgonka odezwała się już, jak miał nadzieję, po raz ostatni.

– Za trzy godziny. Już ci podałam hasło, prawda?

Zdecydowanie nie był spokojny.

„Płomień nie widzi swej jasności tak dobrze jak ci, których oświetla, tak jest też w przypadku mędrca.”

Fryderyk Nietzsche

 

– Nie idziesz.

James uniósł kpiąco brwi i podniósł się z łóżka. Sprawnym ruchem zrzucił z siebie białą koszulkę, odsłaniając brzydkie blizny, szpecące jego młode ciało. Skrzywił się odruchowo, próbując nie patrzeć w lustro, gdy zbliżał się do szafy, z której wyjął ciemnoczerwoną koszulę. Miał zamiar kontrastować z całą tą zielenią. Okazało się jednak, że Łapa nie miał zamiaru odpuścić tak łatwo, o czym Potter przekonał się, gdy  ubranie od razu zostało wyrwane mu z ręki.

– Nie idziesz – powtórzył stanowczo Syriusz. – Nawet na to…

– Och, wybacz, musiałem zapomnieć, kiedy dokładnie pozwoliłem ci decydować o moim życiu – prychnął James, pochodząc do Blacka, chcąc wyrwać mu swoje ubranie z rąk, na co ten nie miał jednak zamiaru pozwolić, podnosząc koszulę poza zasięg rąk przyjaciela.

Zaklął w myślach na genetykę i wszystkie inny czynniki, które uczyniły Syriusza o te trzy cale wyższym.

– Daj spokój, Jimmy, sam wiesz, że to głupie – westchnął Łapa. Potter nie skomentował tego, rzucając Blackowi mordercze spojrzenie.

– Nie mów na mnie Jimmy – warknął. – Nie znoszę tego – dodał niemal z obrzydzeniem.

– Tak, tak. Wszyscy to wiemy – rzucił Remus, wstając i od tyłu łapiąc Syriusza na ramię, by Rogacz mógł odzyskać koszulę.

– Dobra, kończ ten striptiz, bo te rany serio wyglądają nieciekawie – odezwał się Mike zza jego pleców. James natychmiast odwrócił się, wiedząc, że najgorzej to wygląda z tyłu.

– Nikt ci nie każe patrzeć – prychnął, zakładając koszulę.

– Może nie każe, ale stary… ty widziałeś swoje plecy? – zapytał Davis, opierając się na łokciach.

– Zazwyczaj noszę oczy z przodu – odparł protekcjonalnie z lekkim zmęczeniem.

– Ach… czyli nie widziałeś tego… – Mike urwał pod wpływem rażących spojrzeń Syriusza i Remusa. Potter westchnął.

– Widziałem – odparł cicho, zapinając koszulę trochę nad połowę. – I przestańcie wymieniać te spojrzenia, to denerwuje – dodał.

– Jasne, jasne. Ale i tak nie idziesz – oznajmił Syriusz, ciągnąc go za rękaw.

– Zostaw – westchnął.

– On ma rację – dorzucił swoje trzy grosze Mike, siadając prosto. – Uważaj na te żmije, jad większości zabija – zaśmiał się. Remus zawtórował mu cicho, ale Łapa milczał, wbijając uparte spojrzenie w twarz Pottera.

– Nie idziesz – powtórzył stanowczo. – Nie pozwalam.

– Nie musisz – odpowiedział James. – Po prostu się odsuń.

Przez chwilę mierzyli się mocnymi spojrzeniami, czekając tylko na chwilę, w której jeden z nich odpuści. To mogło trać wiecznie, gdyby Remus w końcu nie zareagował.

– Odpuść Łapa – westchnął. – Wiem, że ciężko ci to pojąć, ale Jimmy jest już dużym chłopcem i potrafi sam o siebie zadbać.

– Zamknij się – warknęli równo Black i Potter, wbijając w Remusa mordercze spojrzenia.

– Zajmijcie się własnymi, idiotycznymi sprawami, a ja idę pograć z mordercą w łapankę* – rzucił z powagą i opuścił dormitorium, zanim pozostali zdołali zareagować.

Na korytarzach, co jakiś czas mijał grupki uczniów, jednak na tyle rzadko, by nie musiał martwić się tym, czy ktoś zorientuje się gdzie idzie. Odrobinę dziwił się wszystkim tym, którzy o dwudziestej woleli przebywać już w swoich pokojach wspólnych, w końcu to nie tak, żeby morderca miał zabić bez względu na miejsce, na pewno nie oszczędza tylko tych na korytarzu. Poczucie bezpieczeństwa było tylko złudne, to pewne. Co nie zmieniało faktu, że wejście do Pokoju Wspólnego Slytherinu wydawało się w tamtej chwili samobójstwem.

– Potter, jak dobrze cię widzieć – rozległ się głos Blaked chwilę po tym, jak stanął w progu Pokoju Wspólnego Slytherinu. Panował tam lekki gwar, ale nie na tyle głośny, by nie mógł usłyszeć słów dziewczyny siedzącej paręnaście stóp dalej, jak to było w wieży Gryffindoru.

– Wzajemnie – odparł krótko, podchodząc do niej. Czuł na sobie ostre spojrzenia mijanych osób, które milkły raptownie, co wprawiło go w jeszcze większe zestresowanie. Chociaż to mogło być źle dobrane słowo, bo nie bał się tego spotkania i nie stresował się tak jak można stresować się przed pierwszą randką lub rozmową kwalifikacyjną. Po prostu czuł się potwornie niekomfortowo w gnieździe węży. – Jeśli już zapraszasz mnie na nieistniejącą imprezę, mogłabyś się bardziej postarać z dekoracjami – stwierdził.

– Gdybym to zrobiła, nabrałbyś się? – zapytała Blaked, podnosząc się z zielonego fotela, by rzucić mu chytre spojrzenie.

– Nie – odparł po chwili namysłu i uśmiechnął się szeroko. – Ukrywanie sekretów raczej nie idzie ci dobrze.

Uśmiech dziewczyny nieco przygasł.

– Angeli? – rzuciła pogardliwie Prospect, unosząc wzrok znad książki. – Ha, dobre sobie. To najlepszy sejf na sekrety, jaki kiedykolwiek ten świat miał zaszczyt widzieć – powiedziała, obdarzając Blaked uśmiechem. Potter uniósł brew, patrząc na brunetkę, której uśmiech całkowicie zniknął.

– Christine – zaczęła przesłodzony tonem – słonko, zamknij się – warknęła, na co pozostali wymienili spojrzenia, jakby byli przyzwyczajeni.

– Och, nie bierzcie tego do siebie – powiedział ze sztuczną uprzejmością w głosie. – Jest zła, bo jestem lepszy w dowiadywaniu się pewnych rzeczy niż ona w ukrywaniu – oznajmił ze sztucznym uśmiechem wysłanym w stronę Blaked, która odpowiedziała ostrym spojrzeniem.

– Chyba kpisz – prychnął Ratter, unosząc brwi.

– Chyba jama ustna twojej dziewczyny od miesiąca jest blisko znana Cartherowi – zripostował James, na co Ślizgon prychnął pogardliwie.

– Nie mam dziewczyny – oznajmił tak przekonująco, że Potter, dosłownie na pół sekundy, zawahał się, czy nie pomylił się przy analizowaniu zobaczonych w  umyśle chłopaka.

– Właśnie, że masz – odparł spokojnie, nie pozwalając zbić się z tropu. – Tylko że to ukrywasz, bo jest Gryfonką i odrobinę ci wstyd – dodał. Tylko Blaked udało się utrzymać spokojny wyraz twarzy. Pozostała trójka Ślizgonów wymieniła czujne i pełne zaniepokojenia spojrzenia.

– Wygadała ci się – warknął Ratter.

– Nie kompromituj się – rzuciła nagle Blaked z uśmiechem. – Nie powiedziała mu, mówiłam, że jest dobry – powiedziała, a James, wbrew sobie, poczuł przyjemne uczucie dumy, wiedząc, że ta pochwała w jakiś sposób czyni go lepszym od innych w oczach Ślizgonki. – Co powiecie na małą zabawę?

Tak długo jak nie będzie to mordowanie niewinnych kociąt, zgoda.

 

,,Walcząc z kimą, stajemy na jednym poziomie z nim. Wrogowie są do siebie podobni. Więcej: Dwaj wrogowie to jeden podzielony człowiek.”

Emil Cioran

 

Rozmowa nie przebiegała w bardzo przyjazny sposób, chociaż James musiał przyznać, że wyjątkowo ciężko było podtrzymać milczenie dłużej niż trzy sekundy. Każde zdanie ciągnęło za sobą potok czterech innych, z których co najmniej dwa były sprzeczne z tym pierwszym. W ten sposób prowadzili już chyba siódmą dyskusję. Trudną, ale za to potwornie ekscytującą.

– Poza tym to tylko rządowy sposób kontrolowania obywateli – stwierdziła Blaked, dopijając resztkę wina. Jakim cudem dotarli do tematu małżeństwa? James nie miał bladego pojęcia.

W pokoju wspólnym została już tylko ich piątka, przez co udało mu się odrobinę rozluźnić, jednak nie na tyle by sięgnąć po swój kieliszek, który stał na niskim stoliku już od godziny; nieruszony.

– Och, proszę cię. Takie teorie spiskowe można wysnuć na temat wszystkiego – prychnęła Procpect. – Małżeństwo to sposób celebrowania miłości, rozpowszechnianie jej.

– Tak, bo najważniejsze jest pokazywanie całej tej szopki innym – wtrącił z przekąsem James. – Małżeństwo nie z rozsądku, bo ciężko mówić o miłości, straciło swój urok w jakimś dziewiętnastym wieku – dodał.

– Oczywiście – prychnął z sarkazmem Tenebris. – Ludzie nie mogli udzielić pomocy przypadkowym poszkodowanym w wypadku ze względu na swoją pozycję, mężczyźni nie ośmielili się dotknąć kobiecych rzeczy, a najgłupsza plotka mogła zniszczyć komuś życie, wspaniałe czasy – rzucił, na co James wygiął wargi w lekkim uśmieszku.

– Arystokracja oczekiwała od niżej urodzonych pokładów szacunku, nieraz traktując ich gorzej niż zwierzęta. Niektóre rzeczy się nie zmieniają, nie uważasz? – spytał. Ciemnoskóry Ślizgon już otworzył usta, by odpowiedzieć, kiedy wtrąciła się Blaked.

– Wolisz białe wino? – spytała, patrząc na Pottera z uprzejmym zaciekawieniem. Natychmiast zrozumiał, co dziewczyna ma na myśli.

– Nie mam nic przeciwko czerwonemu – odparł – ale nie jestem specjalnie spragniony – skłamał.

– Rozumiem – padła krótka odpowiedź ze strony brunetki. – Malcolm, słońce, jak idzie kompletowanie drużyny? – zapytała, zerkając na Rattera, który najwidoczniej został, tak jak James, kapitanem swojej drużyny.

– Mam boisko zarezerwowane na jutro – odpowiedział tamten. – Im szybciej zaczniemy trenować, tym lepiej – dodał, podczas gdy James klął na siebie w duchu. Jeszcze nawet nie zaczął myśleć o naborze, niech to szlag.

Minęło kolejne pół godziny. Pierwsza ulotniła się Prospect, po niej Tenebris, a na końcu Ratter. Zostali już tylko on i Blaked, a to już znak, że pora się ulotnić.

– Będę się zbierać – rzucił, wstając z miejsca.

– Poczekaj, ledwo poszli, musimy pogadać – mruknęła Blaked. Nagle jej uprzejmość i spokój zniknęły, a pojawiła się podejrzliwość wraz ze zdeterminowaniem.

– Rozmawiamy już od dwóch godzin – zauważył, zerkając na zegarek. – Już późno, Blaked, powinienem wracać.

– To ważne, więc twój powrót jeszcze poczeka – stwierdziła Ślizgonka i pociągnęła go z powrotem na kanapę. – Po pierwsze, miałam ci przekazać, że dostaliśmy dostęp do własnych pokoi, ale spanie tam nie jest możliwe – powiedziała z całkowitą powagą na twarzy.

– Dlaczego?

– Bo przerobiłam je na laboratorium.

Powstrzymał się od uderzenia dłonią o czoło.

– Laboratorium? – prychnął. – Chcę to zobaczyć – oznajmił lekko nie dowierzając.

– Może innym razem – odparła wymijająco Blaked. – W zasadzie będziesz miał okazję jutro, jeśli mi pomożesz, a pomożesz, bo jesteś pieprzonym Gryfonem i nie potrafisz kontrolować swojej ciekawości. Oszczędźmy sobie udowadnianie, że nie, bo dobrze oboje wiemy, że nie zniesiesz myśli o nudzie, wiedząc, że mogłeś robić coś tak ciekawego jak to, co ci proponuję – powiedziała spokojnie, nie spuszczając wzroku z twarzy chłopaka. Przez chwilę miał ochotę odmówić, żeby faktycznie udowodnić, że pomimo bycia Gryfonem potrafi się kontrolować, ale… cóż, dziewczyna to przewidziała, a on naprawdę chciał się zgodzić.

Do diabła z kontrolowaniem.

– Już chyba ustaliliśmy, że się zgadzam. Szczegóły jutro, jestem zmęczony – przyznał zgodnie z prawdą, przecierając oczy.

– Poczekaj jeszcze – poleciła Blaked. – Myślę, że spółpraca przebiegnie nam lepiej, jeśli na jakiś czas zawiesimy broń, nie sądzisz? – spytała.

– Możliwe – westchnął. – Jakkolwiek, odpuść już. Dziewczyna zaśmiała się i uniosła swój kieliszek z kolejną porcją wina.

– Za pokój – zaśmiała się, widocznie czekając, aż James sięgnie po swój trunek, więc zrobił to, bardzo chcąc już wyjść. Przyłożył kieliszek do ust, jednak nie napił się, mając nadzieję, że Ślizgonka tego nie zauważy.

Mimo wszystko słodko-kwaśny zapach wina był jedną z ostatnich rzeczy, jakie pamiętał.

“Wino przeistacza mędrca w głupca, a głupca w mędrca.”

Carlos Ruiz Zafon

 

Było już dobrze po północy, kiedy Syriusz zaczął się niepokoić długą nieobecnością Jamesa. Zegar wybił już pierwszą w nocy, gdy razem z Mike’iem i Remusem zdecydowali się po niego pójść, chociaż powinni zrobić to już dużo wcześniej. Lunatyk jednak uparł się do poczekania  z powodu tego durnego stwierdzenia, że Potter z pewnością sobie poradzi. Łapa może nie miałby ku temu żadnych obiekcji, gdyby nie fakt, że… cóż, James nie tyle, co potrafił sobie radzić z kłopotami, on sam się w nie pakował, wręcz lgnął do nich niczym uzależniony. Ta metafora była zdecydowanie bliżej prawdy niż powinna.

– Jak mamy zamiar wejść do tych ich przeklętych lochów? – zapytał półgłosem Mike, wzdrygając się z nieco przesadzonym wstrętem.

– To się jeszcze zobaczy – odparł Syriusz, samemu się nad tym zastanawiając. Cała ta akcja była odrobinę nieprzemyślana, więc opierała się przede wszystkim na nadziei, że rozwiązanie większości problemów pojawi się samo, co było dość głupie, ale jak wiadomo, głupi zawsze ma szczęście, więc coś mogło z tego wyniknąć.

– Wciąż uważam, że to głupi pomysł – oznajmił Lupin. – Na Merlina, to James. Nie jest dzieckiem, poradzi sobie – stwierdził, na co Syriusz prychnął.

– Ostatnim razem – powiedział z maskowaną irytacją – kiedy przyjąłem, że da sobie radę, skończyło się na trzytygodniowej śpiączce, więc…

– To o to chodzi – przerwał nagle Mike i uniósł brwi. – Obwiniasz się, więc postanowiłeś być jeszcze bardziej nadopiekuńczym kretynem niż zwykle? – zapytał z zaczepnym uśmiechem, na co Syriusz prychnął pogardliwie.

– Nie obwiniam się – oznajmił. – Po prostu nie mam zamiaru znowu latać co trzy minuty do szpitala, bo jaśnie księciu zachciało się pić.

– Albo jeść – dorzucił Lunatyk. – Albo pouprzykrzać życie osobom, które nie są lekarzami lub pielęgniarkami. Albo pomarudzić na szpitalne jedzenie. Albo nudę. Albo…

– Nie to było tematem rozmowy – zauważył Mike, unosząc rękę. – Chociaż macie rację, potrafi być upierdliwy.

– Po prostu weźmiemy go z powrotem do dormitorium – zarządził Syriusz, chcąc ostatecznie zakończyć dyskusję.

Szli w ciszy do czasu, kiedy rozległ się głośmy (zdecydowanie za głośny jak na tę porę) śmiech. Wymienili podejrzliwe spojrzenia, zbliżając się do sąsiedniego korytarza, z którego ten odgłos dochodził.

– Znasz tę dziewczynę? – rozległ się spokojny, lekko chłodnawy głos Blaked.

– Widziałem ją raz w życiu, nie chcę się z nią żenić! – padła natychmiast odpowiedź, a Syriusz poczuł natychmiastową ulgę, słysząc niewyraźny głos Jamesa.

– Oczywiście, że nie chcesz, boisz się zobowiązań.

– Tak. To taka beznadziejna wymiana sztucznym zaangażowaniem…

Stanęli na drodze pary prefektów naczelnych. Świecący koniec różdżki Blaked rzucał światło na ich twarze. Ślizgonka rzuciła krótkie, niemal niezauważalne, spojrzenie na Pottera, który kontynuował swoją przemowę, jakby niezauważając pozostałych.

– …całkowicie sztuczne, nawet jeśli powstałe z tak zwanej miłości – zakończył. Syriusz przyjrzał mu się uważnie, od razu widząc, że coś jest nie tak. Przyjaźnił się z Jamesem wystarczająco długo, by wiedzieć, że jakkolwiek nie miał problemu z wygłaszaniem na forum swojego zdania (jak robił to w tamtej chwili), otwarte przyznanie się do strachu przed czymkolwiek, a szczególnie rzeczą tak skrajnie głupią (zdaniem Pottera) jak związek, było zdecydowanie podejrzane.

– Wszystko w porządku? – zapytał w miarę niezmartwionym tonem, by w końcu ściągnąc na siebie spojrzenie Jamesa. Wielkość jego źrenic uderzyła w Syriusza niczym zadany przez boksera cios prosto w brzuch.

– Mhm – odmruknął Potter, co było już drugim dowodem na to, że działo się coś dziwnego. James odpowiadał w ten sposób, gdy był znudzony lub zmęczony, a nic nie wskazywało na to, by znajdował się w którymkolwiek z tych stanów w tamtym momencie.

– Oczywiście, że w porządku – prychnęła Blaked.

– Nie wygląda na to – mruknął Mike, przyglądając się Rogaczowi ze zmarszczonymi brwiami. – Coś ty mu dała!? – oburzył się nagle nieco zbyt głośno jak na tę porę, ale to było nieważne.

– Dała? – powtórzyła Blaked, unosząc brwi. – Nie wiem, o czym mówisz – oznajmiła.

– Och, proszę cię – prychnął Davis. – Opowiada ci historie ze swojego życia, rozszerzone źrenice – urwał, łapiąc Jamesa za nadgarstek i badając puls. – Przyśpieszona czynność serca. Jeśli to nie amfetamina to ja jestem królową Elżbietą – oznajmił.

– Mike będzie lekarzem – powiedział natychmiast Potter, kiwając z powagą głową. – Ale i tak mnie nie dotykaj – dodał, wyrywając rękę z uścisku drugiego chłopaka.

– A ty kim chciałbyś zostać w przyszłości? – spytała Blaked, przypatrując się Jamesowi w sposób, który zdecydowanie nie spodobał się Syriuszowi.

– Nie wiem – odparł krótko Potter, co było już trzecią oznaką, że coś jest nie tak.

– Dobra, koniec imprezy, wracamy – zarządził Remus, jako jedyny zachowujący zdrowy rozsądek.

– Wal się tato – mruknął James, na co Syriusz na pewno uśmiechnąłby się, gdyby nie powaga sytuacji w jakiej się znaleźli. Tak długo jak obok nich stała ta chora dziewczyna nie był w stanie nawet próbować się uspokoić.

– Chodź już – poprosił, delikatnie łapiąc Rogacza za ramię i ciągnąc w stronę Wieży Gryffindoru.

– Na waszym miejscu przemyślałabym to parokrotnie – rozległ się jeszcze zza ich pleców głos Blaked z nutką kpiny. Syriusz odruchowo przystanął, co zrobili także pozostali (James z miną wyrażającą całkowite kontrolowanie sytuacji, to było absurdalne). – Nie wiecie jaką dawkę mu podałam i nie macie doświadczenia w obchodzeniu się z osobą pod wpływem narkotyku – zauważyła.

Łapa nie mógł się nie zgodzić.

– I ty nam pomożesz? – prychnął Mike, odwracając się. – Zabawne, daj znać, jak już wymyślisz zakończenie tej bajki – rzucił z ironią w odpowiedzi na co Blaked zaśmiała się tylko.

– Chyba byłabym w stanie cię polubić – stwierdziła, wyciągając z kieszeni niewielką kartkę i pochodząc do nich. – Dokładna dawka i lekki opis tego, co może się dziać w najbliższym czasie, pewnie się przyda – stwierdziła, po czym uśmiechnęła się z ironią zmieszaną z przesadzoną wesołością tworząc odrobinę przerażający efekt. Wcisnęła Mike’owi kartkę do ręki, a następnie zniknęła za ścianą, wracając w stronę lochów.

“Narkotyki, objadanie się, alkohol czy seks to po prostu różne środki do osiągnięcia spokoju. Do ucieczki od tego, co wiemy.”

Chuck Palahniuk

 

2.05 w nocy.

Syriusz, po raz trzeci już, posadził Jamesa na jego łóżku, a on, po raz trzeci, wstał z niego, próbując złapać równowagę na lekko drżących nogach. Chwycił się ramienia Łapy, by nie upaść (znowu).

– Syriusz – mruknął, jakby nie chciał, żeby Remus i Mike go usłyszeli, choć szanse miał raczej marne. Mówił dosyć głośno, według Skrzydlaka jednym z efektów amfetaminy jest słowotok. W wykonaniu Jamesa to była dosłowna lawina słów. – Syriusz, myślę, że mam problem.

– Myślisz? – powtórzył z sarkazmem. – Skąd ten pomysł? – zapytał. Rogacz przez chwilę milczał, dziwnie skupiony.

– Nie wiem, przez tę cholerną amfetaminę nie panuję nad tym, co mówię – powiedział, sprawiając, że wszystko wróciło na swoje miejsce; Syriusz stał zdezorientowany, Remus spoglądał na ich dwójkę z wyrazem intensywnego skupienia na twarzy, a Mike kiwał głową, udając, że wszystko zrozumiał.

– Amfetamina powoduje słowotok, ale w gruncie rzeczy poprawia koncentrację – powiedział. Może naprawdę był w temacie, kto go tam wie.

– Co jeszcze? – zapytał Remus, patrząc uważnie na Jamesa, który uparcie próbował zrobić krok w przód, jednak Syriusz trzymał go za ramię w miejscu.

– Nadpobudliwość, silne pobudzenie, brak apetytu, agresywność – wymieniał Mike – ale przy tej dawce raczej nie będzie tak źle, tym bardziej, że tej wariatce chodziło przede wszystkim o skłonienie go do mówienia.

– No nie mów – zironizował Syriusz, który ledwo co potrafił zrozumieć słowa przyjaciół przez mówiącego mu do ucha Jamesa.

– …i gdyby to był Voldemort… Łapa, słuchaj mnie – marudził chłopak, ciągnąc Syriusza za rękaw bluzy.

– Słucham przecież – burknął ten, odwracając głowę w stronę przyjaciela.

– Gdyby to był Voldemort to ten chłopiec nie byłby półkrwi, bo to bezsensu. Ten napis musiał być tylko formą zmylenia nas i odciągnięcia od…

– Moment – przerwał Black, jednak James kontynuował niezrażony:

– …prawdziwego mordercy.

– Jim…

– Zamknij się – rzucił niedbale Potter, machając na niego ręką. Syriusz spojrzał na Mike’a i Remusa, modląc się w duchu, żeby powstrzymali go, kiedy w końcu zdecyduje się na zabicie Rogacza. – Tylko to zbyt proste. I bezsensowne, to nie było ciche morderstwo, chciał nas zmylić? Zbić z tropu…

– Stop – wtrącił znów Black. – Jacy my?

– W sensie ja – odparł James. – I Blaked.

– Już współpracujecie? – zapytał Mike z absurdalnie szerokim uśmiechem.

– Nie.

Remus uderzył dłonią w czoło, a Syriusz znów posadził Pottera na łóżku.

– Może pomożenie? – zapytał, rzucając pozostałej dwójce mordercze spojrzenie.

– Jak chcesz go tak bardzo zaciągnąć do łóżka to zrób to sam – prychnął Davis.

– Och, dorośnij – westchnął Remus.

– Sam dorośnij – odparował Skrzydlak, podsycając tylko zbliżającą się awanturę słowną, która nadeszła już chwilę później.

Oczywiście James wykorzystał to do ucieczki.

2.44 w nocy.

– Nie jestem śpiący!

Mike zacisnął dłoń na ustach marudzącego zdecydowanie zbyt głośno jak na tę godzinę Jamesa, który – mimo półgodzinnego biegu po niemal całym zamku – zdawał się być zupełnie niezmęczony. Cały ten bieg składał się nie tylko z gonitwy za naćpanym chłopcem, ale także unikaniem Filch’a, patrolujących nauczycieli i duchów. Mieli chociaż tyle szczęścia, że pięćdziesiąt procent prefektów naczelnych zapewne już spała, a pozostałe pięćdziesiąt było zbyt zajęte byciem pod wpływem narkotyków, żeby myśleć o szlabanie, który teoretycznie mógł im dać. Davis osobiście miał już ciemnie plamy przed oczami, będące wynikiem nierównego oddechu, którego złapanie graniczyło z cudem. Przez chwilę potwornie bał się o swoją kondycję, ale gdy zobaczył, że Syriusz i Remus także wyglądają na wykończonych ulżyło mu. Jedynie James z ich czwórki dysponował jeszcze niezliczonymi pokładami energii, ale to tylko i wyłącznie przez amfetaminę. Żaden nieznarkotyzowany człowiek nie byłby w stanie przebiec tyle bez chociażby zadyszki.

– I to jest powód, dla którego musiałeś przebiec cały zamek dwa razy? – zapytał ze złością Remus, gdy już zamknął za nimi drzwi do dormitorium.

– Szukałem czegoś – oznamił James wcale nieskruszonym głosem.

– Tak – potwierdził Łapa. – Ewidentnie kłopotów, to bardzo w twoim stylu  – warknął.

– Ja nie chcę spać! – powtórzył Potter nagle ze złością w głosie. – Zajmijcie się swoimi sprawami, idioci – dodał, zawracając w kierunku drzwi. Pozostali natychmiast zastawili mu drogę i pociągnęli w stronę łóżka.

– To chociaż usiądź – polecił Remus, widocznie próbując zachować. Jedyną odpowiedzią Jamesa było kopnięcie z impetem w goleń. Lupin zaklął pod nosem i odskoczuł od Rogacza jak oparzony. Mike natychmiast również się odsunął, zostawiając Syriusza samego na pastwę Pottera.

– Siadaj – rzucił Black, popychając Jamesa na materac, jednak na próżno, gdyż chłopak od razu podniósł się z niego i ruszył w stronę drzwi. – James, do cholery – warknął Łapa, znów łapiąc przyjaciela za nadgarstek, by zatrzymać go w miejscu.

– No zostaw – jęknął tamten, parokrotnie uderzając Syriusza w ramię.

– Uspokój się. – Mike zbliżył się do chłopca niepewnym krokiem. James na co dzień miał wątpliwą samokontrolę. – Chcemy dla ciebie dobrze, sam mówiłeś, że wiesz, że jesteś na amfetaminie.

– Bo wiem – odparł arogancko Potter, prychając.

– To współpracuj – dorzucił swoje trzy knuty Remus, wciąż jednak zachowując bezpieczną odległość. Rogacz wysłał mu niechętne spojrzenie, ale skinął głową i opadł na swoje łóżko. Pozostali zgodnie odetchnęli z ulgą.

Oczywiście po raz kolejny dali się nabrać, bo gdy tylko spuścili Jamesa z oka, ten niepostrzeżenie wymknął się z dormitorium.

3.24 w nocy

I tym razem im się upiekło. Remus wolał nie myśleć, co by było, gdyby naćpany James wpadł na Filch’a lub co gorsza McGonagall. Na szczęście skończyło się na lekkim zmęczeniu i delikatnej kontuzji Syriusza, dla którego bieganie po schodach (co najmniej siedemnaście razy w jedną stronę)  nie skończyło się najlepiej.

– Prawie znalazłem mordercę! – oburzył się James, siadając na łóżku pod wpływem nacisku Mike’a i Remusa.

– Jeżeli się nie uspokoisz jednego będziesz miał w dormitorium – obiecał Syriusz, siadając na łóżku i rozmasowując sobie kostkę.

– Dwóch – mruknął natychmiast Remus, samemu mając już potworną ochotę uspokoić Jamesa zaklęciem.

– Trzech – dorzucił Skrzydlak.

– To będę miał już czterech – stwierdził z powagą Potter. Lupin z sarkazmem skomentował to w myślach, jako wysoki skok umiejętności matematycznych. Czy powinni to odnotować jako jeden ze skutków amfetaminy?

– Nie masz jeszcze tamtego, wiesz? – zapytał, unosząc brwi.

– Ach, tak – westchnął James. – To wasza wina, idioci – dodał, na co pozostała trójka wymieniła pełne politowania spojrzenia.

– Dobrze, to nasza wina – potwierdził Davis ze sztucznym uśmiechem. – Pójdziesz teraz spa… – W następnej chwili zarówno Remus jak i Mike odskoczyli gwałtownie na boki, unikając bliskiego spotkania ze świecznikiem, którego rutynowe miejsce na szafce nocnej Jamesa zmieniło się na rzec podłogi, po tym jak przedmiot uderzył w ścianę pomiędzy szafą, a łóżkiem Syriusza.

– Nie jestem śpiący – powiedział z zaskakującym, jak na rzucającą świecznikiem osobę, Potter.

Remus poczuł, że to najwyższy czas na kapitulację.

– Ja jestem – oznajmił szczerze, padając na swoje łóżko.

– Ja też – zgodził się Łapa. – Niech się wpakuje w jakieś kłopoty, będzie wiedział na przyszłość, że narkotyki szkodzą – stwierdził.

– Przecież nie wziął ich sam – prychnął Mike. – Dajcie spokój, jutro i tak będzie się wystarczająco męczył, a póki co możemy go związać czy coś…

– Nie możecie – zaprzeczył James, nie trudząc się już próbami ucieczki przez trzy czujne spojrzenia, skierowane w jego stronę. Leżał na swoim łóżku, bawiąc się sznurówkami Skrzydlaka, który stał jakby na warcie. – Nawet naćpany jestem lepszy w myśleniu od was – osądził. Remus skomentował to prychnięciem, ale w duchu musiał przyznać przyjacielowi rację; Rogacz wielokrotnie już przechytrzył ich tego dnia i wykazał się znacznie większym sprytem nawet pod wpływem tego cholernego narkotyku.

– Rób, co chcesz – mruknął Lupin, sięgając pod poduszkę w poszukiwaniu piżamy.

– To mogę iść złapać mordercę?

James, oczywiście, nie czekał na odpowiedź i przemknął w stronę drzwi. Mike był całkiem blisko złapania go. Może nawet by mu się go udało, gdyby nie związane ze sobą sznurówki jego butów, które spowodowały, że wyłożył się jak długi na podłodze.

– Faktycznie myślenie idzie mu lepiej – stwierdził Syriusz, zanim rzucił się biegiem za Potterem, co (dość niechętnie) zrobił też Remus, a potem także i Mike.

4.16 nad ranem

Gdy wrócili do dormitorium, James był już praktycznie ciągnięty przez Huncwotów. Narkotyk przestawał działać, więc energia, jaką Potter wręcz zdawał się być wypełniony chwilę wcześniej, ulatywała z niego w zaskakującym tempie. Przedostanie go z samego parteru (gdzie miał znaleźć coś na mordercę) aż do wieży Gryffindoru graniczyło z trudem, ale okazało się być całkiem możliwe. James spał już z głową na ramieniu Remusa, podtrzymywany przez jego i Syriusza z dwóch stron.

Najwyższa pora, żeby wreszcie zakończyć tę chorą noc.

“Przyjaciele są jak ciche anioły, które podnoszą nas, kiedy nasze skrzydła zapominają, jak latać.”

Antoine de Saint-Exupery

***

łapanka – w czasie II wojny światowej potoczna nazwa jednego z głównych sposobów łapania przez Niemców przypadkowych przechodniów na ulicach okupywanych miast w celu przemieszczenia, skierowania do przymusowej pracy lub umieszczenia w obozach koncentracyjnych. Termin ten pochodzi od przedwojennej gry przedszkolnej, polegającej na złapaniu osoby, którą ma się za plecami. 

W następnym rozdziale:
– Bardzo bolesny kac,
– Eliksiry,
– Na boisku quiddicha,
– Co w sprawie morderstwa?

Rozdział 18 Ofiara numer jeden

Poranki, skromnym zdaniem Jamesa, były najgorszym wytworem wyobraźni stwórcy, który towarzyszył niewinnym ludziom każdego potwornego dnia. Ktoś kiedyś powiedział, że liczy się dobry początek, a reszta to tylko dodatek. Jeśli to prawda… cóż, nie była miła. Przynajmniej nie dla kogoś, kto każdego dnia z rana przeżywa piekło w najgorszej swojej postaci.

Jednak piekło miało to do siebie, że (cóż, według teologii) trwa już wieczność, poranek, obojętnie jak potworny by nie był, w końcu się skończy. W dodatku podtrzymywała go myśl, że, jeśli wstanie i wejdzie w aktywny tryb, to paskudne uczucie niewyspania rozsypie się i zniknie, chociaż do wieczora.

Ile spał? Niecałe trzy godziny. Co powinien w takim wypadku zrobić normalny siedemnastolatek? Spać tak długo, aż głośny dźwięk budzika nie wytrąci go z błogiego odpoczynku, by po wstaniu z łóżka móc przeklinać na wszystko, co tylko zobaczy za sam fakt, że to coś nie da mu możliwości wrócenia do snu. Mimo to obudził się jako pierwszy, niemal natychmiast zrywając na nogi, by nie mieć czasu na zbyt długie przemyślenia. Wciąż miał przed oczami tego chłopca. Nie znał jeszcze nawet jego imienia, domu, a czuł się tak strasznie okropnie, bo to był jego obowiązek, pilnować porządku na korytarzach.

Wziął głęboki oddech i wszedł do łazienki, nie chcąc obudzić pozostałych Huncwotów. Parę kolejnych oddechów dla zachowania równowagi, po czym podszedł do umywalki. Świetnie, wyglądał co najmniej źle z cieniami pod przekrwionymi oczami i bladą skórą. Potarł twarz dłonią i, tak jak się spodziewał, miał chłodne policzki.

Zebranie się do porządku zajęło mu dobrą godzinę. Słyszał już, że Huncwoci za drzwiami wstają z łóżek i marudzą, że łazienka od rana zajęta. Może i by się tym przejął, ale długi, ciepły prysznic był rzeczą, która w tamtej chwili wydawała się być ważniejsza dla dalszego funkcjonowania niż oddychanie.

W ten sposób wstał o siódmej, a na śniadanie ruszył dopiero po ósmej.

Nie miał zamiaru czekać, aż pozostali się wybiorą. Nie dzisiaj, od razu zaczęliby zadawać pytania, a on nie miał siły, żeby odpowiedzieć. Nie miał też wystarczającej wiedzy, żeby to zrobić, ale ten fakt zdecydował przemilczeć.

Wchodząc do Wielkiej Sali marzył już tylko o kawie.

– Potter.

Ale Bóg, zakładając, że istnieje, nienawidzi go tak bardzo jak to tylko możliwe.

Głos Blaked, lekko zachrypnięty (ha, czyli nie tylko on jest dzisiaj tak strasznie nieskory do funkcjonowania), rozległ się tuż przy jego uchu, a długie palce (mogłaby genialnie grać na pianinie) zacisnęły się na jego ramieniu. Wystarczająco delikatnie, żeby mógł je strącić ruchem ręki, więc zrobił to szybko.

– Mów szybko i daj mi spokojnie napić się kawy – polecił skrajnie obojętnym tonem.

– To nie jest rozmowa, którą można odbyć szybko – nadeszła tak chłodna odpowiedź, a w następnej chwili James już stał przy stole Slytherinu obok miejsca, zajmowanego zawsze przez obecnych Władców domu węża; tych najbliżej stołu nauczycielskiego.

Prawie nikt nie zwrócił na to uwagi. Tylko paru ślizgońskich uczniów wpatrywało się w tę scenkę z oburzeniem i szokiem, a McGonagall wydawała się poruszona do tego stopnia, że zaprzestała rozmowy z Dumbledore’em, patrząc na niego uważnie. Na szczęście nikt inny nie zwrócił na to szczególnej uwagi i dobrze, bo to była by sensacja, która w tej chwili była całkowicie zbędna.

– Czego ty chcesz? – zapytał tak cicho, jak tylko mógł.

– Porozmawiać – odparła dziewczyna tym samym tonem. – Jeśli zechciałbyś usiąść tutaj, a nie przy stole Gryfonów, moglibyśmy spokojnie ustalić parę spraw, a ja naleję ci kawy – powiedziała.

To nie była prośba, ale nie był to też rozkaz. Sugestia? Zachęta? Dobrze to rozegrała, zważywszy na to, że James nie miał zamiaru ulegać poleceniom, a Blaked najwidoczniej nie była mniej dumna i unikała próśb.

Usiadł obok Ślizgonki, a w jego ręce został wciśnięty kubek kawy. Z mlekiem, bez cukru. Skąd mogła to wiedzieć?

Milczał i wziął niewielkiego łyka.

– To o czym chcesz rozmawiać? – zapytał, gdy już przełknął cudownie pobudzający napój.

– Ten chłopiec nie żyje – powiedziała natychmiast Blaked, a James poczuł potwornie bolesny skurcz w żołądku.

Jego głowa była w stanie eksplodować. Nie żyje? Miliard myśli w jednej sekundzie przemknęło przez jego umysł, raczej dosłownie. Kto? Dlaczego? Co z tym zrobią? Kiedy? Skąd ona wie? Jak zareagował Dumbledore?  Co ze szkołą? W jaki sposób?

Wziął głęboki oddech i przetarł dłonią twarz. Milczał przez dobre pół minuty.

– Jesteś pewna? – spytał w końcu, upewniając się wcześniej, że jego głos nie będzie zachrypnięty. Nie mogła wiedzieć z najbardziej wiarygodnego źródła, James był pewien, że nikt z nauczycieli jej o tym nie powiedział, więc jak?

Po prostu sprawdź – podsunął mu umysł.

Kolejny głęboki oddech. Uniósł wzrok na twarz Blaked i w dosłownie sekundę przejrzał jej umysł, tak delikatnie jak tylko potrafił. Znała oklumencję, ale na poziomie nie lepszym niż pozostali. Pokonanie jej osłon było dla niego kwestią paru sekund.

Widziała, jak profesor Flitwick (chłopiec musiał być Krukonem) rozmawiał z blondwłosą kobietą. Płakała, była widocznie roztrzęsiona.

Blaked skinęła głową.

– Musiał umrzeć niedługo po tym jak poszliśmy – stwierdziła. – Myślisz, że stracił za dużo krwi? Nie, raczej nie, Pomfrey musiała podać mu eliksiry uzupełniające krew. Ból? Wstrząs? Zaklęcie? Może…

– Blaked – przerwał jej ostro – nie sądzę, żeby moja obecność była tu niezbędna – oznajmił.

– Racja. – Dziewczyna wydała się wytrącona z zamyślenia. – Musisz mi pomóc – powiedziała.

– Muszę?

– Ciekawość ci nie pozwoli odmówić – stwierdziła Ślizgonka – więc oszczędźmy sobie formalności – zaproponowała. James już miał odpowiedzieć, ale w tej chwili jego wzrok padł na drzwi do Wielkiej Sali, gdzie właśnie pojawili się Huncwoci.

– Pogadamy o tym później – westchnął, podnosząc się z miejsca.

– Może dzisiaj na imprezie? U nas – zaproponowała Blaked, przypatrując mu się z dołu.

– Może – odparł krótko i dopił kawę jednym łykiem. – Na razie – rzucił i odszedł w stronę stołu Gryffindoru, mijając się z idącymi w kierunku Blaked pozostałymi władcami. Prospect spoglądała na niego z lekkim zainteresowaniem, a Ratter i Tenebris wymienili tylko spojrzenia. James zadbał o to by nawet najmniejszy uśmiech nie wdarł się na jego twarz. Podszedł do Huncwotów, którzy wpatrywali się w niego z szokiem o wiele gorzej maskowanym niż tym u Ślizgonów.

– Coś ty tam robił? – wykrztusił Mike z miną, jakby James co najmniej wyłonił się z królestwa piekieł, rozmawiając wesoło z samym szatanem. Coś w tym było, ale gdyby przyszło wybierać między demonem ciemności, pochłaniającym każdą cząstkę dobra na świecie, a diabłem… wybrałby to drugie.

– Rozmawiałem – odpowiedział spokojnie.

– Wczoraj się mało nagadaliście? – prychnął Syriusz. Potter skrzywił się, słysząc ten nieznacznie protekcjonalny ton, którym Łapa maskował swojego rodzaju zazdrość i troskę.

Co wcale nie czyniło go mniejszym palantem.

– Niewystarczająco – powiedział cicho, wracając myślami do chłopca, znalezionego na korytarzach.

Westchnął cicho, stukając palcami o blat stołu. To potworne, ale – nienawidził siebie za tę myśl – ciekawe. Nie powinien tak uważać, powinien czuć wyrzuty sumienia (większe niż obecnie), powinien się bać, czuć żal, a nie zainteresowanie. Z drugiej strony to mogła to być zwykła chęć rozwiązania sprawy, by zapobiec kolejnym atakom.

Tak. To brzmi o wiele lepiej.

– To o czym tak rozmawialiście? – odezwał się Remus, chrząkając uprzednio.

W końcu i tak się dowiedzą – stwierdził rozum, gdy James odruchowo chciał zignorować pytanie.

– Na dyżurze znaleźliśmy chłopca – powiedział cicho, wciąż bębniąc palcami o stół.

– Uuu… Poza dormitorium w czasie ciszy nocnej? – zaśmiał się Mike. – Omawialiście szlaban? James, proszę cię, jesteś w stanie wymyślić jakąś świetną wymówkę, postaraj się – dodał, a Potter poczuł nagłą irytację. Oczywiście, że jest w stanie wymyślić jakąś dobrą wymówkę, jak Skrzydlak śmie twierdzić, że jest inaczej. Już otwierał usta, żeby odpowiedzieć, ale pojawiła się McGonagall, rozdając plany lekcji.

– Panie Potter, liczę, że tym razem nie opuści pan pierwszego dnia szkoły – oznajmiła, kładąc im cztery kartki z harmonogramami zajęć. – Nie pamiętam już, żebym na pierwszej lekcji nie usłyszała o pańskiej nieobecności spowodowanej pobytem w skrzydle szpitalnym – dodała, na co trzej Huncwoci równocześnie zaśmiali się, a James wzruszył ramionami.

– Dla mnie to też byłaby miła odmiana – przyznał, biorąc swój plan.

– Numerologia? – zdziwił się Syriusz, patrząc na swoją. – Ja chodzę na Numerologię? – zapytał, patrząc na przyjaciół.

– Co? – prychnął Mike, patrząc Blackowi przez ramię. – Przez ostatnie półrocze ani razu nie było cię na zajęciach – zauważył, na co James wykrzywił wargi w lekkim uśmieszku. Skrzydlak uwielbiał Numerologię, więc na pewno orientował się w tym, kto z jego przyjaciół chodził z nim na zajęcia, a kto nie.

– Myślałem, że wypisałem się w trzeciej klasie – westchnął Syriusz, opierając głowę o dłoń. – Chwila… jakim cudem ja zdałem egzaminy? – spytał, prostując się gwałtownie. – Mugoloznastwo też mam? I dlaczego… –  Nie skończył, gdyż Remus, siedzący naprzeciwko, zabrał mu kartkę z ręki.

– To mój plan – zauważył, wskazując na swoje imię i nazwisko w rogu.

James uniósł delikatnie brew, patrząc na Davisa i Blacka z politowaniem.

– Czuję się głupio – przyznał ten pierwszy, na co Łapa pokiwał głową.

– Ty byś wiedział, jak wyglądasz – skomentował Potter, na co pozostali zaśmiali się cicho.

– To co z tym szlabanem? – zapytał Remus, kiedy McGonagall była już wystarczająco daleko. – Planowaliście karę dla dzieciaka? Daj spokój, oszczędź mu, sam ciągle marudziłeś na sztywnych prefektów – zauważył. James zmarszczył czoło.

– Wątpię, żeby był w stanie się zjawić na jakimkolwiek szlabanie – oznajmił z fałszywym zamyśleniem. – Martwi ludzie zwykle preferują leżenie – wyjaśnił. Zdezorientowanie na twarzach Huncwotów gwałtownie zmieniło się w szok, niedowierzenie i przerażenie.

– Co ty mówisz? – szepnął Remus, wytrzeszczając oczy. – Ale… jak? Kto?

– Hmm… zastanówmy się – sarknął James. – Kto w tych czasach może mordować uczniów i wypisywać na ścianie ich krwią „śmierć szlamom” – rzucił i uderzył dłonią o blat. – Och, wiem. Może ten zły psychopata, z którym widziałem się w wakacje? Wiecie, jest masowym mordercą. To dla niego jak poranna kawa – dodał ku przerażeniu pozostałych.

Och, Merlinie, nie żartuje się z takich rzeczy! – zdawało się krzyczeć sumienie.

– James… – zaczął delikatnie Remus, ale Potter nie pozwolił mu dokończyć, wstając z miejsca.

– Idę na lekcje – oznajmił cicho, zarzucając torbę na ramię. – Widzimy się później – dodał i czym prędzej opuścił Wielką Salę.

„Sarkazm wcale nie jest pośledniejszą formą humoru. Sarkazm po prostu nie ma z poczuciem humoru nic wspólnego.”

John Flanagan

– James!

Ostry ból w żebrach, cichy jęk wydobywający się z ust Pottera, głośny huk i jego dziwne przeczucie, że świat nagle obrócił się o dziewięćdziesiąt stopni.

– Auć – westchnął, otwierając oczy i patrząc na Blacka ze złością. – Za co to było? – warknął, wstając z ziemi po zorientowaniu się, że jedyną rzeczą, która zmieniła swoje położenie było jego krzesło.

– Zasnąłeś – oznajmił Syriusz obronnym tonem. – A już koniec lekcji, co miałem zrobić?

– Nie wiem – odparł Potter z sarkazmem. – Obudzić mnie delikatnie? Potrząsnąć, szarpnąć? Zrobić cokolwiek, co nie jest zrzucaniem z krzesła?

Syriusz prychnął.

– To zbyt humanitarne – stwierdził. James nie odpowiedział, wrzucając zamiast tego swoje rzeczy do torby i ruszając w stronę drzwi. – Jaśnie książę nie chowa chyba urazy? – zachichotał Łapa, doganiając przyjaciela.

– Pieprz się – warknął James i przyspieszył, co jednak nie zraziło Blacka.

– Och, dalej, Jimmy, przecież to tylko żarty – stwierdził, zarzucając Potterowi rękę na ramiona. – Jeśli wasza książęca mość… – W następnej chwili jęknął z bólu, kiedy Potter z całej siły nadepnął mu na stopę i odepchnął od siebie, tworząc małe zamieszanie na zatłoczonym korytarzu.

– Nazwij mnie jeszcze raz księciem – wysyczał – to przysięgam, że załatwię ci taką krucjatę, że średniowieczny kat zgłosi się na szkolenie – obiecał morderczym tonem i bez słowa skierował się w stronę kolejnej sali.

– Marudny jakiś – mruknął Mike, co James ledwo zdołał usłyszeć przez szum opuszczających sale uczniów.

Był naprawdę wściekły, choć nie do końca znał powód. Dlaczego oni wszyscy musieli być tacy denerwujący? Czy naprawdę ciężko było zrozumieć, że od rana był kłębkiem nerwów, że emocje rozrywały go od środka, ale on usilnie nie pozwalał im wypłynąć na wierz… to jest, starał się jeszcze respektować podstawowe normy społeczne. Nie był pewien, czy dobrze sobie radzi.

– James. – Tym razem podeszła do niego Francesca. – Wszystko w porządku? – zapytała tym swoim słodkim, zmartwionym głosem, na co Rogacz wzruszył ramionami.

– Dlaczego miałoby nie być? – odpowiedział pytaniem na pytanie, unikając zarówno przyznania, że czuje się okropnie jak i skłamania.

– Nie wiem – westchnęła Włoszka. – Czasem wydajesz się taki smutny, a potem stajesz się oschły, bo to twój naturalny rodzaj obrony – powiedziała.

James zamrugał parokrotnie zdziwiony. To nie było coś, czego się spodziewał, a on… Och, na litość Merlina, nie potrzebował żadnej ochrony, przed czym niby? Idiotyzmem innych ludzi?

– Nie jestem… smutny – splunął z pogardą w głosie. – To dobre dla nastolatek w głupich, mugolskich romansach – dodał lekceważąco, chcąc sprowokować dziewczynę do zmiany tematu.

– Każdy czasem jest smutny – stwierdziła spokojnie blondynka. – To naturalna część ludzkiej natury – dodała, na co Potter poczuł nagłą irytację.

– Ludzka natura jest beznadziejna – skomentował z odrazą w głosie.

– Ale ty też ją masz – odpowiedziała Valenti, łapiąc go za nadgarstek i zmuszając do zatrzymania się. James natychmiast wyszarpnął rękę z uścisku, może odrobinę zbyt gwałtownie. – Chcę tylko, żebyś wiedział, że masz prawo być smutny. Nawet kiedy ktoś patrzy – powiedziała na tyle cicho, że Rogacz ledwo zdołał to usłyszeć przez szum na korytarzu. Uśmiechnął się lekko, nachylił do dziewczyny i pocałował delikatnie w policzek.

– Powiedz głupiemu i głupszym – szepnął – że z moim stanem psychicznym nie jest jeszcze tak źle, jak myślą, że jest i nie potrzebuję budujących rozmówek. – Po czym oddalił się bez słowa w stronę kolejnej klasy.

Emocje huczały w jego głowie. Huncwoci szukali już pomocy u osób spoza ścisłego grona, do którego oprócz ich czwórki należała tylko Ann. Było z nim już aż tak źle? I oni wszyscy to widzieli? Nie, nie, nie. Wszystko z nim dobrze, nie był smutny. Mało spał, był zmęczony. To tylko to. Po prostu był niewyspany. Nic więcej.

Zerknął na trzymany w ręce plan lekcji i uśmiechnął się. Świetnie, Historia Magii, będzie mógł trochę odpocząć. Powoli ruszył w stronę sali, a gdy już dotarł, oparł się o ścianę i wziął głęboki oddech. Potrzebował chwili na uporządkowanie sobie ostatniego dnia.

Edmund Potter w Hogwarcie. Jego kuzyn pojawił się w jego szkole. Jego, chorobliwie zazdrosny o każde dobro materialne Jamesa, kuzyn zaczął chodzić do Hogwartu, jego Hogwartu. Razem ze swoją siostrą, o której istnieniu Rogacz dotąd nie miał bladego pojęcia, co było tak strasznie chore.

Regnavit. Nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią, z którym za… cóż, cztery godziny będzie miał bezpośredni kontakt. To było tak strasznie beznadziejne. James wiedział, że nie ma konkretnych powodów do nielubienia tego człowieka. Wiedział, że jego ojciec ukrywał swoją naturę przez wieloma ludźmi i wiedział, że Regnavit najpewniej do tej gromady należał, ale nie potrafił się do niego przekonać. I wiedział, że cokolwiek by mówił i jakichkolwiek argumentów by nie użył, jego przyjaciele nie uwierzą w to przeczucie. Przecież on sam nie miał powodu, by twierdzić, że coś jest z nowym nauczycielem nie tak.

Ale było nie tak.

I kolejny punkt, jego łazienkowy atak. Zemdliło go. To raczej normalne, uzdrowiciele mówili w klinice, że takie rzeczy mogą się zdarzać jeszcze przez jakiś czas, to nie było nic dziwnego. Jednak ciemna postać odbijająca się w lustrze i wywołująca panikę autentyczną do tego stopnia, że znów skończył w skrzydle szpitalnym była aspektem z grubsza niepokojącym. Jak teraz o tym myślał… całą sytuację pamiętał jak przez mgłę. Tak jak sen, w który nie uwierzyłby, gdyby nie dowód w postaci kolejnego wpisu do kartoteki pani Pomfrey.

To nie było realne, coś nie mogło się pojawiać tylko w lustrze, to przeczyło wszelkim prawom logiki, więc co zaszło w tej łazience? Zmysły musiały go oszukać, to przez wymioty?

Merlinie.

Jeśli istniało coś, czemu dotąd James ufał całym sobą była to nieomylność jego zmysłów. Jak miał teraz funkcjonować, skoro i to zaczynał tracić?

– Cześć.

Było parę rzeczy, o których James nie marzył specjalnie w tamtym momencie. Obecność kuzynki zdecydowanie do nich należała.

Cześć tak wspaniale oddaje całą tę chorą sytuację – pomyślał złośliwie James, jednak nie odezwał się, mierząc dziewczynę spojrzeniem. Daisy patrzyła na niego z uśmiechem.

– Um… przeszkadzam? – zapytała.

– Tak – odparł ostro chłopak. – Jestem właśnie piekielnie zajęty staniem – dodał, a dziewczyna uśmiechnęła się szerzej, najwidoczniej odbierając to jako żart.

– Czyli masz chwilę – powiedziała, stając obok niego. – Wiesz, bardzo chciałam cię poznać – przyznała. James odmruknął coś jak „mhm”, spoglądając nonszalancko na swoje dłonie. – Dużo o tobie słyszałam, ale tata nie chciał, żebym miała jakiś kontakt z jego rodziną – dodała. Rogacz miał szczerą nadzieję, że rozwinie temat, mimo że całym sobą próbował temu zaprzeczyć i wmówić, sobie i kuzynce, że nie interesują go jej słowa. – Edmund dużo o tobie mówił.

– Pewnie same złe rzeczy – mruknął Rogacz od niechcenia, na co Daisy zaśmiała się.

– W gruncie rzeczy tak – przyznała. – Mówił, że mam na ciebie uważać, bo jesteś… jak on to ujął… „przebiegłą bestią, obdzierającą ludzi z każdego skrawka godności”, ale myślę, że eskaluje sprawę – powiedziała, wciąż się uśmiechając.

Och Merlinie, jak można się tyle śmiać? To nienaturalne.

– Pomylił mnie z moim ojcem – rzekł spokojnie. – Raczej typowe dla dupków, którzy widzą tylko to, co im ego udostępnia – dodał z nutką w fałszywego zainteresowania, marszcząc czoło.

– Oj, nie mówi tak – westchnęła Daisy. – On jest odrobinę sfrustrowany…

– Sfrustrowany waszym stanem materialnym, który nie pozwala na życie w luksusach – zakończył James, unosząc brew. – Tak wiem. Jest zazdrosny o wszystko, co posiadam, bo to mnie obwinia za stratę majątku przez waszą rodzinę, co w zasadzie jest objawem głupoty, bo nie jestem specjalnie winny temu, że wasz ojciec dał się wykiwać mojemu – dodał, zachowując neutralny wyraz twarzy. Dziewczyna zamrugała zdziwiona, a uśmiech znikł z jej twarzy (James nie powinien cieszyć się tym tak, jak się cieszył).

– On nie jest taki… znaczy… – bąknęła, ale Rogacz przerwał jej ostrym spojrzeniem.

– Idź na lekcje. I nie zawracaj mi więcej głowy.

„Up­rzedze­nia są trwałe jak plamy atra­men­tu i trud­no je usunąć.”

Stefan Garczyński

Obrona Przed Czarną magią zbliżała się nieubłaganie, a James przyłapywał się na wymyślaniu wymówek coraz bardziej obniżające jego poziom inteligencji. Dlatego milczał jak zaklęty, bojąc się, że gdy tylko otworzy usta, wypłynie z nich potok słów, których nie będzie w żaden sposób kontrolował. Przez godzinę Historii Magii, dwie Zaklęć i jedną Transmutacji czuł na sobie wzrok przyjaciół, ale nie zareagował w żaden sposób, mając o wiele poważniejsze problemy na głowie.

Blaked, za każdym razem gdy mijali się na korytarzu, rzucała mu spojrzenia, zupełnie jakby doskonale miał zrozumieć, co chodzi po jej genialnej główce, a on, do diabła, nie wiedział nawet, co chodzi po jego własnej. Nienawidził tego, że nie potrafił przejść przez korytarz, nie obawiając się zobaczenia czegoś, czego inni nie widzą, tego, że bał się odpowiedzieć na pytanie, zastanawiając nad tym, czy zostało w ogóle zadane. Czuł się jak żołnierz na polu bitwy, oczekujący śmiertelnego uderzenia.

Spojrzał na Ann, zdając sobie sprawę, że ta coś mówi. Ruszała ustami, ale jej słowa ginęły gdzieś w drodze do jego uszu. Jakby ogłuchł. Zamrugał gwałtownie i zmusił się do wyrwania z zamyślenia.

– …ciągle o tej nowej, to denerwuje, wiesz? Och, na gaci Merlina, zaraz zacznie się ślinić – mówiła, a James zmarszczył czoło, szybko analizując słowa dziewczyny. Nowa, ślinić… Kto może się ślinić na widok kogoś nowego… nowego. Nauczycielka, więc mowa o Mike’u. Świetnie, wspaniały temat. – Powiesz mu coś? – zapytała Ann, podpierając ręce na biodrach.

– Nie wiem, co mam mu powiedzieć, Kwiatuszku – westchnął James, nie mając najmniejszej ochoty na rozmawianie o nauczycielce. – Wiesz jaki jest, przejdzie mu – dodał, na co Johnson wzruszyła ramionami.

– Pewnie masz rację – rzuciła. – A w ogóle gdzie pozostali?

Potter rozejrzał się delikatnie skołowany. Pozostali? Faktycznie, nie było w pobliżu ani Syriusza, ani Remusa, ani Mike’a. Francesca też gdzieś zniknęła. Ach, krępująca sytuacja, nie zauważył nawet, kiedy się rozdzielili. Chcąc uniknąć przyznania się do niewiedzy, James zerknął na zegarek. Świetnie, Obrona Przed Czarną Magią już się zaczęła, a oni byli spóźnieni. W zasadzie to miał zamiar nie iść na tę lekcję, ale teraz przy Ann nie będzie mógł po prostu pójść w innym kierunku, bez tłumaczenia się lub bez wzbudzania podejrzeń, a na tym wszystko się opierało.

– W klasie – oznajmił, klnąc w duchu na Mike’a za bycie napalonym, nową nauczycielkę za przyciągnięcie uwagi chłopaka, Ann za zepsucie wspaniałego planu i samego siebie za nieuwagę. Gdyby szybciej rozważył odwrót teraz nie byłoby problemu w postaci zbliżającej się lekcji.

– Faktycznie! – krzyknęła Ann z przerażeniem. – Masz rację, jesteśmy spóźnieni, czemu nic nie mówiłeś? – spytała, pełnym wyrzutu tonem. James wzruszył ramionami, będąc gotowym stanąć przed morderczym spojrzeniem dziewczyny, byle tylko nie przyznawać się do własnego zapomnienia. Szybciej tornado przeszłoby przez jego gardło niż te dwa, niby niegroźne słowa, które dla niego oznaczały przyznanie się do bycia istotą omylną, taką samą jak wszyscy przedstawiciele gatunku idiotów; „nie wiem”.

Chwilę później razem z Ann stał pod klasą Obrony Przed Czarną Magią, by zostać wciągniętym do niej przez zmachaną biegiem dziewczynę.

– Dzień dobry, przepraszamy za spóźnienie – rzuciła, podczas gdy James odsunął się gwałtownie, odtrącając jej dłoń.

– Dzień dobry, dzień dobry. Siadajcie, to pierwsza lekcja, więc wam odpuszczę – oznajmił z uśmiechem Regnavit.

Potter, zanim zajął miejsce, dosłownie przez sekundę przyglądał się nauczycielowi. Sekunda to mało, zaledwie sto setnych, ale Jamesowi wystarczyła, by ominąć barierę mężczyzny (stoicka defensywna, co za nudy) i przejrzeć jego umysł legilimencją.

Wdział, jak jego nowy nauczyciel rozmawia z Dumbledore’em i widział, jak dostaje posadę. Wdział, ich pierwsze spotkanie w tym roku. W końcu znalazł ciemne postacie, mnóstwo ciemnych postaci, a potem przez chwilę mógł dostrzec swojego ojca. Wycofał się delikatnie, wiedząc, że to co już zobaczył było wystarczającym potwierdzeniem, że Marcus Regnavit jest całkowicie niewarty zaufania.

Usiadł dokładnie sekundę po słowach nauczyciela.

– Widziałem – oznajmił na przywitanie Syriusz, a James wzruszył ramionami obojętnie. Nie miał zamiaru nic mówić przyjaciołom, musiał mieć dowód.

– Nie mów, że cię to zdziwiło – odmruknął, wyciągając książki na ławkę.

– Nie mówię – odparł Łapa. – Ale bardzo chciałbym wiedzieć, co ten zrobił nie tak, że coś do niego masz.

– Przecież każdego sprawdzam.

– Nie z taką miną.

James uniósł brwi.

– Zdecydowanie zbyt dużo czasu spędzasz, patrząc na moją twarz – zauważył złośliwie, po czym  Syriusz już milczał.

– No dobrze, dla naszych spóźnialskich zacznę jeszcze raz – powiedział Regnavit, uśmiechając się tak szczerze, że Potter poczuł chęć rzucenia w niego książką. Za dużo szczęśliwych ludzi, czy nikt już nie myśli o złych rzeczach w tych czasach? – Nazywam się Marcus Regnavit i w tym roku będę was uczyć Obrony Przed Czarną Magią. Postaram się przygotować was zarówno do egzaminów końcowych jak i życia pozaszkolnego i spróbuję wyrównać mniej więcej teorię z praktyką – rzekł. James wiedział, że uczniowie zajmują się obstawianiem zakładów czy ten nauczyciel wytrzyma do końca roku, czy zabiją go już w połowie. – Dzisiaj chciałbym sprawdzić waszą wiedzę, ale nie martwcie się, nie mam zamiaru wystawiać za to ocen.

Co za ulga, właśnie tym się przejmowałem – sarknął w myślach Potter, wywracając oczami.

– Hm? – mruknął Syriusz, widząc jego minę.

– Nieważne – odparł wymijająco.

Kłamca – odezwało się sumienie, ale zostało zignorowane.

Miał teraz ważniejsze rzeczy na głowie.

Na przykład Śmierciożercy we wspomnieniach jego nowego nauczyciela.

Jeśli Bóg istnieje… dlaczego tak strasznie go nienawidzi?

„Szczęście przez całe życie! Nikt by te­go nie mógł znieść, to byłoby piekło na ziemi.”

George Bernard Shaw

– Gdzie my, do cholery, idziemy?

James zerknął na zegarek, tłumiąc westchnięcie. Usłyszał to samo pytanie pięć razy w ciągu ostatnich trzech minut z maksymalnie trzydziestosekundowymi odstępem. Nie odpowiedział za pierwszym razem, dlaczego Huncwoci sądzili, że tym razem będzie inaczej? Nie znali go? W zasadzie do nieistotne.

Byli przy bibliotece, gdy dał chłopakom znak dłonią, że mają się zatrzymać i zamilknąć. Ku jego zadowoleniu zrobili to, a on miał chwilę na pomyślenie. Już czuł charakterystyczny zapach krwi, wiedział, że nie sprzątnęli miejsca zbrodni, inaczej nie byłoby problemu z dostaniem się na czwarte piętro, gdzie w nocy on i Blaked znaleźli ciało. Chciał się tam rozejrzeć dokładniej, a ostatnio nie było na to czasu. Teraz korytarze były obstawione przez aurorów, uczniowie już wiedzieli o morderstwie, ale to i tak była sensacja. Nikogo nie wpuszczano dalej niż do biblioteki, co było odrobinę problematyczne, ale nie na tyle, by całkowicie pokrzyżować Jamesowi plany.

– Nie wpuszczą nas tędy – oznajmił Remus, najwidoczniej orientując się, czego te plany dotyczyły.

– Nie dojdziemy tam też ukrytym przejściem, obstawili je, a przynajmniej te, które my znamy. Nie sądzę, żeby było ich więcej. Nie wkradniemy się też pod peleryną-niewidką, to aurorzy, niekoniecznie są idiotami. Rzucili zaklęcie, które na bieżąco informuje ich, ile osób znajduje się na tym terenie, to kwestia wyczucia magii. Co zrobimy? – zapytał retorycznie, unosząc brwi. Huncwoci wymienili spojrzenia.

– Damy spokój i spędzimy popołudnie w zwyczajny sposób? – zaproponował Mike.

– Świetne – odparł ironicznie James. – To będzie plan awaryjny, ale teraz zajmiemy się moim – oznajmił. – Wbiegniecie tam i dacie się złapać, ale musicie kupić mi czas. Jak najwięcej. Nie ukrywacie się, mają wiedzieć, że ktoś tam jest, ale nie mogą was złapać. Nie będą sprawdzać ilości osób, będą widzieć, że jest was trzech. Ja w tym czasie rozejrzę się po miejscu zbrodni, niezbyt trudne, co? – rzucił i uśmiechnął się szeroko.

– Chyba coś ci na mózg siadło – stwierdził Syriusz, kręcąc głową ze śmiechem. – Nie damy spakować się w kłopoty, bo ty chcesz się pobawić w detektywa, nie ma opcji – powiedział.

– Tak, to nie najlepszy pomysł – stwierdził Mike. – Wiesz… McGonagall nas zabije, a my… cóż.

– Łapa ma rację, James – dorzucił Remus. – Nie chcemy mieć kłopotów, a tym bardziej nie dlatego, że ty potrzebujesz rozrywki.

– Rozrywki? – powtórzył Potter, unosząc brwi. – Nie żyje chłopiec, a wy mówicie o rozrywce!? – poniósł głos, jednak nie na tyle, by auror, stojący niedaleko mógł go usłyszeć. Pozostali widocznie się zmieszali, co Rogacza uznał za sukces. O to dokładnie mu chodziło, teraz na pewno się zgodzą, taki od początku był plan.

– James, zostawmy to aurorom – westchnął Remus, ale widocznie zmiękł i był bliżej poddania się. Syriusz i Mike byli już przekonani, to jasne.

– Chcę wiedzieć, co tam się stało, Remus. Widziałem go zanim zmarł, muszę wiedzieć, kto i dlaczego to zrobił – powiedział, zabarwiając głos nutką fałszywej goryczy. Odrobinę okrutna manipulacja, ale naprawdę potrzebował dostać się na miejsce zbrodni i nie miał zamiaru pozwolić Lupinowi pokrzyżować sobie planów.

– Dobrze – westchnął tamten. – Niech już ci będzie, ile potrzebujesz czasu? – zapytał.

– Jak najwięcej – odparł krótko. – No idźcie – polecił, a oni pobiegli.

Uśmiechnął się na myśl o czekającej go akcji.

To mogło być całkiem nienużące.

„Uf­ność niewin­nych jest naj­większym da­rem dla kłamcy.”

Stephen King

——————————————————

W następnym rozdziale:

— Na miejscu zbrodni

— W gnieździe węży

— Impreza wymyka się spod kontroli 

— Bardzo ciężka noc. 

Mroczna Bajka

Dawno, dawno temu…

Za górami, za lasami…

W pięknym zamku, gdzie młodzi czarodzieje rozwijali swoje magiczne umiejętności, żył sobie chłopiec, którego życie – tak bardzo idealne – zakończyło się w chwili ukończenia przez niego szkoły.

I już nigdy nie miało szansy powrócić. 

***

James westchnął cicho i opadł bezsilnie na kanapę w swoim domu, gdzie dosłownie przed chwilą zakończyło się spotkanie Zakonu Feniksa.

Dolina Godryka była wręcz idealną twierdzą dla tajnego stowarzyszenia, założonego przez dyrektora Hogwartu – Albusa Dumbledore’a – gdy Lord Voldemort rozpoczął terror wśród mugoli, mugolaków i czarodziejów czystej krwi (ale tylko tych, którzy nie popierali jego przekonań). Dumbledore sądził, że Voldemort nie będzie podejrzewał, iż kwaterą tak poważnej organizacji będzie dom najmłodszego z działaczy jego organizacji. Dom, odziedziczony przez Jamesa po zmarłych rodzicach, był bardzo duży, więc ci członkowie zakonu, którzy z jakichś powodów nie mogli wracać do domów, mieli możliwość przenocowania u pana Pottera i jego pięknej żony.

Oni, rzecz jasna, nie mieli nic przeciwko. Wiedzieli, że to mroczne czasy i muszą trzymać się razem.

– Skarbie, wszystko w porządku? – rozległ się głos jego ukochanej, gdy tylko weszła do pokoju.

James automatycznie przywołał na twarz swój najlepszy, sztuczny uśmiech, nie chcąc martwić Lily, bo był świadom tego, że jest bardzo wrażliwa i troskliwa, a wiedzę o krzywdzie innych mogłaby wziąć zbyt bardzo do siebie, co zapewne by zaszkodziło jej zdrowiu.

Dlatego James poprosił, by na czas ciąży zawiesiła swoją działalność dla zakonu.

Oczywiście nie chciała się zgodzić, a on to rozumiał; zawsze była pełna energii, chęci do wyczynu, odwagi i wigoru, dlatego się w niej zakochał tak bardzo, bardzo. Z początku było to zwykłe zauroczenie rudą, piegowatą dziewczynką z jego roku, kto by pomyślał, że przerodzi się to w tak wielką miłość, jaka łączy ich dwójkę. Nie uwierzyłby, gdyby ktoś mu powiedział niecałe pięć lat temu, że ta mała, denerwująca kujonka zmieni się w piękną, dojrzałą kobietę o olśniewających zielonych oczach, długich, falami opadającymi na ramiona, kasztanowych włosach i pełnym radości i nadziei na lepsze jutro uśmiechu.

James dawno stracił możliwość uśmiechania się w ten sposób.

Lily promieniała, będąc w ciąży. Albus stwierdził, że to zwiastun na chłopca, gdyż dziewczynki zazwyczaj wymagają więcej troski i zagarniają sobie dużo zdrowia i urody matek. James i tak był pewien, że jakiejkolwiek płci nie byłoby dziecko Lily wyglądałaby cudownie – przecież zawsze tak wyglądała.

Była miłością jego życia.

Według wielu ślub odbył się zbyt szybko, o dziecku nawet nie mówiąc. Prawda była taka, że Potter marzył o rodzinie, a teraz wiedział, że ci wszyscy ludzie mieli trochę (a może i nawet dużo) racji. Nigdy nie myślał o tym, że jego dziecko będzie wychowywać się w wojennych czasach, nigdy nie myślał, że będzie znało tylko strach, obawę i niepewność. Myślał tylko o tym, że wracając z misji dla zakonu zobaczy nie pusty budynek, a swoje dziecko i żonę. Myślał o motywacji, jaka będzie ciągnąć go do domu, gdy będzie walczyć.

Ale nigdy nie pomyślał o tym, że czekające na jego powrót dziecko pewnego dnia może się nie doczekać.

W głowie miał tylko te dobre i wesołe bajki.

– Wszystko gra, skarbie – skłamał gładko (zbyt, zbyt gładko, podły łgarzu!)  i uśmiechnął fałszywie.

Tak strasznie nienawidził tego uśmiechu.

– Kłamiesz – stwierdziła pewnie Lily. – Wiem, że kłamiesz, coś się stało, prawda? – spytała, przykładając lekko dłoń do ust. James, widząc to, natychmiast wstał i przytulił małżonkę.

– Spokojnie, Liluś – szepnął. – Nic złego się nie stało, wszyscy mają się dobrze, po prostu źle spałem – wyznał, co w zasadzie kłamstwem nie  było, bo James ostatnio spał ponad trzy dni temu. Miał koszmary, a nie chciał denerwować Lily, więc unikał snu, by nie wzbudzać jej podejrzeń.

Czuł się cholernie źle.

– James, proszę, nie traktuj mnie tak. – Pani Potter odsunęła się delikatnie od niego i położyła dłonie na torsie męża. Jej niewielki brzuszek delikatnie muskał osłoniętą przez czarną koszulkę skórę mężczyzny… a może jeszcze chłopaka?

Sam nie wiedział, kim był.

Czarna koszulka przypominała o żałobie po Prewettach, która wciąż cholernie raniła go tam, gdzie bolało najbardziej.

– Jak? – spytał delikatnie, zakładając jeden kosmyk włosów żony za jej ucho. Ona westchnęła i położyła dłoń na jego twarzy.

– Właśnie tak – szepnęła. – Nie jestem ze szkła, wiesz? Jedna zła wiadomość mnie nie zabije – powiedziała spokojnie, gładząc z czułością jego nieogolony policzek.

–  Ciebie nie – odparł cicho i położył dłonie na brzuszku żony. – Ale to maleństwo może – dodał, wsuwając dłoń pod koszulkę rudowłosej i gładząc jej wrażliwą skórę.

– Masz rację – stwierdziła po chwili Lily, ponownie wtulając się w jego tors. – Uch, znowu robię niepotrzebne awantury, co? – zapytała pół żartem, pół serio. James uśmiechnął się lekko i pocałował ją w czoło.

– I tak cię kocham – oznajmił szczerze.

– Ja ciebie też – odparła pani Potter, patrząc uważnie jak jej mąż mierzwi swoje czarne niczym noc włosy, które tak doskonale pasowały do jego ciemnego ubioru, jakim chciał uczcić pamięć Prewettów.

Był jak czarno-biały szkic, namalowany przez artystę, którego spotęgowane emocje przelewały się na rysunek, tworząc dzieło równocześnie tak perfekcyjne i tak pełne niedociągnięć. Blada od niewyspania skóra, niegdyś o zdrowej, opalonej barwie, idealnie komponowała się z lekko zapadniętą, wychudzoną twarzą, która w obłędny sposób czyniła go czymś bardziej przypominającym martwą niż żywą osobę.

Sam James czuł się bardziej martwy niż żywy.

– Potter. – Zza pleców ukochanej szatyna rozległ się szorstki głos Alastora Moody’ego, który (no tak) chciał z nim porozmawiać po spotkaniu na osobności.

Alastor, częściej zwany Szalonookim, zawsze w jakiś sposób przerażał Jamesa. Mężczyzna o pokiereszowanej, groźnie wyglądającej twarzy, na której – nawet gdy się uśmiechał – gościł dziwny grymas podejrzliwości. Sztuczne oko na dziwnej opasce, tak bardzo niepasujące do drugiego – naturalnego – dopełniało efektu, jaki bardziej pasował do halloweenowego przebrania niż człowieka z krwi i kości.

– Och, racja – bąknął James, odruchowo mierzwiąc włosy ze zdenerwowaniem. – Lily…

– Jasne – przerwała mężowi rudowłosa. – Pójdę na górę, bo w końcu całe to odpoczywanie wcale mnie nie nudzi – dodała sarkastycznie, wysyłając Jamesowi spojrzenie godne prawdziwego Huncwota.

Potter po raz pierwszy od dawna zaśmiał się naprawdę szczerzę.

– Dobrze wam się układa, co? – zagadnął Moody, siadając na wolny fotel i obserwując uważnie jak James opada na kanapę.

– Tak. – Ciemnowłosy uśmiechnął się z czułością na myśl o żonie. – Ale chyba nie o tym chciałeś ze mną rozmawiać, hm? – mruknął, wracając myślami na ziemię. Moody pokiwał ze skupieniem głową.

– Jesteś bystry, Potter – stwierdził, zaskakując chłopaka. – Już od dawna cię obserwuję i widzę, że jesteś piekielnie bystry. Dlaczego nie zgłosiłeś się na kurs aurorski? – spytał Alastor, wpatrując się w Jamesa prawdziwym okiem, sztucznym rozglądając po pomieszczeniu.

– Trzeba mieć Wybitny z eliksirów na egzaminach końcowych, a ja ledwo co Zadowalający zdobyłem – wyznał, wzruszając ramionami. Już przywykł do tej myśli. – Dlaczego o to pytasz? – dodał.

– Z czystej ciekawości – odrzekł wymijająco mężczyzna.– Musisz wybrać Strażnika Tajemnicy… Masz już pomysł, kogo? – zapytał.

James znów wzruszył ramionami.

To właśnie tego dotyczyło dzisiejsze spotkanie, między innymi. Dumbledore nagle oznajmił, że Potterowie i Longbottomowie powinni lepiej zadbać o swoje bezpieczeństwo i zaproponował im rzucenie Zaklęcia Fideliusa na ich domy. Polegało to na całkowitym odcięciu dostępu od danego miejsca obcym, czyniąc osobę rzucającą Strażnikiem Tajemnicy – jedyną, która może wydać to miejsce innym.

James nie zgodził się, by to dyrektor rzucił zaklęcie, bo wiedział, że nie może obdarzyć aż takim zaufaniem kogoś, kto zataja przed nim tak wiele rzeczy.

– Nie rozmawiałem jeszcze o tym z Lily, ale myślę, że Syriusz – wyznał, zerkając na byłego aurora, jakby chciał ocenić czy on zgadza się z jego decyzją.

Co było całkowicie absurdalne, bo miał wybrać osobę, której on ufa, a nie Alastor.

– Black? – Moody zmarszczył brwi, powodując, że Jamesa naraz zalała fala wątpliwości.

Czego jeszcze nie wiedział?

– No tak – potwierdził. – Ufam mu, nie wydałby mnie w ręce Voldemorta – stwierdził, ganiąc się w duchu za niepewność w głosie, której nie zdołał ukryć.

A przecież ufał Syriuszowi.

Bo nie miał powodów, by tego nie robić.

James nie polubił chłopaka, na którego wpadł na peronie 9 i ¾. Nikt by chyba nie polubił osoby, przez którą pierwszy dzień nowej szkoły zaczął się od wypadku i paskudnego bólu w kostce. Chociaż z biegiem czasu James był coraz bardziej pewny, że ten nieprzyjemny incydent był całkowicie wart tego, co następnie przyniósł los.

Jednak fakt faktem, że cała ich znajomość zaczęła się co najmniej źle.

– Mógłbyś patrzeć jak chodzisz? – warknął, przyzwyczajony oczywiście do tego, że wszyscy wokoło mu ustępują, nawet jeśli wina leżała po jego stronie.

– Jakbyś nie zauważył to ty na mnie wpadłeś – odparł chłodno ciemnowłosy chłopak, mierząc go obojętnym spojrzeniem szarych oczu.

James zamrugał gwałtownie. To nie było coś, do czego był przyzwyczajony, zdecydowanie nie. Ten chłopak powinien spuścić głowę i przeprosić, bo kim on niby był, żeby wypominać Jamesowi, co było jego winą, a co nie?

Prychnął pogardliwie.

– Gdybyś nie stał tuż przy przejściu może nie musiałbym tego robić – odparł, unosząc lekko prawą brew. Był bardzo, bardzo zirytowany.

– Wyglądasz na takiego, co lubi wpadać na obcych ludzi, może to takie twoje hobby, co? – parsknął tamten chłopak, uśmiechając się kpiąco.

– To prawdopodobnie najgłupsze, co mogłeś powiedzieć – odgryzł James, przejeżdżając ręką przez włosy. – Może następnym razem pomyśl dwa razy nad dobrą ripostą, a potem i tak siedź cicho, bo najprawdopodobniej fakt, że wydobędzie się ona z twoich ust i tak ją zepsuje – dodał, wysyłając temu drugiemu grymas, któremu daleko było do uśmiechu, po czym odszedł bez słowa, ignorując ciche „spadaj”, którego równie dobrze mógł nie usłyszeć przez hałas na peronie.

James uśmiechnął się na samo wspomnienie. Skąd, u licha, miał wtedy wiedzieć, że niecałe pięć minut później będzie siedział z tym samym chłopakiem w jednym przedziale, zawierając przyjaźń, która – o ironio – trwała po dziś dzień?

– Możemy być pewni tylko jednego – powiedział Moody – w zakonie jest szpieg i każdy może nim być – oznajmił, wpatrując się w Pottera teraz zarówno zwyczajnym jak i magicznym okiem.

– A jednak mi o tym mówisz – zauważył James, prostując się nieznacznie. – To jakiś test? – spytał, marszcząc brwi. Nagle poczuł się niekomfortowo.

– Naprawdę mądry z ciebie chłopak, Potter – zaśmiał się Szalonooki, tym samym uspokajając Jamesa. – I nie tracisz czujności, dobrze cię mieć po swojej stronie – powiedział. – Chciałem sprawdzić twoją reakcję. Mogłeś poczuć się swobodnie, sądząc, że jeśli mówię ci o podejrzeniach ty jesteś poza nimi…

– Więc gdybym był szpiegiem byłoby bardziej prawdopodobne, że popełnię jakiś błąd – dokończył Potter, kiwając głową ze zrozumieniem.

– Właśnie – potwierdził Moody, po czym na chwilę zapadła cisza. – Jesteś pewny, że Black jest odpowiedni na strażnika? – zapytał w końcu mężczyzna, na co James uniósł gwałtownie głowę, wtrącony z lekkiej zadumy.

– Tak – odparł. – Syriusz nie jest szpiegiem, świetnie go znam – oznajmił, uśmiechając się delikatnie.

Doskonale był świadomy tego, w jak ciężkich czasach przyszło im żyć. Wypieranie się trwającej już wojny nie miało sensu, choć wiele osób wciąż to robiło, ale James nie chciał być naiwny.

Czy ślepa wiara w przyjaciół nie czyniła go takim?

Wolał o tym nie myśleć.

– Nie chodzi tylko o lojalność – powiedział spokojnie Alastor także w lekkim zamyśleniu. – Odpowiedzialność, rozwaga. Mówimy o człowieku, któremu powierzysz życie swojej rodziny, Potter. A Black… Cóż. To Black.

James poczuł bolesny skurcz w okolicach klatki piersiowej, nie mający nic wspólnego z nie zagojoną jeszcze do końca raną, jaka zdobiła jego tors od ostatniej akcji Zakonu Feniksa.

To był o wiele gorszy ból; pełen goryczy, niepewności i braku zaufania.

Pierwsze zapędy autodestrukcyjne James odkrył w sobie, gdy miał piętnaście lat. Może i był to zbyt młody wiek na takie stwierdzenie, ale z biegiem czasu widział dużo masochistycznych zachowań w swojej przeszłości, nawet jeśli wtedy nie był ich świadomy.

Wydawało mu się to całkowicie absurdalne, gdyż zawsze sądził, że z dwojga złego to sadyzm był mu bliższy.

A jednak. Co – jeśli nie dążenie do samounicestwienia – skłaniało go do ciągłych prób zbliżenia się do Lily Evans? Wcześniej sądził, że lubił ją w ten sposób upokarzać, że to ona była ofiarą w ich małej zabawie. Nie miał racji i zdał sobie z tego sprawę, gdy po raz pierwszy zorientował się, że odmowy dziewczyny na jego zaproszenia na randki naprawdę go raniły, a on wciąż próbował i próbował, podświadomie dążąc do tego bólu, który był dla niego tak strasznie fascynujący.

W chwili, kiedy rzucił się w stronę tunelu, prowadzącego do Wrzeszczącej Chaty, by powstrzymać Severusa Snape’a przed wejściem do środka, zastanawiał się czy to właśnie masochizm go do tego pchnął. Może była to po prostu głupota? Możliwe też, że nie chciał pozwolić swoim przyjaciołom wpakować się w zbyt poważne kłopoty.

Remus – spokojny, cichy, nieśmiały Remus – kto by pomyślał, że może być wilkołakiem? Domyślnie się tego zajęło Jamesowi dwa lata. Dwa lata zanim połączył fakty, zainteresował się częstotliwością „wjazdów” Remusa i coraz bardziej naciąganymi wymówkami.

I był cholernie wściekły, że zorientował się tak późno.

Jednak to wszystko nie miało znaczenia w momencie, w którym Severus Snape – wścibski Ślizgon, chłopak, którego James prześladował już od pierwszego dnia szkoły – zmierzał do miejsca, gdzie Remus przechodził przemianę.

Dogonił go dopiero w korytarzu do Wrzeszczącej Chaty, z oddali słyszał już przerażony krzyk Snape’a i wbrew sobie poczuł mściwą satysfakcję. Chciał wiedzieć, prawda? Chciał znać ich słaby punkt, to ma to, czego chciał.

Mimo tych myśli James nie zawahał się. Nie obchodził go los Ślizgona, nie liczył się z tym, jak okrutnie to brzmiało. Remus mógł mieć kłopoty. Syriusz mógł mieć kłopoty.

Na samą myśl o nim Potter poczuł wściekłość.

Idiota! Co ten skończony gnojek sobie niby myślał!? Powiedział Snape’owi, jak dostać się do Wrzeszczącej Chaty w dzień przemiany Remusa. Sądził, że to będzie świetny żart (bardzo, bardzo zabawne), a Śmierdzielus w końcu dostanie za swoje.

Szarpnął tył szaty Ślizgona i popchnął go w korytarz, nie przejmując się czy chłopak uderzy o coś, czy też nie. Nie było to wtedy ważne. Musiał tylko odciągnąć go od Remusa, który wydawał się być odrobinę skołowany.

– Uciekaj! – krzyknął, samemu pędem kierując się w stronę tunelu. – NO JUŻ! – dodał, widząc, że drugi chłopak siedzi bez ruchu w miejscu, gdzie upadł, gdy James go popchnął. Nagle jakby się ocknął. Wstał i czym prędzej rzucił się w stronę wyjścia z chaty. Potter dogonił go chwilę później, jednak trzymał się z tyłu (skończony masochista), by w razie czego powstrzymać Remusa, który – chociaż był szybszy – miał problem w przeciśnięciu się przez wąski korytarz.

Jamesowi zabrakło tchu, gdy poczuł palący ból w ramieniu i gorący oddech wilkołaka na swoim karku. Jeśli Remus go ugryzł był już skończony, cała akcja ratowania Snape’a poszłaby na marne, bo chodziło o to, by nie mieszać w to dyrekcji, a bez znaczenia, kto zostałby ugryziony, Remus i Syriusz będą w tarapatach, których mogliby uniknąć tylko, gdyby wszystko skończyło się bez żadnych ofiar.

Czy podświadomie chciał być ofiarą? Był tak strasznym masochistą?

Nie przestał biec, wręcz przeciwnie – przyśpieszył, zdrową ręką popychając Snape’a, by nie zwolnić ich ucieczki. Prawa część jego koszuli powoli nasiąkała krwią, a on sam umierał ze strachu, co teraz będzie? Nie mógł zostać ugryziony, była pełnia, więc już przechodziłby przemianę. Ból przywołał go do porządku, od zawsze tak było. Podczas gdy powinien czuć się otumaniony, piekące ramię nagle przywróciło mu zdrowy rozsądek.

Masochista – zachichotał kpiący głosik w jego głowie, lecz on to zignorował.

Nie został ugryziony.

Snape czołgał się już w tunelu, gdy James tam wskoczył. Odwrócił się jeszcze, przez co upadł na plecy, by zobaczyć łapy Remusa – który w postaci wilkołaka miał duży problem z wejściem dalej – próbujące zadrapać jeszcze Pottera.

Ręka Jamesa sama zacisnęła się na różdżce w kieszeni, on zdawał się działać kierowany obcą energią. Wycelował nie w Remusa, który był coraz bliżej dostania się do niego, a tuż nad jego głowę, samemu cofając się w głąb tunelu.

– Bombarda! – krzyknął, a wejście do podziemnego korytarza zasypało się, odcinając Pottera od przemienionego przyjaciela.

Ulga była niemożliwa. Opadająca powoli adrenalina opuściła jego ciało, zabierając ze sobą całą energię.

Tylko chęć zamordowania Syriusza pozwoliła mu wydostać się z tunelu.

Otrząsnął się ze wspomnień i skupił wzrok na Alastorze, który przyglądał mu się uważnie, czekając zapewne na odpowiedź.

Syriusz nie był odpowiedzialny w wielu sprawach, ale chyba nie wydałby go przez głupotę? Czy jeśli był w stanie narazić tajemnicę Remusa na rozpowszechnianie, mógłby też – możliwe, że nieświadomie – narazić rodzinę Pottera na śmierć z rąk Śmierciożerców?

Nie. Nie, to głupie. Mieli po piętnaście lat, nie wolno oceniać ludzi po tym, co robili jako dzieci.

– Syriusz może i nie jest wzorem odpowiedzialności i rozwagi – zaczął powoli – ale ufam mu – wyznał i zwilżył wargi.

Moody milczał przez chwilę, jakby zastanawiając się nad słowami chłopaka.

– Wszystkim swoim przyjaciołom ufasz, hm? – rzucił, nachylając się delikatnie do Pottera.

– Tak… Chyba powinniśmy sobie ufać – mruknął James ze zmęczeniem i zmierzwił włosy. Był coraz bardziej wyczerpany tą rozmową.

– Tak uważasz. – Alastor zaśmiał się cicho w dziwny sposób, który natychmiast wypełnił Pottera wątpliwościami, co do słuszności jego tezy. – Powiem ci coś, dzieciaku – oznajmił Szalonooki, na co James skrzywił się ze zirytowaniem. Naprawdę nie lubił tego, że wszyscy wciąż przypominali mu, że to on jest najmłodszy w zakonie. Nie oszczędzali go nawet przyjaciele, mimo że dzieliło ich zaledwie parę miesięcy. To on zawsze był tym dzieciakiem. – O twojej ostatniej misji oprócz mnie, ciebie i Dumbledore’a wiedzieli tylko Black, Lupin, Pettigrew i twoja żona – powiedział poważnie, a James nagle poczuł mdłości.

Nie, nie, nie!

Jego ostatnia misja, niby banalna, nie niosąca za sobą żadnego ryzyka, a jednak nie zakończona w przyjemny sposób. Musiał tylko przechwycić dokumenty Ministerstwa Magii, które wysłane miały zostać do jednego ze Śmierciożerców, szpiegującego w departamencie tajemnic. Wszystko szło gładko, rzucił zaklęcie Confundus na kobietę, która miała przekazać je do gabinetu Śmierciożercy, by sądziła, że odłożyła je na jego biurko, podczas gdy James sam je zabrał i szybko opuścił ministerstwo. Kiedy już znalazł się w miejscu, gdzie spokojnie mógł się teleportować pojawiło się sześciu Śmierciożerców. Nawet nie tyle, co pojawiło – oni musieli na niego czekać, wiedząc, że właśnie tam się pojawi, gdyż tak ustalił wraz z Szalonookim, Dumbledore’em i…

Nie, ktoś jeszcze musiał wiedzieć. To niemożliwe, żeby Syriusz, Remus, Peter bądź Lily go wydali, zdecydowanie nie. Przecież to właśnie Łapa pojawił się jako pierwszy, by mu pomóc. Gdyby nie lusterko dwukierunkowe, które pozwalało Jamesowi w każdej chwili skontaktować się z Blackiem, całą akcję szlag by trafił. Pozostali po prostu nie mogli. Remus zawsze był taki rozsądny. On najbardziej z całej ich czwórki – czwórki Huncwotów – miał poukładane w głowie, był dobry. Peter zaś cechował się lojalnością. Tak długo trzymali się wszyscy razem. Zawsze był taki cichy, ale miał serce po dobrej stronie, James wierzył w to całym sobą. A Lily? Jego ukochana żona? Nigdy nie dołączyłaby do Voldemorta, miała w sobie tyle empatii i życzliwości.

– Oni tego nie zrobili – stwierdził chłopak, choć sam miał ochotę wyśmiać swoją naiwność.

I ty sądzisz, że jesteś dorosły – zakpił cichy głos jego podświadomości.

Nie był.

– A jednak ktoś musiał – rzekł spokojnie Moody. – Pomyśl. Nigdy, w żaden sposób nie sprawiłeś, że mogli chcieć się zemścić? Odegrać?

Gdyby nie fakt, że siedział, James w tej chwili straciłby grunt pod nogami.

Nigdy do końca nie udało mu się stwierdzić czy więcej było w nim masochizmu, czy sadyzmu. Czuł po prostu dziwny pociąg do bólu – zarówno zadawanego, jak i otrzymanego. Może warto byłoby jeszcze uwzględnić, że jeśli chodziło o ból psychiczny, wolał go zadawać. Ból fizyczny zaś zawsze wpływał na niego w dziwny, ale pozytywny sposób, co było skomplikowane.

Często zdarzało mu się dogryzać przyjaciołom. Oni znali jego naturę, widzieli, że Potter musi raz na jakiś czas powiedzieć coś nie na miejscu, nieraz raniąc przy tym, choć mogli myśleć, że robił to nieświadomie.

A on zawsze przyglądał się zmianom, jakie zachodziły na ich twarzach, obiecując sobie, że to ostatni raz, że nigdy więcej ich nie zrani.

Łgał, oszukiwał sam siebie, bo to było jak narkotyk.

Najgorszy jego wyskok, jak nazywali to czasem Huncwoci, miał miejsce na czwartym roku. Tuż przed świętami.

– Wszystko w porządku? – Remus zerknął na niego znad gazety, której pierwsza strona już zajmowana była przez świętego Mikołaja, co było tak strasznie głupie.

James nie odpowiedział, skupiając wzrok na jajecznicy. Całkowicie stracił na nią ochotę.

– Ma depresję przedświąteczną – parsknął Syriusz, szczerząc się do przyjaciół. James, siedząc obok niego, mógł wyczuć damskie perfum, więc domyślił się, skąd u jego przyjaciela tak cudowny humor tuż po wstaniu z łóżka. Musiał po drodze do Wielkiej Sali natknąć się na swoją cudowną Janice.

– Tydzień – powiedział nagle Potter, sam zdziwiony tym, jak szybko popędziły jego myśli, żeby znaleźć to jedno słowo, które było tylko pozornie spokojne.

Napił się herbaty i skrzywił.

Ohyda. Zbyt słodka.

Huncwoci spoglądali na niego wyczekująco, ale on milczał, mieszając swój napój. Westchnął, wyczuwając zdecydowanie zbyt dużą ilość cukru. Jakim cudem znów przesłodził? Był uważny.

– James? – Delikatny ból w żebrach wymusił na jego wargach słaby grymas. Spojrzał na Blacka i uniósł brew.

– Co? – spytał.

– Jaki tydzień? – rzucił natrętnie Syriusz, powodując, że poziom zirytowana Pottera wzrósł niebezpiecznie wysoko.

– Zamknij się – odparł. – Pomyśl logicznie, a nie zadręczaj mnie głupimi pytaniami – dodał, odsuwając od siebie kubek ze zdecydowaniem.

Naprawdę nie znosił słodkich napoi.

– Ponoć nie ma głupich pytań – wtrącił Lupin, uśmiechając się lekko, ale zdecydowanie nie do końca szczerze.

– Wypowiadane przez idiotów słowa nie muszą pytaniami, żeby brzmieć głupio – stwierdził chłodno.

Remus przestał się uśmiechać.

– Daj spokój, co? – westchnął. Wzrok Jamesa padł na jego bladą i wychudzoną twarz. Zbliżała się pełnia. Dlaczego miał ochotę się zaśmiać?

Daj spokój? – powtórzył. – Wszystko ze mną w porządku, jestem oazą pieprzonego spokoju. Spójrz, jest jak zwykle. Przesłodziłem herbatę, normalne, prawda? Cała sala śmieje się, wszyscy są radośni, a poza murami zamku Riddle szuka sobie kolejnych ofiar, to też nic nowego, hm? Syriusz jest aroganckim ignorantem, nie widzi niczego oprócz czubka własnego nosa, ale to też nie jest jakoś specjalnie nowe. Z takim nastawieniem szybko wyląduje dwa stoły dalej. Regulus znów się gapi, to trochę podejrzane, ale w gruncie rzeczy wciąż nudne i monotonne, zawsze patrzy, jakby oczekiwał, że Syriusz wstanie i usiądzie z nim, naiwny, co Łapo? McGonagall też się nam przygląda, wie o naszej wczorajszej nocnej wycieczce. Peter zauważył to trzy minuty temu, zakrztusił się wtedy owsianką, ale nic nie powiedział, bo jak zwykle nie ma tyle jaj, żeby się odezwać w naszym towarzystwie w sposób, który nie jest rodzajem zachwycenia, jakie okazuje nam na co dzień. Remus, jutro pełnia, wyglądasz jak trup, ale zajmujesz się mną. Rzecz jasna nie jesteś dobrym samarytaninem, masz w tym swoją korzyść. Próbujesz zwrócić uwagę na mnie, samemu nie narażając się na bycie obiektem zainteresowania. Powiem więcej, na siłę chcesz wywołać u mnie… Jak wy to mówicie? Ach, wyskok. Chcesz wywołać u mnie wyskok, żebym na sobie skupił uwagę, wiesz, mogłeś poprosić, ale nie chcesz wyjść na manipulanta, jakim jesteś. To też już trochę nudne, co? Ministerstwo zatuszowało kolejną śmierć, zauważyłyście, że Milen Hudson nie ma od wczoraj w szkole? Jasne, że nie, jesteście ślepi, na niektóre sprawy. Zabili jej ojca lub matkę, nie jestem dokładnie pewny, ale stawiam na ojca. Gdy ostatnio ją widziałem płakała, ale niezbyt mocno. Na peron zawsze doprowadzała ją matka, z ojcem miała mniejszy kontakt, mógł być zaangażowany w tajne sprawy ministerstwa i dlatego zginął. Och, świetnie. Jajecznica mi wystygła. Znów zbyt długo zajmowałem się przesłodzoną herbatą. Do czego dążę? – W tej chwili urwał, podnosząc się z miejsca. – Jesteście nudni, monotematyczni. Wciąż leżycie w bagnie swojej beznadziei i czekacie na ułaskawienie, ale ono nie przyjdzie samo. To bagno was pochłania, przykry widok, ale mnie… Cóż, Remus. Mnie nic nie jest. Wciąż jestem tym samym sarkastycznym, wrednym, podłym, niedoceniającym piękna przyjaźni dupkiem – oznajmił z szerokim uśmiechem, patrząc na ich zszokowane twarze, na których po chwili znów zaczęły pojawiać się oznaki bolesnego zrozumienia, na co jego umysł eksplodował od nadmiaru emocji. To były okrutne fajerwerki. – Tydzień. Tyle daję tobie i Janice, Łapo, choć po tym jak zepsułem ci dzisiejszy humor nie pójdziesz na umówioną randkę, więc… Pięć dni. Nie więcej – rzucił na odchodnym z zawadiackim uśmiechem.

Wyszedł z Wielkiej Sali w glorii chwały własnego egoizmu.

– Potter! Cholera, dzieciaku, żyjesz? – dostał się do jego głowy głos Szalonookiego. Zamrugał gwałtownie i skinął głową, prostując się w kanalie.

Nie powinien na to pozwalać. To nie powinno wracać. Jego myśli były groźne, niczym łagodna tafla jeziora, która mogła porwać go w głębiny, gdyby tylko musnął ją dłonią. Mogła też zmienić się lód, którego on nie potrafił zniszczyć, by dostać się do najcenniejszych zakamarków swojej głowy.

– Wybacz, zamyśliłem się – rzekł spokojnie, wpatrując się w swoje kolana. – Nigdy nie byłem wzorem idealnego przyjaciela, ale oni owszem. Nie wydaliby mnie – zapewnił neutralnym głosem, samemu już nie wierząc w swoje słowa. Chciał ich wyrzucić poza pole osób podejrzanych, ale gdy pozbywał się wszytkich osób, którym powinien ufać, zostawało tylko pytanie…

– Więc kto to zrobił? – wyszeptał Moody, wracając na kanapę, z której musiał się podnieść, gdy Potter stracił kontakt z rzeczywistością.

– Nie wiem – wyznał chłopak, wzdychając. – Chciałbym wiedzieć, ale… Oni nie mogli. Obojętnie jak zły bym był, nie. Są niewinni – stwierdził naiwnie, mając na raz ochotę roześmiać się i rozpłakać.

– Skoro tak twierdzisz – mruknął Moody wymijająco. James go nie przekonał, siebie też nie przekonał. – Nigdy nie sądziłem, że potrafisz być takim sentymentalnym idiotą –zaśmiał się mężczyzna, a Potter uniósł skołowany wzrok.

Poczuł się jak dziecko, które usłyszało bardzo skomplikowane stwierdzenie z ust ojca.

– Nie jestem – stwierdził cicho, ponownie wbijając spojrzenie w swoje kolana. – Nie chcę wpaść w paranoję, to czyni mnie idiotą? – spytał.

Rozmawiając z Alastorem za każdym razem czuł się inaczej niż z innymi. Czuł się w jakiś sposób swobodniej – nie musiał tak zawzięcie udawać człowieka, który kontroluje sytuację. Nigdy nie kontrolował.

– Nie – odparł Moody. – Bycie po tej dobrej stronie barykady jest równoznaczne z narażeniem na towarzystwo idiotów, ale ty do nich nie należysz – oznajmił, a James uśmiechnął się.

– A kto należy? – zapytał i zwilżył wargi.

Odrobinę bał się odpowiedzi.

– Wielu – powiedział krótko Moody. Potter skinął głową, milcząc.

Naprawdę miał ochotę się rozpłakać.

Cisza trwała długi czas, James zapatrzył się w ścianę, z całych sił próbując opanować szalejące w jego głowie myśli. Zawsze tak było, odkąd pamiętał. Jedno słowo, jedna rzecz mogła sprawić, że był w stanie wybuchnąć od miliarda pomysłów, teorii. Przy pierwszym razie, kiedy to przejęło nad nim kontrolę, miał dwanaście lat, to były święta, dlatego był w domu.

– To nie Syriusz – oznajmił powoli, dokładnie analizując każde słowo, tym razem wyłączając serce, próbując kierować się umysłem. – Gdyby to on był szpiegiem mógłby nie powiadamiać zakonu, że mam kłopoty, albo udawać, że nie miał przy sobie lusterka – zauważył, czując ulgę związaną z tą obserwacją. To nie mógł być Syriusz i nikt nie miał prawa powiedzieć mu, że twierdzi tak tylko przez łączącą ich przyjaźń.

Wszedł w jedną z bocznych uliczek w Londynie, upewniając się wcześniej, że nikt go nie śledzi. W lewej ręce ściskał papiery przechwycone z ministerstwa. Bardzo chciał już wtedy móc do nich zajrzeć, był pewien, że Dumbledore i Moody odetną go od sprawy, jak tylko da im to, czego potrzebują. Paskudne, ale taka była wojna.

Mimo wszystko nie miał zamiaru nie spojrzeć.

Koperta nie była zaklejona. James natychmiast domyślił się, że to sposób na wprowadzenie potencjalnego przechwytnika w błąd, ale on przecież nie był pierwszym lepszym szpiegiem. Zakon nie bez powodu wybrał go na tą misję.

Wyjął plik kartek, gdzie niektóre połączone były spinaczami. To były akta Śmierciożerców. Wszystkich. Merlinie, jak mogli być na tyle durni, żeby przekazywać między sobą takie informacje tuż pod nosem ministra i zakonu?

Zamarł i zbladł gwałtownie, domyślając się o sekundę za późno.

Nie mogli.

– Chyba masz coś, co nie należy do ciebie – rozległ się kpiący głos z jego lewej strony. Stał oparty o ścianę jakiejś kamienicy, więc wystarczyło unieść wzrok, by mógł zobaczyć sześciu Śmierciożerców, po trzech z każdej jego strony. Przerażenie na chwilę zawładnęło jego ciałem do tego stopnia, że płuca odmówiły współpracy, a on poczuł duszności.

Nie, nie, nie!

Szybkim ruchem wcisnął akta z powrotem do koperty, jedną rękę kierując w stronę swojej lewej kieszeni w płaszczu. Tam było lusterko, w prawej była różdżka. Już czuł zimne szkło na skórze, kiedy jeden ze Śmierciożerców zaśmiał się i zakpił:

– Chyba nie masz zamiaru nas atakować. – James niemal się uśmiechnął, słysząc to i ukradkiem wyciągnął lusterko z kieszeni, chowając je za plecami.

– Taki głupi byłby Syriusz – stwierdził, modląc się w duchu, by to przyciągnęło uwagę jego przyjaciela do urządzenia. Zwykle musiał tylko powiedzieć jego imię, ale nie był pewien czy to zadziała, gdy lusterko będzie trzymał za plecami zamiast przed twarzą.

– Więc ty będziesz na tyle rozsądny, żeby się nam poddać, co? – rozległ się spod maski tym razem kobiecy głos. Potter spojrzał w prawo, próbując rozpoznać w głowie jego brzmienie. Czy to nie była Alecto Carrow? Krukonka, młodsza siostra Ślizgona z jego roku, Amycusa? Tak, to chyba ona.

– Alecto, miło cię widzieć – zaryzykował. Cisza ze strony napastników potwierdziła, że i tym razem się nie pomylił. – Znudziło ci się mycie butów Amycusa, że wyszłaś w teren?

Stała zgarbiona, co było raczej rzadko spotykane u Śmierciożerców. Oczywiście, starszy brat trzymał ją w cieniu. Ciężko było Jamesowi ocenić, czy trafił w czuły punkt, ale delikatne drgnięcie ciała dziewczyny świadczyło, że tak.

– Pyskowanie raczej nie polepsza twojej sytuacji – odezwał się kolejny Śmierciożerca z jego lewej. – Nie zaatakujesz? To tak chyba działają Gryfoni, gdy próbują kogoś pokonać – zaśmiał się ostro, zachrypniętym głosem. Tego głosu James kompletnie nie kojarzył.

– Wolę mówić ludziom prawdę – odparł chłodno, przekładając kopertę do lewej ręki, by prawą zacisnąć na wystającej z kieszeni płaszcza różdżce. – To zazwyczaj wystarcza, ale skoro nalegasz. Bombarda! – krzyknął, celując w mur nad jedną grupą Śmierciożerców, którzy przysypani zostali przez gruzy tej części budynku. Natychmiast zareagowała pozostała trójka, ciskając w jego stronę różnokolorowymi promieniami. Strzały były szybkie i mocne, ale niecelne. Potter pędem pobiegł w stronę chwilowo unieszkodliwionych Śmierciożerców. Wolną dłonią złapał za szczebel zardzewiałej drabiny na budynku. Podciągnął się, by przeskoczyć nad górą usypanego gruzu i leżącymi na ziemi napastnikami. Nad tym czy pobiec w lewo, czy w prawo wahał się tylko sekundę. Ruszył w prawo, nawet nie próbując się teleportować. To był zaplanowany atak, Śmierciożercy musieli nakryć wszystkie pobliskie ulice zaklęciem antydeportacyjnym.

Na ślepo rzucił parę oszałamiaczy za plecy, wiedząc, że Śmierciożercy go ścigają. Widział kolorowe promienie, uderzające w ziemię przed nim, niektóre mijające go o cal. Wykrzykiwane przez napastników formułki zaklęć, zagłuszane częściowo przez huki ciskanych klątw, uświadamiały go, kiedy warto rzucić zaklęcie tarczy, a kiedy lepiej skupić się na uniku.

Skręcił w kolejną boczną uliczkę, mając naiwną nadzieję, że Śmierciożercy pobiegną prosto, ale oni widoczne nie byli aż tak durni, na jakich wyglądali.

– Incendio! – krzyknął, a na suchej ziemi za nim pojawiło się pasmo ognia, odcinające go od napastników. Jak najszybciej skręcił tym razem w lewo. Biegł tak przez dobre dziesięć minut, aż wszelkie hałasy całkowicie ucichły. Zatrzymał się i oparł ręce o kolana, by złapać oddech. Nigdy nie miał problemów z kondycją, ale był tylko człowiekiem.

Spróbował się teleportować, jednak nic z tego nie wyszło, widocznie Śmierciożercy objęli czarem większą część Londynu niż się spodziewał. Gdy już jego oddech się wyrównał, a serce wróciło do zwyczajnego, monotonnego rytmu spokojnym krokiem ruszył przed siebie, korzystając z chwili oddalenia się od sługów Voldemorta. Lusterko w jego kieszeni zawirowało, na co on uśmiechnął się nieznacznie. Jego plan zadziałał.

– Gdzie jesteś? – spytał Syriusz, gdy już Potter trzymał lusterko przed sobą. W tle za swoim przyjacielem widział ulice Śmiertelnego Nokturnu.

– Nie mam bladego pojęcia – odparł szczerze, rozglądając się odruchowo. – Byłem na Nokturnie, obok Noggina i Bonce’a. Skręciłem na lewo, żeby się teleportować i przyszli Śmierciożercy.

– Wiem – wtrącił Syriusz. – Znaleźliśmy Roisiera przysypanego gruzami. Twierdzi, że był pod Imperiusem, ale wiesz… – Black wysłał mu znaczące spojrzenie, a James pokiwał głową ze zrozumieniem. Naprawdę mógł się tego spodziewać.

– Jak z wami? – zapytał, mierzwiąc włosy.

– Wywaliło nas gdzieś obok Nokturnu. Rzucili zaklęcie – odpowiedział Syriusz, zupełnie jakby James jeszcze tego nie wiedział. – Potem znaleźliśmy Roisiera i idziemy śladami walki, ale tu się urywa – wyjaśnił, po czym obraz się rozmazał, by po chwili znów zaostrzyć i pokazać Potterowi ciemną ulicę, której nawet nie rozpoznał.

– Nie mam bladego pojęcia, gdzie to – przyznał. – Albo gdzieś źle skręciliście, albo Śmieciojady zaczęły zacierać ślady. Poczekaj chwilę. – Przełożył lusterko do lewej dłoni, by prawą unieść różdżkę nad głowę i wystrzelić na niebo czerwone iskry.

– Widzę – oznajmił Syriusz. – Zaraz tam będziemy – dodał.

– Tylko szybko, Śmierciożercy też pewnie widzieli.

– Powiedz im, że mieli swoją kolej i teraz jest nasza.

– Dokładnie to zrobię – mruknął sarkastycznie James. – O ile dają mi dojść do głosu przed śmiercią.

– Tyle razy próbowaliśmy z chłopakami zatruć twoją herbatę, a wystrczyło wysłać cię na spacerek po Nokrutnie, kto by pomyślał? – rzucił Black.

– Słaby żart.

– Jestem tego świadom.

– Koniec rozmowy – rozległ się szorstki głos Alastora. – Trochę skupienia, po akcji umówicie się na randkę.

– Lily może nie być zadowolona – stwierdził James. – Jest o mnie piekielnie zazdrosna. Jak tylko widzi, że rozmawiam z kobietą…

– Jestem facetem.

– Polemizowałbym.

– Bo cię tam zostawię – zagroził Syriusz, a Potter parsknął śmiechem.

– Koniec – tym razem odezwała się Marlena. Przez chwilę obraz w lusterku był zamazany, a po chwili odbijała się w nim twarz Jamesa, który pokręcił głową z uśmiechem.

Nie minęła minuta, a już słyszał dźwięk kroków. Nie chował jednak różdżki, wiedząc, że to niekoniecznie ludzie z zakonu.

Jak się okazało, jak zwykle miał pecha.

– Incancerus! – rozległ się krzyk i czerwony promień, mający zmienić się po chwili w liny, ominął Jamesa dosłownie o cal.

– Drętwota! – zawołał Potter, celując w Śmierciożercę. Ten wyczarował tarczę, zmuszając chłopaka do uniku przed własnym zaklęciem.

Zaczęła się walka, tym razem bez ucieczek, James zorientował się już, że po skręceniu w lewo trafi na ślepą uliczkę, zaś z prawej strony już nadbiegała dwójka kolejnych Śmierciożerców. Przylgnął plecami do zimnego muru, rzucając parę zaklęć, jednak żadne nie osiągnęło zamierzonego celu. Miał ograniczone pole do robienia uników, ale przynajmniej był pewien, że nic nie trafi go od tyłu. Rzucił niewerbalnie zaklęcie Levicorpus i w końcu udało mu się unieszkodliwić jednego z przeciwników. Chwila triumfu kosztowała go jednak palący ból w prawym ramieniu, gdzie trafił fioletowy promień. Syknął z bólu i chwycił się za miejsce, gdzie płaszcz już przesiąkał krwią.

W następnej chwili stracił czucie w ręce, różdżka wyleciała mu z dłoni, by potoczyć się po ziemi. Kolejne zaklęcie trafiło Jamesa prosto w brzuch, przez co osunął się na suchą glebę, czując mdłości.

Koperta z aktami Śmierciożerców spoczywała wciąż w jego kieszeni.

– I nie można było tak od razu? – zaśmiała się Carrow, pochylając nad nim.

Może nie powinien jej denerwować? 

– Och, miałbym sobie oszczędzić tyle zabawy? – wychrypiał.

Głos w jego głowie kazał wszystko przeciągnąć.

Graj na czas – powtarzał.

– Nie wyglądasz na rozbawionego – stwierdziła dziewczyna.

– Ty nie wyglądasz na kobietę.

Za ten komentarz otrzymał mocny policzek.

– Lepiej uważaj na słowa – zagroziła Carrow i zwinnym ruchem wyjęła z kieszeni Jamesa kopertę. – Czarny Pan będzie zadowolony. Mamy dokumenty i nową zabawkę dla niego – zaśmiała się, prostując i celując w Pottera.

Otwierała już usta, żeby rzucić zaklęcie, jednak nie wymówiła nawet pierwszej litery, a padła jak długa na ziemię.

– Czyżbym zepsuł komuś plany o awansie? – zapytał ironicznie Syriusz i wyciągnął rękę w stronę Jamesa, by pomóc mu wstać. On przyjął ją i, z niewielkim wkładem Blacka, udało mu się podnieść.

– Wolniej się nie dało? – mruknął, patrząc jak Moody, Marlena McKinnon i Artur Weasley sprawdzają powalonych na ziemię Śmierciożerców.

Potem, z tego co pamiętał, stracił przytomność.

– Niech ci będzie. Black odpada – westchnął Alastor. James zamrugał gwałtownie, słysząc jego głos. – Może nasza kochana pani Potter? – zaproponował. – Ponoć w przeszłości przyjaźniła się ze Snape’em, a wokół niego kręciło się paru podejrzanych typów.

James zmarszczył brwi i zamyślił się.

Lily? Nie było takiej opcji, znał swoją żonę. Mieli mieć dziecko, Lily wciąż była pod czyjąś opieką, nie było mowy o jej zdradzie. Poza tym o wielu akcjach teraz nie wiedziała, więc nie mogła donosić.

Tylko jak przekonać Moody’ego?

– Niby jak? Jest teraz odcinana od większości informacji, jakie poznali Śmierciożercy – powiedział spokojnie, znów odpychając emocje na dalszy plan, by skupić się na logicznych argumentach.

– Spójrz, Potter, to nie musi być świadoma zdrada – zauważył ex-auror, nachylając się lekko. – Wracała od lekarza, wpadła na starego przyjaciela. Wrodzona dobroć i litość wzięły nad nią władzę i zgadza się pójść z nim na kawę. W czasie rozmowy on spytał o ciebie, a twoja ukochana przypadkiem mówi mu, że martwi się o twoją misję i opowiada mu szczegóły. Proste, co? – Alastor uniósł lekko brwi, marszcząc pokiereszowane czoło.

Przez chwilę James to widział. Jego myśli, jak zwykle, były szybsze niż mógł się spodziewać i w następnej sekundzie stał w jakiejś tandetnej knajpce tuż przy stoliku zajmowanym przez jego przepiękną żonę i Severusa Snape’a w swojej całej, obrzydliwej okazałości. Słyszał delikatny głos Lily, opowiadający o szczegółach jego misji i innych tajemnicach zakonu.

– Nie – powiedział nagle, sam zdziwiony pewnością w swoim głosie. – Lily zerwała z nim kontakt, uwierz mi. Na własne oczy widziałem, jak dawała mu ostrego, lewego sierpowego na pożegnanie.

To był ich ostatni dzień w Hogwarcie. James zabrał Lily na romantyczny spacer po błoniach, by ostatecznie pożegnać się z zamkiem, który przez tak długi czas pełnił funkcję ich drugiego domu.

– Bardzo nie chcę stąd wyjeżdżać – poskarżyła się rudowłosa, jednak Potter ją zignorował. Oczywiście to nie tak, żeby nie chciał rozmawiać z ukochaną lub był w stosunku do niej złośliwy. Po prostu od dziecka miał kłopoty ze skupieniem myśli na jednej sprawie.

Bo jego umysł działał bardzo szybko, co czasem bywało męczące i niemal bolesne. Prowadził rozmowę, wyłączał się na dwie sekundy, przez które jego myśli popędziły już o dwieście stóp do przodu, po czym zmuszone były powrócić na pierwotne miejsce, by rozumieć sens rozmowy.

– Co? – bąknął, orientując się, że Lily mówiła do niego. – Ach, tak, szkoda – westchnął. Też nie chciał opuszczać Hogwartu.

Życie tam było cudowną bajką i żałował, ale jeszcze się nie bał. Wtedy nie wiedział, że ta piękna, wesoła opowieść, jaką dotąd było jego życie, zmieni się w najmroczniejszą z mrocznych bajek.

– James. – Lily złapała go za ręce i zmusiła do zatrzymania się. Jej promienną, pokrytą piegami twarz ogarniał półmrok, ale Potter i tak doskonale widział każdy, najmniejszy szczegół. Mały, zgrabny nosek, duże, zielone oczy, malinowe, idealnie zarysowane usta i szczupłą buzię. – Obiecaj mi coś.

– Nie lubię rzucać słów na wiatr, więc powiedz najpierw, co – poprosił z lekkim uśmiechem.

Lily patrzyła na niego z nadzieją i ognikami w oczach. Chodziło o uczucia…

Merlinie, nie chciał mówić o swoich uczuciach. Było tyle ciekawych tematów! Voldemort, egzaminy końcowe, ich przyszłość, strata prezydencji Wielkiej Brytanii w pieprzonej radzie pieprzonej Unii Europejskiej na rzecz pieprzonej Danii, cokolwiek do cholery!

Nie to, żeby przejmował się mugolską polityką, ale… Cóż, był Brytyjczykiem i wiedział takie rzeczy, nawet będąc czarodziejem.

– To między nami nie zniknie, prawda? – zapytała, potwierdzając tym samym podejrzenia Jamesa, co do charakteru ich rozmowy.

Nagle poczuł, jakby czyjeś ręce zacisnęły się wokół jego gardła. Przełknięcie śliny było w tamtej chwili zabiegiem skomplikowanym do tego stopnia, że wolał nie ryzykować i zatrzymać ją w ustach. Rzadko nie wiedział, co powiedzieć. Przeważnie miał miliard odpowiedzi na każde słowo rozmówcy, czasem zdarzało mu się planować przebieg rozmowy i rozmyślać nad możliwymi wariantami.

– Słyszałaś już nowy album The Rolling Stones? – wyrzucił z siebie po dobrej minucie milczenia.

Lily spojrzała na niego ze zdziwieniem, złością i niewielkimi rozbawieniem.

– Chyba sobie kpisz – stwierdziła, odsuwając się od niego i kładąc ręce na biodrach.

Zły, zły znak.

Nigdy nie skończyli tej rozmowy, za co James pewnie dziękowałby Bogu, gdyby nie to, że czułby się głupio, robiąc to ze swoją raczej wątpliwą wiarą.

– Lily…

A może to diabeł wysłał do nich Snape’a? Licho go tam wie.

– Czego chcesz, Smarku? – spytał chłodno James, całkowicie odrzucając na bok skrępowanie wcześniejszym tematem.

– To nie twoja sprawa – odwarknął Snape.

Potter już po tej krótkiej odpowiedzi miał ochotę go skrzywdzić. Uderzyć, rzucić zaklęcie, zadać ból fizyczny, psychiczny, a może nawet oba. Był bliski zrobienia tego, naprawdę już czuł tę znajomą ekscytację, jaka zawsze towarzyszyła jego lekko sadystycznej naturze, gdy miał okazję do poddawania się jej.

Ale Lily.

– Cicho bądź, James – fuknęła, wprawiając swojego chłopaka w oburzenie.

Miał ochotę ją zostawić tam ze Snape’em, ale wciąż coś go tam trzymało.

Masochistyczne uwielbienie sytuacji ryzykownych w nawet najmniejszy sposób, bądź sadystyczna nadzieja, że uda mu się jeszcze wywołać jakąś bójkę.

Lub i to, i to.

– Jak tam chcesz – mruknął, wywracając oczami. Lubił patrzeć, jak z Lily wychodzi lwica, ale zdecydowanie wolał samemu zająć się Smarkiem.

– Myślałam, że wszystko już sobie wyjaśniliśmy Severusie – rzekła chłodno rudowłosa, zaplątając ręce na piersiach. James w tym samym momencie poczuł dumę i rozczarowanie (czy to w ogóle możliwe?).

Cieszył się, że Lily nie dała się wziąć na litość, wiedział, że nie przychodziło jej to łatwo (była tak bardzo dobra i bezinteresowna, że człowiek tak zły jak zły jest James nigdy tego nie zrozumie), ale on załatwiłby to inaczej.

– Lily, ja naprawdę chcę się pogodzić – westchnął Smark, a James zanotował mentalnie, żeby przy najbliższej okazji załatwić Ślizgonowi brutalną śmierć.

Czy fakt, że następnego dnia będzie miał pod ręką pociąg nie był cudowny?

– No cóż, ja nie chcę – odparła bezlitośnie dziewczyna. – Jeśli to wszystko to opuść łaskawie to miejsce – dodała, a James naprawdę umarłby, gdyby się w tamtej chwili nie wtrącił:

Jesteśmy właśnie BARDZO zajęci – podkreślił, łapiąc talię rudowłosej w sposób tak intymny, jak tylko potrafił.

To było brutalne, bo Potter uświadamiał Snape’owi, ze on ma prawo ją dotykać w ten sposób, czego Ślizgon o sobie nie mógł powiedzieć. Lily była Jamesa, a James był Lily. Dla Severusa zabrakło miejsca i to właśnie był ból, jaki Potter chciał mu zadawać.

Najgorszy z najgorszych.

Snape wyciągał różdżkę i wycelował w Gryfona, który roześmiał się beztrosko, kpiąco. Lily drgnęła, bo nie lubiła tego śmiechu.

– Nie widzisz, że on na ciebie nie zasługuje!? – krzyknął Smark niemal histerycznie.

– Akurat ty nie masz prawa o tym decydować. – Rudowłosa zachowała spokój, przemawiając z lodowatą obojętnością.

James uśmiechał się cały ten czas, bo naprawdę uwielbiał Lily w chwilach, gdy musiała porzucić styl grzecznej dziewczynki i stawała się właśnie taka. Zgnębienie Snape’a było dodatkowym bonusem.

– Nienawidziłaś go! – drążył Ślizgon, jakby nie widział swojej całkowicie przegranej już pozycji. Dla Lily był już skończony.

– Ale teraz nie nienawidzę, to nie twoja sprawa – zauważyła Evans. – Wybrałeś swoją drogę, rozmawialiśmy już o tym, Snape. Nie chcę mieć z tobą nic wspólnego, żyj swoim życiem i daj mi wreszcie spokój! – poleciła ostro i ewidentnie chciała już odejść wraz z Jamesem, jednak Smark widocznie nie miał zamiaru odpuścić. 

– Nie będziesz z nim szczęśliwa! – krzyknął. – Teraz ci się tak wydaje, ale to drań i gnojek! Będziesz żałować, a ja tego nie chcę. Sama tyle razy powtarzałaś, że to tylko…

James podświadomie żałował, że Lily wybrała właśnie ten moment, by zbliżyć się gwałtownie do byłego przyjaciela i z ogromną, jak na tak delikatną dziewczynę, siłą uderzyć go prosto w nos. Głośne przekleństwa Ślizgona wymieszały się z zaskoczonym śmiechem Jamesa i prychnięciem Lily, która złapała mocno swojego chłopaka za rękę i ciągnąc go w stronę zamku, by Snape mógł zostać sam na sam ze swoją porażką.

– Jesteś cudowna – wyszeptał Potter do ucha ukochanej i złożył na jej ustach delikatny pocałunek.

– Mogła wygadać przy kimś innym – gorzki głos Szalonookiego wyrwał Jamesa z krainy wspomnień i rzucił prosto w mroczną rzeczywistość smutnej bajki, pisanej dosyć zwinną ręką Losu.

– Ale tego nie zrobiła – stwierdził pewnie chłopak. – Nie jest głupia – dodał. Miał zamiar bronić honoru żony, za wszelką cenę.

– Nie masz pewności.

– Mam – skłamał, wysyłając mężczyźnie chłodne spojrzenie. – Lily jest w ciąży i to zagrożonej. Wciąż jest albo pod opieką lekarzy, albo moją czy kogoś innego z zakonu. Kiedy miałaby rozmawiać z jakimś Śmierciożercą? – zapytał i ponownie wbił wzrok w swoje kolana.

Znów zapadła cisza. Bardzo napięta cisza, James już myślał, jak usprawiedliwić pozostałą dwójkę swoich przyjaciół, lecz nim wymyślił coś sensownego, Moody rzucił cicho:

– Pettigrew czy Lupin?

– Czy – odparł chłopak nie głośniej. – Żaden z nich – dodał, wiedząc, że to nie czas na żarty.

Kiedyś zawsze był czas na żarty – przypomniał ponuro cichy głos w jego głowie.

– Pettigrew traktuje ciebie i Blacka jak idoli – zauważył Moody, ignorując uwagę Pottera. – Sam-Wiesz-Kto mógł mu zaoferować więcej – zauważył, na co James zirytował się nieznacznie.

– Niby co? Traktowanie jak śmiecia? – prychnął. – Jeśli Peter miał tyle jaj, żeby nas zdradzić, to ja jestem gejem – oznajmił, ale w jego głowie już rozgrywało się kolejne wspomnienie.

Czy Voldemort naprawdę mógł traktować Petera lepiej niż oni?

Cóż… To chyba nie było duże wyzwanie.

Peter, ofermo, patrz pod nogi! – zawołał Syriusz, kiedy Pettigrew wszedł do ich dormitorium, którego podłogę w całości pokrywały pergaminy z rozrysowanymi planami poszczególnych części zamku, mające w pomniejszeniu wylądować na jednym arkuszu w postaci mapy.

– Przysięgam, że jeśli cokolwiek nadepniesz, pognieciesz czy ubrudzisz nie wejdziesz tu końca miesiąca – obiecał James, próbując narysować długą na półtorej stopy linię w miarę prosto.

– Chłopaki… – zaczął Pettigrew, ale Potter i Black równocześnie dali mu znać, że powinien się zamknąć, machając w jego stronę dłońmi.

– Strasznie się napalili na tę mapę – wyjaśnił Remus, nie odrywając wzroku od książki, gdzie szukał zaklęć mających pomóc zabezpieczyć ich nowy wynalazek przed obcymi. – Hej, co powiecie na to? – zapytał po chwili, pokazując zaznaczone przez niego w książce zaklęcie Jamesowi i Syriuszowi. Na moment Potter oderwał się od szkiców, by przeczytać zaznaczony fragment i skinął głową.

– Peter, zapisz – polecił, wracając do swojego wcześniejszego zajęcia.

– Ale… – znów spróbował zacząć Pettigrew, jednak zamilkł, widząc spojrzenie Syriusza.

– To naprawdę nie jest ciężka robota – stwierdził tamten i chwycił zeszyt, w którym notowali wszystkie przydatne w ich opinii rzeczy i rzucił go w stronę drzwi, gdzie wciąż stał Peter.

ŁUP!

Głośny huk sprawił, że James wzdrygnął się gwałtownie, przez co linia na pergaminie znów wyszła mu nierówno. Z jego ust wyrwało się pełne zirytowana westchnienie, a wzrok spoczął na walających się po całym dormitorium słodyczach, które – jak zorientował się po fakcie – wcześniej trzymał Peter.

James naprawdę nie znosił rzucać słów na wiatr. Kanapa w Pokoju Wspólnym Gryffindoru stała się łóżkiem Pettigrewa na kolejne dwa tygodnie.

– Coś w tym jest – westchnął Moody, a Potter znów poczuł to dziwne wrażenie, że został brutalnie wyrwany z bajki. – Ale nie masz stuprocentowej pewności. Ma słabą osobowość, Sam-Wiesz-Kto grasuje na takich – zauważył, a James pokręcił przecząco głową.

–Dumbledore by go przejrzał, jestem pewien, że jego akurat potrafiłby przejrzeć – stwierdził twardo. Alastor zgodził się z nim po chwili lekkim skinieniem głowy.

Następnie padły słowa, które niemal zatrzymały pracę serca Jamesa.

– Czyli Lupin.

Chciał zaprzeczyć, chciał natychmiast wysunąć argumenty, które usprawiedliwiłyby jego przyjaciela, ale – och, Merlinie – nie miał ich! Naprawdę nie potrafił się nie zgodzić. Wyeliminował niemożliwe, czyli… Czyli z logicznego punktu widzenia, pozostałe musiało być prawdą. Remus potrafił kłamać. Utrzymywanie w tajemnicy wilkołactwa nauczyło go tego. Był też niezłym manipulantem, co James odkrył w nim po niecałym miesiącu znajomości. Miał dobrą motywację, Voldemort obiecał wilkołakom lepsze życie niż mogło zapewnić im ministerstwo.

Nigdy wcześniej nienawidził się tak bardzo jak w tamtej chwili. Nie powinien tak myśleć, jego serce dosłownie płakało przez te podejrzenia.

Ale rozum był nieubłagany.

– On nie mógł – powiedział w końcu cicho. – Nie on, nie mnie – dodał, tłumiąc ból w głosie.

– Wilkołak… Kto wie, do czego zdolna jest bestia.

– Ja wiem, do czego zdolny jest mój przyjaciel! – warknął James. – Znam go, znam ich wszystkich. Nie zrobiliby tego, nie wierzę w to – oznajmił, na co Moody zaśmiał się szorstko.

– Kiedyś sądziłem, że nadmiar wiary robi z ludzi rozumnych idiotów.

– To prawda.

– Jej brak działa tak samo. Nie bądź dzieckiem, Potter.

James poczuł, że ma dość.

Pierwsza sugestia, że jest idiotą – mógł to zignorować. Druga była już przegięciem. Nie był idiotą, po prostu nie chciał wątpić w przyjaciół.

Miał zamiar udowodnić Szlonookiemu, że może ufać bliskim i nie być głupi.

Przymknął powieki i dosadnie skupił się na rozgrywających się w ostatnim czasie wydarzeniach.

– Dumbledore czegoś nam nie mówi – zaczął cicho, całkowicie pozwalając swoim myślom działać. – Coś się dzieje, coś niezbyt dobrego. Spotyka się z kimś, to Śmierciożerca. Ma swojego szpiega, który nie jest do końca pewny. Szpieg zdradził mu coś, co bezpośrednio dotyczy mnie, Lily i Longbottomów. Alicja i Lily są w ciąży, a te dzieci mogą być ważne dla zakonu i przyszłości, ktoś to potwierdził. Skąd to wiem? Dumbledore ostatnio dwa razy przełożył spotkania zakonu. To z czwartku i to z soboty. W piątek wiedział już o ataku, a w niedzielę był pewien, gdzie się odbędzie. Ma szpiega, to jasne. Nie jest przekonany, co do jego lojalności, jeśli możemy o niej mówić w stosunku do człowieka, który zdradził Voldemorta. Gdyby szpieg był pewny, zostałby dopuszczony do spraw zakonu. W Hogwarcie wciąż nauczają wróżbiarstwa, choć Dumbledore chciał odrzuć ostatniego kandydata. Umówił się na spotkanie na szesnastą w sobotę, a o piętnaście po miało się odbyć spotkanie zakonu. Żadna rozmowa o pracę, która mogłaby zakończyć się sukcesem nie trwa piętnaście minut, więc logicznym jest wiosek, że Dumbledore chciał szybko odrzucić kandydata. Nie zrobił tego, więc albo faktycznie wywarł na nim wrażenie, albo powiedział coś, przez co może być ważny. Wykluczam to pierwsze, wróżbici to idioci. To co powiedział musi dotyczyć mnie i Lily lub Longbottomów, to nam kazał na siebie uważać. Czyli szukamy punktów wspólnych. Pierwszy – ciąże Lily i Alicji. Drugi – termin na koniec lipca. Mówisz mi, że jestem idiotą, bo ufam przyjaciołom, którzy są mi oddani w stu procentach, a sam ślepo wierzysz w każde słowo Dumbledore’a, chociaż on nic nam nie mówi, kłamie i oszukuje, kto w tym układzie wychodzi na głupszego? – wypalił i otworzył gwałtownie oczy, podnosząc się z miejsca. – Nie jestem idiotą, Moody. I zdecydowanie nie jestem już dzieckiem.

I wyszedł.

***

Minęło parę miesięcy, a Potterowie doczekali się syna, byli tak strasznie szczęśliwi. Nazwali go Harry, chłopiec potrafił zauroczyć absolutnie wszystkich. Miał przepiękne oczy po swojej mamie i czarne włoski, które już odstawały na wszystkie strony, zupełnie jak u jego taty.

Rok później w chwili, gdy wysoka, ciemna postać stanęła w drzwiach posiadłości Potterów, James zastanawiał się jeszcze, czy to ten tkwiący głęboko w nim masochizm nakłonił go do uczynienia Petera ich Strażnikiem Tajemnicy, by mężczyzna (tak, w tamtej chwili już mężczyzna) znów stanął w sytuacji niebezpiecznej, ryzykownej, tym razem po raz ostatni, czy może był to palący od środka sadyzm, jakim wykazał się, pozwalając Lordowi Voldemortowi na zaatakowanie Lily i Harry’ego.

Zanim zielony promień uderzyć w jego klatkę piersiową, pomyślał, że czymkolwiek to coś było, gdyby nie istniało mogliby wszyscy żyć długo.

Ale miał wątpliwości, co do tego, czy szczęśliwie.

W końcu mroczne bajki nie mają happy endów.

———————————————————————-

Kochani moi!

Praca pisana na konkurs na wattpadzie z telefonu, sprawdzana na komputerze brata (to boli moją dumę). Co do rozdziału Barwnego Życia… Cóż, mam jedną dobrą wiadomość i jedną złą 

Dobra – zgadnijcie, kto odzyska dzisiaj swojego laptopa? 

Zła – zgadnijcie, komu padł twardy dysk i będzie musiał pisać wszystko od nowa?

Zgadliście? Brawo, nagroda wydawana w całusach. 

Pozdrawiam serdecznie,

Ann Black

Ogłoszenie któreś tam

Piszę z telefonu, Skarby, więc krótko. Zepsuł mi się komputer. 1/4 nowego rozdziału, połowa starego zedytowanego i część mojej pięknej niespodzianki jest zagrożona, póki co nic nie wiem. Może to ocaleje, ale jest tak źle, że nawet nie umiem komputera uruchomić. (Wie ktoś jak sobie poradzić z błędem 0xc000000f? Jeśli tak, zapraszam serdecznie na mojego maila ania.piekorz@op.pl).

Nie wiem, ile to wszystko potrwa, ale na pewno potrwa.

Pozdrawiam i przepraszam za długą nieobecność,

Ann Black

Rozdział 17 „Śmierć szlamom”

Dla Ali, na której komentarz mogę liczyć pod każdym rozdziałem. 

––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––––

– Obudziłem się przywiązany do krzesła z opaską na oczach. Na początku nic nie pamiętałem, dopiero po długim czasie zorientowałem się, gdzie jestem. Nie mogłem użyć magii bezróżdżkowej, nałożyli mi na nadgarstki coś, co hamowało magię. Przynajmniej tak myślę. Przyszła Bellatrix. Poznałem po głosie. Mówiła, że byłem nieprzytomny przez tydzień. Potem mówiła jeszcze o Voldemorcie, że… że niedługo się z nim zobaczę. I wyszła. Uch, nie wiem ile minęło… może z dzień. Przyszli jacyś Śmierciożercy. Jednego jakby kojarzyłem z głosu, ale nie wiem, kto to jest. Odwiązali mnie, to próbowałem się wyrwać, ale ich było więcej, więc mnie złapali i zaciągnęli do Voldemorta. On… – urwał, biorąc głęboki oddech. Opowiadanie o tym, co działo się podczas porwanie było znacznie trudniejsze niż sobie wyobrażał. A wyobrażał sobie, że będzie naprawdę ciężko. – Próbował… Chciał, żebym został Śmierciożercą i zdradził mu pełną przepowiednie. Nie chciałem… nie zgodziłem się. On… – znów urwał. Poczuł niekontrolowany dreszcz, przechodzący po całym jego ciele.

– Torturował cię – podsunął spokojnie Dumbledore, przyglądając się chłopakowi z uwagą. Ten kiwnął głową, czując ulgę, że nie musiał tego powiedzieć. Same słowa przyprawiały go o zawroty głowy.

Długo jeszcze opowiadał o tym, co się działo, czując, że coś bardzo ciężkiego spada mu z serca. Jakby odrzucał od siebie obowiązek, który chciał odwlekać w nieskończoność, choć wiedział, że w końcu nadejdzie czas, gdy będzie musiał to zrobić. Mówił, jak Voldemort próbował wyciągnąć z niego informacje, jak Bellatrix torturowała go nie tyle, co fizycznie, a psychicznie. Opowiedział, co się działo po tym, jak na chwilę miał połączenie z Zakonem Feniksa, jak jego wyskok rozwścieczył Voldemorta, jak znów pojawili się Śmierciożercy, z których rozpoznał tylko Evana Rosiera, jak męczyli go bez wyraźnego pozwolenia Voldemorta (bo z tego, co wywnioskował tylko on i Bellatrix byli do tego upoważnieni) i…

W tym momencie urwał.

Następnie powinien opisać, jak nagle usłyszał głos, który przerwał jego męczarnie i przegonił oprawców. Czemu się zawahał? Sam nie wiedział. Może dlatego, że nie był pewien, czy w ogóle koś tam był, czy wyobraźnia wywinęła mu figla. Może nie chciał, żeby ktoś myślał, że potrzebuje litości ze strony Śmierciożerców. A może po prostu wiedział, że osoba, która mu pomogła musi być w jakiś sposób z nimi związana i… uch, po prostu nawet gdyby jakiś Śmierciożerca faktycznie mu pomógł i ktoś jakimś cudem dowiedziałby się, kim jest ta osoba, będzie miała kłopoty nie tylko z zakonem, a także z Voldemortem, a Potter naprawdę czuł się zobowiązany odwdzięczyć temu komuś. I zdeterminowany, by poznać jego tożsamość.

– James? – wytrącił go z zamyślenia cichy głos dyrektora. Uniósł wzrok, mrugając parę razy.

– Zaraz miała przyjść Bellatrix, więc oni odeszli. Wtedy udało mi się dosięgnąć lusterka dwukierunkowego, skontaktowałem się z Syriuszem, powiedziałem wszystko, co wiem – wyrzucił z siebie na jednym wdechu, pomijając mały szczegół w postaci pomocy otrzymanej od Śmierciożercy. – Ona weszła, zobaczyła mnie z lusterkiem. Potem mówiła coś, że mam szczęście, że Voldemort mnie potrzebował do… sam nie wiem. – Westchnął i zmierzwił włosy. W następnej chwili poczuł delikatny ucisk czegoś ostrego na ramieniu. Odwrócił głowę i zobaczył pięknego ptaka o szkarłatnym upierzeniu, złotym ogonie, dziobie i szponach. James uśmiechnął się lekko i pogłaskał delikatnie główkę stworzenia. Wydawało się być znacznie mniejsze, niż wtedy, gdy Potter widział je ostatnio, ale to zrozumiałe – w końcu to feniks. Gdy nadchodził czas jego śmierci odradzał się z własnych popiołów, jako pisklak.

– Faweks bardzo cię lubi – stwierdził Dumbledore, gdy ptak przywarł łebkiem do szyi Jamesa. – Chyba bywasz tu zbyt często, skoro już zdołał się przywiązać – dodał, na co James zaśmiał się cicho.

– Chyba tak – zgodził się z uśmiechem. Przez chwilę trwała cisza, aż dyrektor spytał:

– Co było dalej?

Uśmiech Jamesa momentalnie znikł z jego twarzy.

– Znowu zaprowadzili mnie do niego – odparł, przymykając powieki. – O-on… niedokładnie pamiętam. Wiem, że mówił coś o wielkim zaszczycie, ale… nie wyjaśnił dokładnie, o co chodzi. Miałem mu pokazać lewę przed ramię, pamiętam, że wyśmiałem go, bo sądził, że go posłucham. Uch, ale to nie tak, żeby, miał wtedy coś do gadania. Nie byłem pewny, co chciał zrobić… w ogóle… słabo dalej pamiętam – wydukał, próbując opanować drżenie dłoni. Cichy, kojący dźwięk wydany przez Faweksa niczym najpiękniejsza melodia, pomógł mu uspokoić tętno. – Użył zaklęcia, strasznie bolało. Ale nie jak przy Cruciatusie, to był inny ból. Ciężko to opisać, sam nie wiem, co się wtedy działo. Najpierw on zrobił… coś. To było dziwne, jakby coś mi zabrał, czułem się dziwnie pusty. Potem… Potem te opaski na moich nadgarstkach… jakby się rozłamały. Coś we mnie wybuchło, zaatakowało go, ale ja nawet nie byłem tego świadomy. Wszystko mnie strasznie bolało, byłem cho… strasznie wyczerpany. Potem jakieś huki, krzyki… Pamiętam, że przyszedł Syriusz, a dalej nic. Obudziłem się dopiero w szpitalu – zakończył. Odetchnął ulgą, czując się tak jak wtedy, gdy zobaczył twarz Łapy w twierdzy Voldemorta. Jakby znów został uwolniony.

Dumbledore przyglądał mu się z uwagą i swego rodzaju troską, która sprawiła, że na wargi Jamesa mimowolnie wpłynął bardzo delikatny, niemal niezauważalny uśmiech, który dyrektor natychmiast odwzajemnił, wysyłając mu pełne otuchy spojrzenie. Potter poczuł się winny, nie chciał zamartwiać sobą tylu osób. Żył, miał się dobrze, wszystko było w porządku.

Nie chciał znowu być problemem.

– Pamiętasz może, jakie było to zaklęcie? – spytał dyrektor, na co James kiwnął głową.

– Mors… Morsmordre czy jakoś tak – odparł i przygryzł wargę. Dumbledore pokiwał głową, jakby tego dokładnie się spodziewał.

– Masz w tym miejscu bliznę, prawda – bardziej stwierdził niż zapytał starzec. James pokiwał głową, odruchowo przebiegając prawą dłonią po skrytym pod szatą przedramieniu drugiej ręki. – Mogę zobaczyć? – dodał dyrektor, na co Potter zawahał się, jednak ostatecznie ponowił kiwnięcie głową i podciągnął rękaw, ukazując mężczyźnie swoją poranioną skórę. Dokładnie po środku między łokciem, a nadgarstkiem widniały dwie, niezbyt duże blizny, przecinające się w znak „X”. Dumbledore przyjrzał się ranom uważnie, po czym westchnął i ruchem dłoni wskazał, że chłopak może już zabrać rękę, co ten szybko uczynił. – Powiedz James… Czy często boli cię to miejsce? – spytał. Potter wzruszył ramionami.

– Raczej nie. Czasami tylko czuję lekkie mrowienie, ale nic poza tym – odparł i zmarszczył brwi. – Czemu pan pyta? Co to było za zaklęcie? – dodał pośpiesznie, czując, że krew odpływa mu z twarzy.

– Spokojnie, James, nie masz, czego się obawiać. Zanim cokolwiek ci powiem, pozwól, że upewnię się w swoich podejrzeniach – uspokoił go dyrektor z kojącym uśmiechem na twarzy. Chłopak skinął powoli głową. Zerknął na swój zegarek. Miał jeszcze ponad dwie godziny do swojego patrolu, powinien zdążyć wziąć jeszcze prysznic, a może nawet zdrzemnąć się na godzinkę. Już podnosił się z miejsca i otwierał usta, chcąc wyjaśnić, dlaczego chce się już zbierać, kiedy przypomniał sobie o jeszcze jednej gnębiącej go sprawie. – Tak? – Dumbledore przyjrzał mu się uważnie znad okularów-połówek, widocznie zauważając, że James ma mu jeszcze coś do powiedzenia.

Opadł z powrotem na krzesło i zwilżył wargi.

– Voldemort… Wtedy, zanim nawiązał te połączenie z zakonem… P-powiedział, że mój ojciec mnie nienawidził, b-bo…, bo zanim się urodziłem moja matka miała romans z mugolem. To prawda? – spytał cicho, wlepiając wzrok w swoje kolana. Usłyszał ciche westchnienie ze strony Dumbledore’a. I to nie było coś, czego oczekiwał.

– Tak myślałem, że opowie ci tą historię – odparł starzec, nie do końca zaspakajając tą odpowiedzią ciekawość chłopaka. – Próbował wzbudzić w tobie wstręt do mugoli? – zapytał, na co Potter pokiwał głową, niecierpliwie oczekując kontynuacji wypowiedzi. – Widzisz, James, kiedy twoi rodzice chodzili do szkoły od razu coś między nimi zaiskrzyło. Można nawet stwierdzić, że to była miłość od pierwszego wejrzenia, idealna. Ich rodziny były zachwycone, już na ostatnim roku twoich rodziców zaaranżowano ich małżeństwo. Wszyscy wokoło zazdrościli im tej miłości, oni sami świata poza sobą nie widzieli. Po skończeniu szkoły urodziła im się córka… Znasz tę historię, prawda? – upewnił się dyrektor, a James kiwnął głową. – Zginęła, a winą obarczono dalekiego kuzyna twojego ojca. To był pierwszy cios, który sprawił, że Charles się zmienił. Po tym, co się stało twoi rodzice zaczęli oddalać się od siebie. Dorea popadała w depresję. Wtedy poznała tego mugola, wiem to, ponieważ krótko przed twoim narodzeniem opowiedziała mi tą historię. Mówiła też o swoich podejrzeniach, co do twojego ojca… tego zapewne nie wie…

– Wiem – przerwał James, zerkając na dyrektora. – Podsłuchała rozmowę, że mój ojciec był zamieszany w śmierć Cindy. Co dalej? – zapytał niecierpliwie. Dumbledore przyjrzał mu się uważnie, z lekkim zdziwieniem, i kontynuował:

– Dorea była piękną kobietą, ale bardzo wrażliwą i delikatną. Ten mugol był oczarowany jej urodą. Widząc w jak słabym stanie psychicznym jest twoja matka postanowił użyć tego, by ją zdobyć, wmówił jej, że ją rozumie, sprawił, że całkowicie mu zaufała, by potem wykorzystać i porzucić. Zapewne rozumiesz, jak bardzo ją to zraniło. Wróciła do Charlesa, który, choć wiedział o jej romansie, przyjął ją z powrotem. Mimo swoich wad bardzo kochał twoją matkę. Jednak to było kolejne wydarzenie, które zmieniło twojego ojca, tym razem diametralnie. Na początku było dobrze, jednak gdy dowiedział się o ciąży twojej matki… Chciał zmusić ją do usunięcia dziecka. Różnymi sposobami próbował do tego doprowadzić. Przychodziła do mnie, chciała, żebym jej pomógł, a ja robiłem, co mogłem, choć byłem pewien, że już jest za późno. Ciąża to bardzo delikatna sprawa, jeden zły ruch może doprowadzić do poronienia, a twój ojciec wykonał więcej niż jeden. Magia, jaką dysponował była naprawdę potężna, on sam miał rzadko spotykaną moc i siłę. A jednak dziecko, które rozwijało się w łonie Dorei przez dziewięć miesięcy, które urodziło się w pełni sił i zdrowe, już wtedy było znacznie potężniejsze. Nie było nadziei, James. Dorea już pogodziła się z myślą, że straci kolejne dziecko. Twoje narodziny były dla niej cudem i spełnieniem marzeń, zaś dla twojego ojca powodem do obaw i strachu. Świetnie znasz mitologię grecką, prawda, James? Kto strącił z tronu Uranosa? – padło pytanie, na które Potter doskonale znał odpowiedź, jednak zawahał się, nie wiedząc, do czego te pytania prowadzą.

– Kronos – odparł po chwili, marszcząc brwi. – Jego syn, zgodnie z przepowiednią.

– A kto pokonał Kronosa? – drążył starzec, kiwając głową z aprobatą.

– Zeus – powiedział powoli Potter, zaczynając powoli rozumieć. – Jego najmłodszy syn…

– Właśnie – potwierdził dyrektor. – Kiedy ktoś, kto włada wielką mocą doczekuje się potomka, musi liczyć się z tym, że geny zostają przekazane dalej. Twój ojciec doskonale wiedział, że jesteś jego synem, a przynajmniej uwierzył w to po twoim urodzeniu. Nie powinieneś w tej sprawie wierzyć Tomowi, zapewne zmienił prawdziwą wersję zdarzeń, byś ty znienawidził mugoli podobnie jak on. Charles nie był głupi, a wręcz przeciwnie. Ponadprzeciętnie inteligentny, to jedna z lepszych cech, którą po nim odziedziczyłeś. – Dyrektor uśmiechnął się do chłopaka, który poczuł przyjemne ciepło w okolicy klatki piersiowej i odwzajemnił uśmiech. – Zrozumiał, że twoja moc będzie się mnożyć i mnożyć, i że nadejdzie dzień, kiedy bez problemu będziesz mógł go pokonać, nawet nie wysilając się zbytnio. Oczywiście wiedział też, że źle może to na ciebie wpłynąć. Magia, w szczególności potężna magia, jest rzeczą piękną, ale bardzo mroczną i niebezpieczną. Obawiał się, że pewnego dnia zaczniesz sięgać po więcej i więcej, aż całkowicie zatracisz się w swoich pragnieniach. Postanowił wychowywać cię w strachu przed sobą, korzystał z chwil, w których miał nad tobą przewagę, by stłumić twoją moc w tobie. Chciał nie pozwolić ci osiągnąć szczytu twoich możliwości i sądzę, że udawało mu się to tak długo jak odczuwałeś przed nim strach – rzekł Dumbldore, nie spuszczając chłopaka z oka nawet na chwilę.

James czuł się… dziwnie. Coś dziwnego kołatało mu w głowie, on sam czuł się, jakby słuchał bajki lub mitu, a nie opowieści z własnego życia. Był zafascynowany to na pewno. Przerażenie, duma, zdezorientowanie, zdziwienie i wiele, wiele innych uczuć rozrywało go od środka. To było takie dziwne.

 

„Życie pisze naj­bar­dziej ory­ginal­ne, naj­bar­dziej ko­miczne, a jed­nocześnie naj­bar­dziej dra­matyczne sce­nariu­sze.”

Wisława Szymborska

 

Jeśli jest coś, czego James nienawidzi równie mocno jak ciemności zdecydowanie jest to tłum. Choć jest jedna różnica – ciemności nienawidzi zawsze. Non stop, na samą myśl o znalezieniu się w ciemnym pomieszczeniu przechodzi go dreszcz, a tłum… denerwuje go w trzech przypadkach:

Jeden – gdy wyjątkowo się śpieszy.

Dwa – gdy boli go głowa.

Trzy – gdy jest tylko bezsensownym zbiegowiskiem nad czymś, co jest równie bezsensowne jak fakt, że kogoś to coś interesuje.

A ponieważ Los go nienawidzi dzisiaj miał do czynienia z wszystkimi tymi rzeczami na raz.

Z wielkiej sali wyszedł po dwudziestej pierwszej, u dyrektora spędził pół godziny. Przejście przez cały zamek, by znaleźć się pod wielką salą z Huncwotami, gdyż obiecał im powiedzieć, czego chciał dyrektor zajęło mu kolejne piętnaście minut, więc była już dziesiąta. Czyli cisza nocna. Czyli gdzie powinni być uczniowie? W łóżku. A gdzie byli? Na pewno nie tam! Stali pod wielką salą i… i nic! To było tak strasznie irytujące…

– Hej, Potter! – Ktoś krzyczał, wołał go. Czuł się dziwnie źle, jakby wdychane przez niego powietrze nie mogło dostać się do jego płuc. Zaczął przepychać przez tłum uczniów, nie kłopotając się nawet wykrzesaniem z siebie przeprosin za potrącenie. Chciał się położyć, chociaż na piętnaście minut, co może się udać, jeśli w ciągu dziesięciu minut uda mu się dotrzeć do dormitorium. Zignorował nawołujący go głos, nawet nie interesowało go, kto to był. Strasznie kręciło mu się w głowie, czuł, że zaraz upadnie. Niemal się dusił.

– Jim. – Wpadł na Remusa, który zapewne przyglądał mu się teraz z uwagą. Nie mógł tego wiedzieć, gdyż widział jak przez mgłę i tylko po głosie poznał, z kim się zderzył. – O Merlinie, ale ty wyglądasz. Módl się, żeby Syriusz cię teraz nie widział.

– Modlę – odparł krótko James. – Spróbuj go zagadać, a ja postaram się doprowadzić do porządku – dodał wymijająco i znów zaczął przeciskać się w stronę najbliższej łazienki, jednak Remus złapał go za nadgarstek.

– A nie sądzisz, że… – zaczął, jednak Potter nie pozwolił mu skończyć, wyrywając natychmiast rękę niemal z histerią na twarzy. Lupin przyjrzał mu się z uwagą i westchnął, na co szatyn poczuł dziwne ukłucie w okolicach klatki piersiowej. Naprawdę nie chciał sprawiać przyjaciołom przykrości, ale czemu, do cholery jasnej, nie mogą zrozumieć, że dotyk nie był rzeczą, która była specjalnie przez niego pożądana.

– Nie, nie sądzę – odparł, cofając rękę za plecy. Remus wyglądał, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć, jednak James nie dał mu ku temu okazji, przepychając się w stronę męskiej łazienki. Udało mu się wydostać z tłumu i wejść do środka, zatrzaskując za sobą drzwi. Rzucił się w stronę pierwszej kabiny. Zamknął drzwi, używając do tego paru zaklęć zamykających i tłumiących, po czy pochylił się nad toaletą i zwymiotował. Nie miał bladego pojęcia jakim cudem, skoro od dwóch dni jedynym co miał w ustach była woda i tabliczka czekolady. Widoczne to wystarczyło.

Po paru minutach wyszedł z kabiny, by podejść do umywalki i przemyć twarz wodą i przepłukać usta do pozbycia się ohydnego smaku z ust. Zrobił to i wypluł ze wstrętem wodę do zlewu.

– Fuj – mruknął i znów przemył twarz lodowatą wodą. Zamrugał parę razy i spojrzał w lustro. Zamarł, dostrzegając za sobą ciemną postać. Wysoką, chudą postać, zbliżającą się do niego powoli, nie wychylając się z cienia, rzucanego przez otwarte drzwi jednej z kabin. Odwrócił się przerażony, jednak nikogo za nim nie było. Spojrzał przez ramię na lustro, by zobaczyć, jak postać rzuca się na niego, pochłaniając ciemnością całe odbicie łazienki. Odskoczył gwałtownie i poślizgnął się na mokrej posadzce, przez co upadł z cichym sykiem.

– Co się tu dzieje? – rozległ się niski głos. James uniósł głowę i spojrzał w stronę drzwi, skąd on dochodził.

I w tej chwili zapomniał jak się oddycha.

 

 „Biolo­giczna słabość człowieka wa­run­ku­je kul­turę ludzką.”

Erich Fromm.

 

– Ty!? – splunął, próbując podnieść się z podłogi, jednak na próbie się skończyło, gdyż nie mógł stanąć na prawej nodze.

– James?

Właściciel usłyszanego przez Pottera głosu był wysokim mężczyzną o ciemnych, opadających na ramiona włosach, bladej skórze i piwnych oczach. Może nawet przystojnym, ale James był zbyt zaślepiony całkowitym szokiem i przerażeniem na jego widok, by skupić się na czymś innym niż próbie łapania oddechu. Ból w kostce także nie był czynnikiem pomagającym myśleć logicznie.

Wziął głęboki oddech.

Znał tego człowieka, niezbyt wyraźnie pamiętał szczegóły z nim związane, ale wystarczyło jedno spojrzenie na jego twarz, by rozpoznać przyjaciela… byłego przyjaciela ojca Jamesa. Och, byłego nie tylko dlatego, że Charles był martwy. Po prostu parę miesięcy przed jego śmiercią pokłócili się. Rogacz nie zdołał usłyszeć, o co dokładnie poszło, ale z niewyraźnych krzyków udało mu się wywnioskować, że chodziło o coś, czego jego ojciec nie chciał zrobić, a czego ten mężczyzna od niego wymagał.

Marcellus Regnavit zdecydowanie nie kojarzył się mu dobrze.

– Co ty tu robisz? – spytał James, nie zwracając uwagi na fakt, że zwraca się do starszej osoby na ty. Uch, zbyt dużo wrażeń jak na jeden dzień.

– Dlaczego nie jesteś w dormitorium? – Mężczyzna zignorował jego pytanie i zbliżył się, wyciągając rękę, by zapewne pomóc Potterowi podnieść się z ziemi. Ten cofnął się gwałtownie, próbując odsunąć się tak daleko jak tylko pozwoliła boląca kostka.

– Zaraz mam patrol – mruknął.

Niby co ten gnojek tu robił?

Hmm… pomyślmy. Co w szkole może robić dorosły człowiek w szkole, gdzie nie został przedstawiony jeden z nowych nauczycieli z powodu spóźnienia…? sarknął jego rozum.

Powtarzać klasę? Przeprowadzać krótką, jednodniową inspekcję?

Miał cholernie złudną nadzieję, że tak.

– To chyba musisz być sprawny fizycznie, co? – zaśmiał się Regnavit, jakby nie zauważył paniki Jamesa, gdy tamten się do niego zbliżył. – Coś się stało? – spytał i kucnął przy chłopaku, który plecami dotykał już zimnej ściany.

– Nic – mruknął, znów próbując wstać. Jęknął, gdy jego zdrowa noga objechała na mokrej podłodze, przez co upadł całym ciałem na skręconą kostkę.

– No to mi na nic nie wygląda – odparł mężczyzna, prostując delikatnie prawą nogę Pottera, by przyjrzeć się jej dokładnie. James syknął cicho na ten zdecydowanie niekomfortowy dotyk, powodujący dreszcze na całym jego ciele.

– Nie dotykaj! – warknął, nie mogąc pozbyć się wrażenia, że dzieje się coś bardzo złego. Regnavit zawahał się, cofając rękę. Spojrzał na bladą twarz Pottera, który z wszystkich sił unikał spojrzenia na niego.

– Chcę tylko zobaczyć, czy mogę pomóc – wyjaśnił delikatnie, jednak posłusznie nie dotykał już chłopaka.

– Dzięki, sam sobie poradzę – powiedział tamten i podparł się na rękach, by stać pewnie na zdrowej nodze. Udało mu się podnieść i wstać prosto, co na równo z nim zrobił też Regnavit. James spróbował postawić prawą nogę na ziemi, co poskutkowało niemałym bólem, jednak nie pozwolił sobie pokazać tego czymś oprócz delikatnego grymasu na twarzy. Spróbował zrobić krok w stronę drzwi łazienki, ale jak to ze skręconą kostką bywa po raz kolejny tego dnia stracił równowagę, jednak Regnavit w porę złapał go pod ramię, pomagając mu utrzymać się na nogach.

Wolałbym upaść, ale dzięki.

– Chyba jednak przyda ci się mała pomoc – stwierdził mężczyzna, pomagając mu iść do drzwi.

– Er, nie. Świetnie sobie poradzę sam – odparł chłodno James, próbując się odsunąć. Byli już prawie przy drzwiach, gdy te otworzyły się delikatnie, a do środka weszli Huncwoci, na których widok Potter niemal odetchnął z ulgą. Przebywanie sam na sam z kimś, kto znał jego ojca przyprawiało go o dreszcze.

– James. – Syriusz podszedł do niego, a James podparł się na jego ramieniu, by móc w końcu odsunąć się od mężczyzny. – Co się stało? – spytał Black, podtrzymując przyjaciela w pionie.

– Wywróciłem się – mruknął Potter, zerkając w lustro, przy którym stał wcześniej.

Niczym nie różniło się od pozostałych, a jednak wcześniej coś w nim było, miał pewność. Coś tam widział, ciemną postać. Tyle że wcześniej nikogo z nim nie było, a to coś odbijało się tylko w lustrze. Ale to przecież niemożliwe…

Prawda?

– Kim pan jest? – odezwał się Mike, patrząc podejrzliwie na Regnavita.

– Pewnie nowym nauczycielem obrony – odparł natychmiast Remus, nie dając mężczyźnie dojść do słowa.

– Czyli jednak nie przepadną nam jutro lekcję – strapił się Skrzydlak. Regnavit zaśmiał się i pokręcił głową.

Teraz powiedz, że jesteś tu tylko na chwilę i że wcale cię tu nie będzie przez cały rok. No mów.

– Przykro mi, ale oczekuję was punktualnie przed moją klasą – oznajmił, a James wywrócił oczami, co nie umknęło uwadze Łapy.

Wszystko zepsułeś, chuju.

– Trzeba ci opatrzyć tę kostkę – stwierdził Black i wyszedł na już znacznie mniej zatłoczony niż wcześniej korytarz, pomagając iść Jamesowi, który w dalszym ciągu był o więcej niż tylko zdezorientowany.

Coś ewidentnie było nie tak.

 

„Ostatecznie jesteśmy tym, co myślimy. Nasze emocje są niewolnikami naszych myśli, a my jesteśmy niewolnikami naszych emocji.”

Elizabeth Gilbert

 

– Powiedz mi Potter, jakim cudem już tu jesteś, skoro rok szkolny się jeszcze nie zaczął? – westchnęła pani Pomfray (szkolna pielęgniarka), przyglądając się opuchniętej kostce chłopaka, który wzruszył ramionami, patrząc tępo w podłogę. Tak bardzo chciał już uciec od tej otaczającej go zewsząd bieli. Nie wiedział dokładnie czemu, jasne pomieszczenia nigdy mu nie przeszkadzały, a wręcz przeciwnie. Wolał je zdecydowanie bardziej od ciemnych, ale ostatnio bardzo się zmienił. I zdecydowanie nie na lepsze.

– Będę musiał zostawać na noc? – spytał cicho, unosząc wzrok na pielęgniarkę. Miał szczerą nadzieję, że odpowiedź będzie dokładnie taka, jak oczekiwał.

– No nie wiem, okaże się za chwilę. Jeśli to skręcenie pierwszego czy drugiego stopnia albo zwykłe zwichnięcie to jeszcze dzisiaj będziesz wolny, gorzej ze złamaniem albo całkowitym zerwaniem więzadeł – odparła, wyciągając różdżkę i przykładając do kostki Pottera. Wymówiła jakieś zaklęcie, które sprawiło, że poczuł dziwne mrowienie w miejscu, którego dotykał koniec jej różdżki. Skrzywił się lekko, słysząc westchnięcie Pomfray. – Skręcenie drugiego stopnia, panie Potter – oznajmiła kobieta, patrząc na niego z naganą. – Wolałabym przetrzymać pana na no…

– Nie! – przerwał gwałtownie James, czując ogarniającą go irytację. – Nie, miałem zostać, o ile byłoby to skręcenie trzeciego stopnia albo złamanie, a to ani to, ani to! – warknął.

– Dobrze, dobrze! – Pani Pomfray uniosła ręce w górę, pokazując, że chłopakowi udało się osiągnąć swój cel. – Ale masz to wypić i nie przemęczać nogi, jasne? – zastrzegła, podając Jamesowi fiolkę z błękitnym płynem. Skinął głową i odebrał eliksir, by powąchać jego zawartość. – Och, na miłość boską, to nie trucizna. Zaboli, ale przeżyjesz – prychnęła pielęgniarka, na co Potter odpowiedział wzruszeniem ramion i wziął duży łyk eliksiru.

– Myślałem, że to miało… AUĆ! – wydarł się, gdy rozległ się cichy zgrzyt, a jego kostka eksplodowała bólem. Pomfray pokręciła głową z dezaprobatą, widząc pełen wyrzuty grymas na twarzy Jamesa, który zdawał się być zbyt pochłonięty próbą odzyskania władzy nad nogą, by zwrócić na to szczególną uwagę. Zaklął głośno, zaciskając dłonie w pięści, co okazało się zostać przyczyną jego pierwszego szlabany w tym roku.

To było chore.

Bo niby od kiedy pielęgniarka może dawać szlabany?

 

„Wy­padek to dziw­na rzecz. Nig­dy go nie ma, dopóki się nie wydarzy.” 

Alan Alexander Milne

 

Niecałą godzinę później, tłumiąc ziewnięcie, opuścił Pokój Wspólny Gryffindoru i ruszył w stronę siódmego piętra, gdzie razem z Blaked miał rozpocząć patrolowanie korytarzy. Z daleka widział sylwetkę dziewczyny, klnąc w duchu, że znów się spóźnił. Przyśpieszył, by po chwili zrównać się z dziewczyną.

– Wybacz spóźnienie. Idziemy? – spytał, starając się brzmieć tak uprzejmie, jak to tylko możliwe. Blaked skinęła głową i oboje ruszyli wzdłuż korytarza.

Całkowita cisza – z początku bardzo pożądana przez i ją, i jego – po pewnym czasie stała się dziwnie ciążąca i niekomfortowa. Z niewiadomych powodów James czuł się jakoś niezręcznie, jak dwunastolatek na randce z wymarzoną dziewczyną, który nie wie, co może powiedzieć, by nawiązać rozmowę, więc milczy, mając nadzieje, że druga strona zacznie konwersację. Rzecz jasna jego towarzyszce daleko było do ideału.

– Rzadko kiedy jest tu tak cicho – stwierdziła półgłosem Blaked, rozglądając się po szkole. – Sądziłam, że prefekci mają coś do roboty na tych patrolach – dodała z lekkim uśmiechem, który Jamesowi udało się dojrzeć, mimo panującego wokoło półmroku.

– Bo mają, tyle że ja jestem tutaj – odparł cicho, wywołując ciche parsknięcie z ust dziewczyny. Przez jakieś dziesięć minut szli w ciszy, rozglądając się tylko i nasłuchując podejrzanych dźwięków, które mogły świadczyć o obecności niepożądanych osób na korytarzach.

– Wiesz, do której musimy tak łazić? – spytała po pewnym czasie Blaked, rzucając Potterowi ukradkowe spojrzenie. On wzruszył ramionami i odrzekł:

– Pewnie ktoś przyjdzie nas zmienić. W najgorszym wypadku będziemy tu siedzieć do rana. – Uśmiechnął się lekko, w duchu modląc jednak, by uniknąć tego obowiązku.

– Tsa, uch. Oby nie – mruknęła Ślizgonka.

I znów kolejne minuty ciszy.

Niedługo potem James całkowicie stracił rachubę czasu. Przynajmniej wydawało mu się, że niedługo. Równie dobrze mogło to być parę godzin. Zmęczenie zaczynało brać nad nim górę, ziewał co chwila lub przecierał oczy, które wręcz same się zamykały, przez co dwa razy prawie potknął się o własne nogi. Tylko delikatny poblask wydobywający się z końców różdżek jego i Blaked oświetlał opustoszały korytarz.

Kiedy już kompletnie nie wiedział, która może być godzina i nie potrafił już nawet mniej więcej tego określić, udało mu się przypomnieć, że ma na ręce zegarek od Łapy. Zerknął na niego, przybliżając do tarczy koniec różdżki, by po chwili intensywnego mrugania dostrzec na niej ustawienie wskazówek. Dłuższa wskazywała jedenastkę, a krótsza dwójkę. Świetnie. Chodzili bez celu po korytarzach już prawie trzy godziny. Naprawdę ktoś powinien ich zmienić.

– Długo jeszcze? – jęknął, wciąż wpatrując się w zegarek, którego tarcza zafalowała, by zmienić okrąg cyfr i trzy wskazówki w krótki napis:

„Bądź dobrej myśli, ale niestety chyba tak.”

– Nawet nie gadaj – westchnęła Blaked, sądząc zapewne, że pytanie kierowane było do niej. – Która jest? – spytała, zerkając na niego.

– Za dziesięć druga – odpowiedział James, samemu dziwiąc się jak spokojnie przebiegają ich rozmowy.

– Zwariowali – osądziła dziewczyna bezbarwnym tonem.

Zgadzanie się ze Ślizgonką jest takie nie na miejscu.

Nie miał jednak okazji na głębsze przemyślenia na ten temat, gdyż rozległ się dziwnie głośny wśród ciszy panującej na zamku zgrzyt. Wymienił z Blaked zdziwione spojrzenia, czując, jak zmęczenie umyka z niego pod wpływem wypełniającego go powoli niepokoju.

– Słyszałeś? – szepnęła dziewczyna, na co on skinął głową. – Uch,  musimy to sprawdzić, nie? – dodała, patrząc na Pottera kątem oka.

– Przynajmniej w końcu coś się dzieje – odparł. – Sprawdź korytarz na prawo, a ja ten na lewo – zarządził i już chciał ruszyć w tamtą stronę, kiedy rozległo się prychnięcie ze strony dziewczyny.

– Niby czemu ma być jak ty chcesz? – zapytała z nutką przekory w głosie. James zatrzymał się i przymknął powieki.

– Bo ja tak mówię, nie bądź dzieckiem – warknął.

– Ja chcę iść na lewo.

– Ale pójdziesz na prawo.

– Sam sobie idź na prawo, ja idę na lewo.

– Nie, ja idę na lewo.

– Niby czemu ty masz iść na lewo?

– Bo ty pójdziesz na prawo.

Stanęli naprzeciwko siebie, mierząc się wrogimi spojrzeniami. James czuł, jak paląca nienawiść do Ślizgonki wypełnia go od środka. Nie miał siły i ochoty się z nią teraz kłócić.

W takim razie odpuść! – polecił mu rozum. – Bądź mądrzejszy!

Nie ma takiej opcji! – obruszyła się duma. – Ma dać tej zołzie satysfakcję!?

Daj jej iść na to lewo. Przecież to bez różnicy – westchnęło serce.

Idź na lewo – odezwał się niespodziewanie instynkt.

Nie daj się jakiejś durnej Ślizgonce! – wtrącił się temperament.

Musisz zawsze stawiać na swoim? – dodało swoje trzy knuty sumienie.

A on po prostu chciał się położyć.

– Dobra – mruknął. – Idź na prawo, ja mogę iść na lewo – mruknął, mając szczerą nadzieję, że dziewczyna będzie na tyle zmęczona, że nie wyczuje tego podstępu.

Jak wiadomo nadzieja matką głupich.

– Za kogo ty mnie masz? Za Gryfonkę? – prychnęła. – Ja idę na lewo, ty idź na prawo.

– Wiesz co? – mruknął James, sekundę wcześniej doznając oświecenia. – To nie ma sensu – stwierdził. Stali naprzeciwko siebie. Ona tyłem do rozwidlenia korytarzy, a on przodem. Jego lewo to jej prawo, a jej prawo to jego lewo. Blaked zdawała się dojść do tego ułamek sekundy po nim.

– Chyba masz rację – mruknęła, widocznie niezadowolona swoim brakiem spostrzegawczości. – Idź w lewo, a ja…

– Ta, pośpieszmy się – przerwał James, także lekko zawstydzony głupotą tej sprzeczki. Wyminął Ślizgonkę i ruszył w lewy korytarz, zrzucając w myślach winę za to rozkojarzenie na brak snu.

Kiedy już odgłosy kroków Blaked ucichły poczuł się dziwnie niekomfortowo. Ewidentnie ktoś tam był, nie mógł dokładnie określić skąd to wiedział, ale wiedział. Coś kazało mu kierować się w stronę drzwi do jednej z nieużywanych klas. To było jak zabawa w ciepło-zimno. Im bliżej celu był, tym bardziej wyczuwał, że ktoś tam jest. Serce biło mu jak oszalałe, knykcie pobladły od kurczowego ściskania różdżki. Drżenie ciała nie wiele miało już wspólnego z zimnem jakie odczuwał jeszcze niecałe trzy minuty temu. Stanął przed drzwiami lecz zawahał się. Po chwili jednak zganił się za własną głupotę – przecież nie mogło tam czaić się coś, z czym nie dałby sobie rady.

Prawda?

Nie miał zamiaru się wycofać. Zdecydowanym ruchem złapał za klamkę, nacisnął ją i popchnął drzwi. Wszedł do klasy, oświetlając jej wnętrze różdżką, z którego końca padała delikatna poświata, oświetlając osobę, której Potter zdecydowanie nie spodziewał się tam zobaczyć.

 

Mniej szkodzi im­pet jaw­ny niźli złość ukryta.”

Ignacy Krasicki

 

– Evans!

Nie miała pojęcia czy odetchnąć z ulgą, czy wręcz przeciwnie. Z jednej strony – lepszy Potter niż Filch, ale z drugiej… Uch, z dwojga złego woźny był już chyba mniej przerażający. Nawet z tym swoim gadaniem o łańcuchach i wieszaniu uczniów pod sufitem.

Na Merlina, co ją napadło, żeby wychodzić z dormitorium o drugiej w nocy? Ann wymyśliła sobie wycieczkę do kuchni, a Lily po prostu nie chciała puścić jej samej, bo w końcu działo się ostatnio tyle złych rzeczy. Tyle że Johnson schowała się w tyle, więc Ruda została sama na pastwę Pottera.

– Co ty tu, do cholery, robisz? – warknął szatyn, podchodząc do niej i łapiąc lekko za ramię, by pociągnąć ją w stronę drzwi. – Zresztą nieważne, uch. Masz szczęście, że to ja, a nie Blaked – stwierdził, ciągnąc Lily za ramię w stronę korytarza, prowadzącego do Pokoju Wspólnego Gryffindoru.

– Ann tam została, chciała iść do kuchni, a ja bałam się ją puścić samą… – zaczęła pośpiesznie wyjaśniać, nie chcąc po raz kolejny wyjść przed Jamesem na idiotkę.

– Evans…

– Nie wyszłabym sama tak o, nie znoszę łamać zasad, ale nie wybaczyłabym sobie gdyby coś jej się stało.

– Lily…

– Przecież wiesz, że nawet w szkole nie jest już bezpiecznie – kontynuowała, jakby nie słysząc rozbawionego głosu chłopaka, który przyglądał się jej uważnie.

– Evans…

– Ale faktycznie, dobrze, że to akurat ty… – Tym razem nie dane jej było dokończyć, gdyż ręka chłopaka owinęła się wokół jej ust, a on sam przyciągnął ją do siebie w mocnym uścisku.

– Bądź ciszej, księżniczko – szepnął tuż do jej ucha. – Zamek już śpi, ty też powinnaś – dodał, odsuwając delikatnie rękę.

Znów byli zbyt blisko. Zbyt blisko, by nie czuć swoich gorących oddechów. Zbyt blisko, by nie móc poczuć bicia ich serc. Zbyt blisko, by ich ciała nie drżały od swojego dotyku. Zbyt blisko, by usta oparły się pokusie połączenia w namiętnym pocałunku.

To działo się zbyt szybko, by Lily mogła to zanalizować lub chociaż przemyśleć. Jedynym, co w tamtej chwili do niej docierało, były silne ramiona Jamesa przyciskające ją do chłodnej ściany, jego miękkie usta połączone z jej i zwinny język napierający na jej wargi, które uchyliła niemal nieświadomie, dając chłopakowi dostęp do wnętrza jej ust. Potter przesunął językiem po jej podniebieniu, sprawiając, że poczuła coś tak intensywnego, że ponownie przeszedł ją dreszcz. Następnie przesunął po jej zębach, znów podniebieniu, a potem wargach. Sądziła, że chce się już wycofać, lecz on jedynie trącił jej dotąd nieruchomy język. To był lekki, zaczepny ruch, prowokujący ją do wdania się w dziką walkę o dominację pocałunku, którą oczywiście wygrał Potter. Nie dziwiła się. Zdecydowanie miał w takich sprawach więcej od niej doświadczenia. Jednak ta porażka nie sprawiła, że Lily znów stała się pasywna, a wręcz przeciwnie. Przejechała językiem po wargach chłopaka, ledwo panując nad drżeniem nóg, które zdawały się być wtedy z galarety. Zakręciło jej się w głowie, a czekolada stała się pierwszą myślą, jaka przyszła jej do głowy po tym ruchu.

Usta Jamesa Pottera smakowały, jak najlepsza na świecie czekolada.

Ręce oplotła wokół jego szyi, podczas gdy on jedną ręką opierał się o ścianę, by nie przygnieść dziewczyny całkowicie, a drugą gładził jej plecy, co jakiś czas zjeżdżając dłonią niżej. Lily ze zdziwieniem, ale także zadowoleniem odkryła, że wcale jej to nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

James przeszedł z pocałunkami na szyję dziewczyny, zostawiając na niej ślad w postaci malinki, której zrobienie wyrwało z ust Evans cichy jęk rozkoszy. Wplotła palce jednej ręki w jego włosy, by drugą zabłądzić pod ciemną koszulką chłopaka. Wyczuwała dokładnie zarys jego mięśni oraz wszystkich dużych, a także i tych mniejszych ran.

Było jej tak cudownie.

– Co w tobie takiego jest? – usłyszała cichy pomruk Pottera, który na sekundę oderwał się od jej skóry. – Coś mnie do ciebie ciągnie, jak magnez – wyszeptał i powrócił do pieszczot jej szyi.

– James… – szepnęła. To w zasadzie było jedynym, co do niej teraz docierało. Obecność Jamesa, zapach Jamesa, dotyk Jamesa. – James…

Nagle wszystko się skończyło. Ze zdziwieniem zorientowała się, że Potter już nie znajduje się blisko niej, a jedynym, co pomaga się jej utrzymać jest stojąca za nią ściana. Otworzyła nieświadomie zamknięte oczy, by zobaczyć, że James opiera się o przeciwległą ścianę, zaciskając powieki z grymasem bólu na twarzy. Swoje lewe ramię kurczowo przyciskał to klatki piersiowej.

– James? – powtórzyła, czując jak cudowne uczucie odprężenia i rozkoszy umyka z niej, by ustąpić miejsca trosce i przerażeniu. – Co się stało.

– Wracaj do pokoju – odparł tylko chłopak, nawet na nią nie patrząc. Magia chwili prysnęła niczym bańka mydlana, ale to nie było ważne.

– Ale…

– Wracaj – przerwał jej ze złością. – Teraz, kurwa – zaklął, wciąż ściskając swoją rękę. – Na nic się tu nie przydasz. Po prostu wracaj.

– Chcę wiedzieć, co się dzieje – powiedziała Lily zaskakująco ostrym i mocnym tonem. – Pokaż rękę – zarządziła, jednak Potter pokręcił głową.

– Jest okay – stwierdził cicho. – Po prostu już idź, proszę.

Czasami to, że nie dawał sobie pomóc było po prostu złe.

 

„[...] a po­całunek, który po­tem nastąpił, był niczym włas­ne ma­giczne króles­two, miał włas­ny szczególny język oraz geog­ra­fię, fan­tastyczne mi­ty i cu­da od wieków.”

Nicholas Sparks

 

Jego lewe ramię pulsowało bólem do tego stopnia, że poczuł mdłości. Zrobiło mu się ciemno przed oczami, całe, wypełniające go jeszcze parę sekund wcześniej, szczęście wyparowało z niego, pozostawiając po sobie coś zdecydowanie mniej dobrego.

To było zadowolenie. Był z czegoś bardzo zadowolony. Miało dziwną ochotę wybuchnąć całkowicie nieszczerym śmiechem, który miał tylko oznaczać, że coś idzie po jego myśli, lecz nie czuje się przez to szczęśliwy. Palący ból został zrzucony na dalszy plan, jakby jego odczuwanie nie było nawet do połowy tak ważne jak to, co właśnie się działo.

Sęk w tym, że nie działo się nic, co mogłoby doprowadzić go do takiego stanu!

Pocałunek z Evans? To było zdecydowanie coś innego. Wtedy czuł się, jakby unosił się nad ziemią, siedząc na chmurce wśród rudowłosych aniołów. Teraz miał wrażenie, że upadł, wpadając wprost w piekielny ogień, którego płomienie dawały mu swego rodzaju rozkosz, wywołującą to zadowolenie.

– Potter!

Wszystko się skończyło, tak nagle jak zaczęło. Spojrzał na Blaked, unosząc różdżkę, by oświetlić jej bladą niczym świeżo kupiony pergamin.

– Co jest? – spytał, siląc się na neutralny ton, co niezbyt się udało przez jego zachrypnięty i lekko drżący głos. Odchrząknął i przygryzł wargę, niemal nieświadomy tego gestu.

– Chodź szybko – mruknęła, łapiąc go za ramię i z zaskakującą siłą, ciągnąc go w prawy korytarz. Szli przez chwilę w ciszy, by po jakimś czasie rozległ się głośny plusk. James natychmiast skierował koniec różdżki w ziemię, by zobaczyć, płynącą po posadzce wodę, zmieszaną z czerwoną cieczą. Poczuł dziwny skurcz w żołądku, gdy jego nozdrza zostały zaatakowane przez ten znajomy, metaliczny zapach. Przyśpieszył, idąc do miejsca, które było źródłem wypływu dwóch płynów.

Widok, jaki tam zastali był co najmniej przerażający. Ciało… krwawiące obficie ciało chłopca. Musiał mieć około trzynaście lat. Leżał pod ścianą, po której również ciekły krople krwi, jednak nie to teraz pochłaniało jego uwagę.

Klęknął przy chłopaku, natychmiast badając jego puls. Gdy już udało mu się go wyczuć spojrzał na Blaked, która już pochylała się nad ciałem, mrucząc zaklęcie, które tamowało krwawienie.

– Idę po pomoc – oznajmił i nie czekając na odpowiedź oddalił się, biegnąc w stronę pokoju nauczycielskiego, który znajdował najbliżej tego korytarza, jednak kiedy był już przy zakręcie, coś kazało mu się zatrzymać.

Odwrócił się, jeszcze raz patrząc na Blaked i poranionego chłopaka, by po chwili przenieść wzrok trochę wyżej.

Przez chwilę był pewien, że zaraz upadnie.

Jego oczom ukazały się wypisane krwią słowa:

„ŚMIERĆ SZLAMOM”.

 

„Nie ma piękna, jeśli w nim leży krzyw­da człowieka. Nie ma praw­dy, która tę krzywdę po­mija. Nie ma dob­ra, które na nią pozwala.”

Tadeusz Borowski

 

Była już czwarta nad ranem, gdy James razem z Blaked zostali wezwani do dyrektora. Oczywiście nie mogło to dłużej czekać, czego chyba nie trzeba uzasadniać. Nie mogło się to też odbyć wcześniej, gdyż dyrektor musiał zadbać o stan tego chłopca – Alexandra Lesly’ego. Ucznia trzeciego roku, Krukona, mugolaka. James czuł, że jest bliski stracenia przytomności. Zmęczenie robiło swoje, do tego uporczywe pieczenie lewego ramienia, szok i przerażenie po zobaczeniu zakrwawionego ciała chłopca oraz wszystkie wspomnienia, jakie ten widok przywołał.

Na raz cała jego odporność psychiczna legła w gruzach.

Nie obchodziło go nawet, że jest w tak opłakanym stanie przy Blaked. Obserwował ją kątem oka, gdy czekali, aż McGonagall i Filwick opuszczą gabinet, by oni mogli wejść i spokojnie porozmawiać z Dumbledorem. Nie wyglądała na bardzo spokojną, w ogóle nie wyglądała spokojnie. Była blada do tego stopnia, że Potter czuł się zobowiązany pilnować czy nie zasłabnie. Jej dolna warga drgała, zupełnie jakby była bliska rozpłakania się.

Co, oczywiście, możliwe nie było.

To było tak strasznie złe, James tak bardzo bał się tego, co mogło się zdarzyć. Przecież to było dziecko! Ten chłopak miał trzynaście lat, to nie było sprawiedliwe. Potter czuł się źle z myślą, że to stało się, podczas gdy on znajdował się w pobliżu. Powinien słyszeć krzyki, formułki zaklęć. Powinien zareagować, pomóc temu chłopakowi póki był czas. A nie zrobił nic.

– Potter, Blaked. Możecie wejść – rozległ się głos McGonagall, wytrącający chłopaka z zamyślenia. Skinął głową i wstał, zderzając się z Blaked, która podobnie jak wydawała się być zamyślona i wstrząśnięta. Mruknęli coś na wzór przeprosin i szybkim krokiem skierowali się do gabinetu dyrektora.

Dumbledore siedział za swoim biurkiem, na którym opierał ręce. Gdy ich zobaczył wskazał im krzesła, które od razu zajęli. W oczach dyrektora nie było charakterystycznych dla nich iskierek.

– Nie chcę was tu trzymać zbyt długo, więc nie przedłużajmy – westchnął starzec, patrząc na uczniów z uwagą. – Czy widzieliście kogokolwiek w pobliżu tego miejsca? – spytał poważnie. Blaked pokręciła głową, co razem z nią zrobił też James. W końcu Lily była poza podejrzeniami, co nie podlegało dyskusjom. – Słyszeliście coś? Macie jakieś podejrzenia, kto mógłby to być? Cokolwiek zwróciło waszą uwagę? – kontynuował, a James przygryzł wargę, tym razem nie zaprzeczając, jak zrobiła to Blaked. Dyrektor przyglądał mu się uważnie, jakby dokładnie wiedział, co działo się w głowie chłopaka. – James?

Przełknął głośno ślinę.

Nie chciał mówić o tym przy Blaked, ale wiedział, że dyrektor powinien wiedzieć. A jak delikatnie zasugerować, że nie chce opowiedzieć o czymś przez wzgląd na wredność i wrodzone chamstwo tej dziewczyny?

– Chwilę przed tym jak go znaleźliśmy… strasznie rozbolało mnie ramię – powiedział w końcu, próbując zignorować pełne zainteresowania spojrzenie Blaked wbite w jego twarz.

– Panno Blaked – zaczął miękko dyrektor – proszę zaczekać na pana Pottera przed drzwiami, dobrze? To nie powinno zająć nam dużo czasu – oznajmił. James spojrzał na Ślizgonkę, na której twarzy pojawił się grymas rozczarowania i niezaspokojonej ciekawości. Posłusznie jednak wstała i opuściła gabinet, mrucząc ciche „do widzenia”. – Kontynuuj, James – polecił Dumbledore, gdy został już sam na sam z Gryfonem.

– Jak się rozdzieliliśmy… To było chwilę przed tym, jak po mnie przybiegła. Rozbolała mnie blizna na ramieniu. Bardzo. Potem poczułem się dziwnie, jakby coś mnie cieszyło, ale… uch, nie mam pojęcia, co to było. Sam nie wiem, co dokładnie się stało – powiedział na jednym wdechu, wbijając wzrok w swoje kolana. Dyrektor przez chwilę milczał, co sprawiło, że James poczuł się dziwnie zestresowany.

– To ta sama rana, którą pokazywałeś wczoraj, prawda? – spytał w końcu. Potter uniósł niepewnie wzrok i skinął głową. Dumbledore westchnął i podniósł się z miejsca. – Czujesz się ostatnio inaczej? Łatwiej się denerwujesz? Zdarza ci się tracić kontrolę nad sobą? – spytał, przechadzając się po swoim gabinecie. Chłopak zawahał się przed odpowiedzią, myśląc czy nie zdradził ostatnio zbyt dużo informacji o sobie dyrektorowi, jednak odparł:

– Tak. – Przygryzł wargę, obiecując sobie, że od rana wszystko wróci do porządku dziennego.

Naprawdę nie chciał, żeby okazało się, że powiedział zbyt dużo.

– Lepiej wróć już do swojego dormitorium, James – rzekł dyrektor, odwracając się tyłem do chłopaka. – Pewnie jesteś zmęczony.

Nie miał najmniejszego zamiaru dyskutować.

Natychmiast podniósł się z miejsca, rzucając jakieś marne pożegnanie i opuścił gabinet, sądząc, że teraz będzie już tylko odpoczynek i sen. Oczywiście zapomniał o czekającej na niego Blaked.

– Co jest z twoim ramieniem? – spytała natychmiast, po zamknięciu przez Pottera drzwi. Westchnął cicho i wywrócił oczami, przyśpieszając nieznacznie.

– Nic – mruknął. Całe wrażenie, że dziewczyna przeżyła znalezienie zakrwawionego Krukona na korytarzu równie bardzo co on, uleciało z niego niczym powietrze z przekłutego balona.

– Daj spokój – drążyła, doganiając go. – Informacja za informację, co? Ty mi powiesz, a ja zdradzę tobie jakąś Ślizgońską tajemnicę, hm? – zaproponowała.

– Nie – odparł James twardo, choć to było nieznacznie kuszące.

Bardzo nieznacznie.

Przez chwilę szli w ciszy, co bardzo odpowiadało Potterowi i mógł się czuć niemal dobrze, gdyby nie fakt, że czujne spojrzenie ciemnych oczu Blaked niemal przebijało go na wylot. Odetchnął z ulgą, gdy znaleźli się w miejscu, gdzie powinni się rozdzielić czyli przy schodach, prowadzących do lochów. Już chciał je wyminąć, kiedy poczuł, że Ślizgonka wsuwa mu w dłoń jakąś kartkę. Zatrzymał się skołowany i spojrzał na nią, mrugając ze zdziwieniem.

– Organizujemy w sobotę małą imprezę w Slytherinie – oznajmiła słodkim głosem, patrząc na niego uśmiechając się delikatnie, bardzo ładnie jednak całkowicie nieszczerze. – Może wpadniesz, co? – rzuciła i oddaliła się do lochów, nie czekając na odpowiedź.

James stał w tym samym miejscu jeszcze przez dobrą minutę, wpatrując się w podaną mu kartkę. To było oficjalne zaproszenie do Pokoju Wspólnego Slytherinu z dopisanym w rogu hasłem. Po chwili włożył je do kieszeni i niemal biegiem rzucił się do Wieży Gryffindoru. Miał dość tego dnia.

Naprawdę chciał już położyć się spać.

 

„(…) czasami lepiej jest kogoś, komu nie ufasz, mieć pod ręką, żeby go nie spuszczać z oka”

Rick Riordan


W następnym rozdziale:

– Ważna rozmowa

– Konfrontacja rodzinna

– Obrona Przed Czarną Magią

– Huncwoci wracają do akcji.

Pisanie romantycznych momentów całkowicie mi nie wychodzi, a to źle, bo teraz może się ich narobić dużo. W każdym bądź razie oczekuje dużo komentarzy za wykrzesanie z siebie sceny romantycznej. Nieważne jak słaba by ona nie była. 

Rozdział 16 Prefekci Naczelni

W drzwiach przedziału stanęła średniego wzrostu dziewczyna o ładnej, ale nie typowo szczupłej sylwetce i mocno opalonej skórze. Miała długie do pasa włosy w kolorze gorzkiej czekolady, układające się w lekkie loki i opadające niesfornie na jej twarz, przysłaniając ciemne, niemal czarne oczy. Granatowe, obcisłe spodnie podkreślały długie i smukłe nogi dziewczyny, a lekki dekolt w czarnej koszulce proporcjonalny biust. Nie była to osoba z tym typem urody, który sprawiał, że faceci mieli miliard sprośnych myśli na sam jej widok, ale zdecydowanie miała w sobie coś, co sprawiało, że nie sposób było przejść obok niej obojętnie. Coś, co zarazem było piękne i oszałamiające, ale i mroczne, przyprawiające o dreszcze.

 – Ty skończony idioto! – warknęła, zanim którykolwiek z Huncwotów zdołał zareagować na jej obecność. – Nie wiem za kogo się uważasz, ale jeśli sądzisz, że ja będę robić za ciebie na pieprzonych spotkaniach, pieprzonych prefektów, to się myślisz, więc z łaski swojej rusz swe pieprzone szlacheckie cztery litery i zaiwaniaj wykonywać swoje pieprzone obowiązki! – zakończyła w końcu swój monolog i spojrzała na Pottera, ewidentnie oczekując jego reakcji.

         James przypatrywał się jej przez chwilę uważnie, myśląc co powinien na to odpowiedzieć.

 – Zdecydowanie nadużywasz słowa „pieprzone” – stwierdził w końcu, uśmiechając się bezczelnie.

 – Twój mózg zdecydowanie nadużywa niedziałania – zripostowała brunetka. – A teraz chodź patrolować ten głupi pociąg. Nie mam zamiaru robić tego sama – dodała, po czym opuściła przedział, zostawiając Jamesa na pastwę zszokowanych Huncwotów.

Odchrząknął.

 – Panowie wybaczą – mruknął i podążył za Prefekt Naczelną.

         Angela Blaked zwana również Lodową Królową w Slytherinie. Dziewczyna o zimnym spojrzeniu i równie lodowatej osobowości. James zaśmiał się w duchu na myśl, że to właśnie ona została prefekt naczelną. Osoba bezduszna, okrutna, chłodna, obojętna na wszystko…

Czyli zapewne się dogadacie – rzuciło złośliwie sumienie.

Postanowił to zignorować i iść na Ślizgonką.

 ­– Musimy razem patrolować pociąg? – spytał znudzonym tonem.

 – Wiedziałbyś, że tak, gdyby twoje gryfońskie ego zmieściło się w przedziale dla prefektów i przyszedł na to pieprzone spotkanie – padła złośliwa odpowiedź z ust zirytowanej dziewczyny. Potter wywrócił oczami, także nie powstrzymując się przed komentarzem:

 – Ego nie jest czymś materialnym, więc zmieszczenie go w przedziale byłoby rzeczą całkowicie łatwą. Oczywiście fałdek tłuszczu to nie obejmuje. Powiedz… jakim cudem weszłaś do pociągu? – spytał, uśmiechając się nazbyt słodko. To nie tak, żeby dziewczyna była otyła, ale nie należała do typu super zgrabnych dziewczyn. Chociaż James osobiście wolał, jak dziewczyna miała kształty.

Na reakcję nie czekał długo. Blaked zatrzymała  się i odwróciła napięcie, uderzając Jamesa swoimi długimi włosami po twarzy. Zamrugał intensywnie, a gdy już otworzył oczy napotkał pełen chłodu wzrok dziewczyny.

 – Czy ty – zaczęła zabójczym tonem – sugerujesz, że jestem gruba? – warknęła, mierząc go spojrzeniem tak przerażającym, że gdyby nie gryfońska krew i duma natychmiast by się wycofał.

 – Tylko uprzejmie pytam – odparł, patrząc jej w oczy. Mimo wszystko przeszedł go dreszcz. Zdecydowanie miała w sobie coś złego i mrocznego.

 – Zaraz uprzejmie wybiję ci zęby.

 – Nie szkoda ci rączki?

 ­– Na dobroczynność nigdy. A kto wie, ile osób uratuję przed oglądaniem twojej buźki w naturalnym wydaniu. Można oślepnąć – dogryzła Ślizgonka, na co James przez dosłownie sekundę zawahał się przed kontynuowaniem tej rozmowy. Ona serio była niezła.

 – Spytaj się jakiejś swojej koleżaneczki o moją buźkę w naturalnym wydaniu i niech ci powie, czy możesz ją uszkodzić – odparł z szarmanckim uśmiechem, na co Blaked wywróciła oczami.

Ha.

Potter 1.

Blaked 0.

„Słowa, zim­ne i wy­ważone, niena­tural­nie spo­koj­ne, ale prze­cież tak tętniące emocją.” 

Andrzej Sapkowski

 – Nie rozumiem, po jakie licho patrolujemy pociąg, skoro największe źródło kłopotów jest tutaj – wyznał James, gdy akurat zaglądali do przedziału, zajmowanego przez paru Puchonów z trzeciego roku.

 – Nie masz tego rozumieć, masz to zaakceptować, kotku – odparła Blaked, zamykając szybko drzwi, jakby nie chcąc zbyt długo przebywać w jednym miejscu z młodszymi uczniami. – Czy twój gryfoński móżdżek jest gotów to zbuforować? – dodała złośliwie, uśmiechając się zdecydowanie zbyt słodko.

 – Mógłby spróbować, gdyby nie był zaczadzony ślizgońskim smrodem – odparł z niemniej uroczym uśmieszkiem.

 – Każdemu przyda się czasem odrobina świeżego powietrza. – Dziewczyna zerknęła do kolejnego przedziału, w którym siedziało kilka wytapetowanych dziewczyn. James specjalnie trzymał się z tyłu.

 – Sugerujesz, że jednak macie w lochach okna? – spytał, czując już lekkie zmęczenie. Dziesięć minut rozmowy z tą dziewczyną w jakiś sposób wyczerpało go psychicznie, jednak widząc coraz mniejszą satysfakcję w oczach Blaked po każdej jej ripoście domyślił się, że nie tylko on miał już dość.

 – Sugerujesz, że Gryfoni potrafią odróżnić sugestię od zwyczajnej wypowiedzi? – mruknęła, a James stłumił ziewnięcie.

 – Sugerujesz, że Ślizgonów interesuje coś, co nie jest czubkiem ich własnego nosa? – spytał. Blaked już otwierała usta, żeby odpowiedzieć, kiedy Potter uniósł rękę, dając jej znać, by była cicho. Weszli właśnie do ślizgońskiej części pociągu, co nigdy się dobrze dla niego nie kończyło.

 – Co jest? Czyżby mały Potterek bał się złych Ślizgonów? – zakpiła Blaked z lekkim uśmiechem.

 – Czuję się niekomfortowo w miejscu, gdzie jest pełno ludzi twojego pokroju – odparł, zerkając przy tym do jednego z przedziałów. Póki co byli to tylko drugoroczniacy – w końcu Ślizgoni mieli swój ustawiony system. Im dalej od pozostałej części pociągu siedzisz, tym wyższą pozycję zajmujesz w Slytherinie. Podobnie było w Wielkiej Sali. Na końcu stołu siedzieli pierwszoroczniacy i wszystkie wyrzutki, a im ważniejsza była osoba tym bliżej stołu nauczycielskiego się znajdowała. Blaked oczywiście siedziała na najlepszych miejscach razem ze swoją bandą.

 – Faktycznie, w towarzystwie lepszych można się speszyć. – Ślizgonka zdawała się atakować z zupełnie nową energią.

 – Och… peszę cię? – spytał James, tłumiąc ziewnięcie. Blaked przez chwilę wyglądała na zbitą z tropu, jednak mogła to być chwilowa halucynacja, spowodowana coraz większym wyczerpaniem psychicznym Pottera.

 – Nie. Wręcz przeciwnie, czuję się przy tobie naprawdę świetnie.

Łgała. Był tego pewien.

 – Tja, miłą odmianą jest pozbyć się na chwilę żmij, które tylko czekają na twój błąd, prawda? – mruknął, nie mogąc się już zmusić nawet do uśmiechu.

 – Tak, twoi przyjaciele zapewne świetnie się teraz bawią.

Auć.

         To było mocne. Bezlitośnie raniące w miejsce, które zdecydowanie było jego słabym punktem. Zdarzało mu się wydawać, że w jakiś sposób odstaje od grupy, którą tworzyli pochopni, zgrani i w gruncie rzeczy prości  Gryfoni. To bywało frustrujące, ale unikał myślenia, że to działa we dwie strony i może przeszkadzać swoją przebiegłą naturą uczniom z jego domu.

 – Co Ślizgoni mogą wiedzieć o przyjaźni – odwarknął. Wysuwali ciężkie działa? To on też pójdzie na całość.

 ­– Więcej niż Gryfoni mogą wiedzieć o czymkolwiek istotnym – odparła  Blaked i weszła do przedziału na samym końcu pociągu. – Cześć, ludzie – rzuciła, dając Potterowi znak ręką, by wszedł za nią do środka.

         Przedział zajmowały trzy osoby, co było trochę dziwne, gdyż we wcześniejszych ściskało się nawet po ośmioro uczniów. Przy oknie siedziała dziewczyna z ciemnymi oczami i burzą ciemnych loków na głowie. James przeglądał się jej znacznie dłużej niż planował, gdyż jeszcze nigdy w życiu nie widział tak bardzo zakręconych włosów. Dziewczyna zdecydowanie miała w sobie afrykańską krew, o czym świadczyła też ciemna karnacja. Jej nogi spoczywały na kolanach ciemnoskórego chłopaka, któremu ciemne, sięgające ramion, włosy opadały na czoło i przesłaniały brązowe oczy. Uwagę Jamesa przyciągnęła jednak koszulka z logiem zespołu Queen. Może z powodu faktu, że Ślizgon, który powinien mieć manie na punkcie czystości krwi, lubi mugolski zespół, a może dlatego, że Potter sam był fanem ich muzyki. Naprzeciwko tamtej dwójki siedział chłopak o krótko ostrzyżonych, wyjątkowo jasnych włosach, które były ułożone – przynajmniej według Jamesa – pedantyzmem. Jego szare oczy miały w sobie coś dziwnego, co trudno było określić w kategorii dobre-złe. Ubrany był dziwnie elegancko, jakby wybierał się na wytworne przyjęcie ministra magii.

Niemal zakręciło mu się w głowie od myśli, że on – James Potter, Gryfon, wróg Ślizgonów numer dwa (Syriusz jednak bardziej zasługiwał na zaszczytne pierwsze miejsce) – właśnie przebywał w przedziale największej ślizgońskiej frakcji.

 – Czyli za bycie prefektem dostaje się swojego własnego Pottera – padło stwierdzenie z ust blondynki, w której James rozpoznał Christine Prospect. – Kto go obstawiał? – dodała, jednak żaden z jej towarzyszy nie odezwał się.

 – Obstawiał? – wtrącił Rogacz, ignorując fakt, że wtrącanie się w rozmowy „Władców Slytherinu” jest odrobinę samobójczym pomysłem. Zgodnie z jego podejrzeniami został obdarzony trzema beznamiętnymi spojrzeniami, które miały go upewnić w przekonaniu, że powinien milczeć. Mimo wszystko nie czuł się przekonany.

 – Zakłady, Potter – mruknęła Prospect, nie uwalniając go spod swojego bystrego spojrzenia. – Oczywiście to nie jest coś, co mógłbyś jako lew zrozumieć – dodała złośliwie. James wzruszył ramionami.

 – Raczej wątpię bym kiedykolwiek upadł na tyle nisko, by rozumieć ślizgońskie interesy – rzucił obojętnie. Dziewczyna zdawała się być zdezorientowana.

 – No już, spokojnie, dzieciaczki – wtrąciła Blaked. – Potter, może na chwilę usiądziesz? – zaproponowała z cwanym uśmieszkiem, który zdecydowanie był podejrzany. Mimo złych przeczuć skinął głową na co trójka Ślizgonów wymieniła czujne spojrzenia. Blaked zrzuciła z siedzeń nogi jasnowłosego chłopaka i zajęła zwolnione miejsce, wskazując Jamesowi, by usiadł pomiędzy nimi. Z pewnym wahaniem zrobił to.

         Zapadła pełna napięcia cisza, podczas której mierzony był spojrzeniami tak intensywnymi, że cudem powstrzymywał zaczerwienie policzków. Ślizgoni co jakiś czas wymieniali spojrzenia, których on nie potrafił rozszyfrować, choć nawet nie próbował. Wpatrywanie się w swoje kolana wydawało się być znacznie bardziej kuszącym pomysłem.

Wejście tu było złym pomysłem – stwierdził rozum.

Trzeba się ewakuować – dodał instynkt.

Co fakt to fakt.

James już otworzył usta, by wymyślić jakąkolwiek wymówkę do wyjścia, kiedy Blaked weszła mu w słowo, wciąż uśmiechając się niebezpiecznie.

 – Ups, gdzie moje maniery?

Gdzie twoje serce, oziębła suko?

 – Nie przedstawiłam was. Potter, to Christina Prospect – rzekła, wskazując blondynkę, która uśmiechnęła się sztucznie. – Drake Tenebris. – Teraz pokazała ciemnoskórego chłopaka. – A to Malcolm Ratter. Wam chyba nie trzeba przedstawiać Jamesa Pottera – bardziej stwierdziła niż spytała. Każdy mruknął jakieś marne przywitanie i powróciła niezręczna cisza.

         Nagle do Jamesa dotarło, w co dał się wrobić. Zabrała go tu specjalnie, zaproponowała, by usiadł z nimi, wiedząc, że ciekawość nie pozwoli mu odmówić. Czy to było słabe zagranie z jej strony? Zdecydowanie nie, choć mogłoby się wydawać, że to nie jest aż tak raniący dla dumy cios. Jednak Potter miał inne zdanie na ten temat.

Primo – sam fakt, że dał się zwieść dziewczynie dawał jej przewagę.

Secundo – zaprowadziła go w miejsce, w którym zdecydowanie jest niżej niż ona.

Terzo – upokorzenie przed Ślizgonami to najgorsze upokorzenie z możliwych.

Udało mu się opuścić przedział bez zbędnych rozmów, jednak triumfalny uśmiech Blaked majaczył mu w pamięci nawet, gdy był przed przedziałem Huncwotów.

Manipulacyjna jędza, pomyślał, kiedy po krótkiej rozmowie z przyjaciółmi rozłożył się obok okna i oparł głowę o chłodne szkło.

Trafił swój na swego – skomentowało jego sumienie, no co uśmiechnął się lekko, czując, że ból głowy ustępuje miejsca zmęczeniu, które rozrastało się na całe jego ciało.

Jeden do jednego.

„Nasza zem­sta ni­kogo nie upo­karza tak, jak nas samych. ”

Henryk Mann

Otwiera oczy, lecz różnica jest ledwo widoczna. Wokół niego dalej panuje ciemność, jedynie  powietrze przesiąknięte staje się zapachem krwi. Jego ciało znów drży, a on jest pewien, że chwila, kiedy nowe pokłady bólu przestały napływać ze strony Voldemorta trwała godzinę. Jego oczy przyzwyczajają się do ciemności, by móc zobaczyć twarz Czarnego Pana, wykrzywioną w triumfalnym grymasie. Miał nadzieję na chwilę odpoczynku od walki, ale to znów się zaczęło – tym razem inaczej.

         To jest inny ból, mniej obezwładniający. Przypominający ten, który odczuwa się podczas walki, kiedy adrenalina wypełnia twój umysł. Chwilę zajęło mu zorientowanie się, że ta potyczka została wywołana z jego strony. Jego magia z impetem uderza w Voldemorta, czego nikt nie może zobaczyć, ale oni dwaj są w stanie poczuć. Żelazne opaski na jego nadgarstkach rozpadają się na części, dając jego magii całkowitą swobodę. On nad tym nie panuje, cały bój toczy się wbrew jego woli, jakby atak był tylko instynktowną obroną. Przez mgłę widzi, jak Voldemort się cofa zdezorientowany.

I znów ciemność, a potem oczy. Szare oczy.

 – Może powinniśmy go obudzić?

 – Niech śpi, jest jeszcze czas.

 – Ale chyba ma koszmary… patrz jak zbladł…

 – Zamknijcie się idioci, bo go obudzicie…

Ciemność ustąpiła miejsca nachalnie wbijającemu się w jego oczy światłu, gdy uchylił lekko powieki i przetarł twarz dłonią. Głosy natychmiast ucichły, a on stłumił ziewnięcie, rozglądając się po przedziale.

Duszno. Zdecydowanie zbyt duszno – pomyślał. – Dlaczego pozostali tego nie czują?

Jego wzrok padał na każdą osobę po kolei. Zastanawiał się, skąd u licha wzięło się tu tyle osób… Czy oni byli świadomi, że te przedziały są sześcioosobowe? Huncwoci, Lily, Ann, Francesca, Meadowes… Cholera, nic dziwnego, że nie ma czym oddychać.

 – O, obudziła się śpiąca królewna – zaśmiał się Mike, na co James wysłał mu nieprzychylne spojrzenie.

 – Nie, dalej śpię, idioto – rzucił, siadając prosto i tłumiąc ziewnięcie. – Więcej was matka nie miała? – dodał, marszcząc ze zirytowaniem brwi. Od duchoty zakręciło mu się w głowie.

 – Jak zwykle wstałeś z dobrym humorkiem, co? – parsknęła Dorcas, uśmiechając się lekko.

To nie był dobry ruch.

Okay, nie to, żeby specjalnie przejął się tym zdaniem, które nawet nie było do końca kpiną. Po prostu czasem, kiedy słyszał coś z ust tej dziewczyny, jego temperament dostawał świra i chciał nakłonić ciało Pottera do powyrywania jej z głowy tych farbowanych kłaków. Zapewne, gdyby powiedział to na przykład Syriusz po prostu by się zaśmiał i odpowiedział żartem na zaczepkę, ale ta idiotka naprawdę go wkurzała samym oddychaniem.

To wredne – stwierdziło jego sumienie.

Miała mnie za geja, to było wredne.

 ­– Zechciej zabrać stąd swoją twarz, to mój dobry humor zechce wrócić – warknął z satysfakcją obserwując rumieniec i wstyd na twarzy dziewczyny. – Chyba, że wyczuje tu resztki twojej obecności. Ale serio… kradniesz powietrze – dodał, uśmiechając się słodko.

Ostrzegawcze spojrzenia jego przyjaciół niemal bolały.

Ale w końcu sama zaczęła.

To ty skończ – mruknęło jego sumienie. – Nie bądź dzieckiem.

Smerfuj się.

Bo kto nie lubi mugolskich bajek?

 – Masz problem – burknęła dziewczyna, patrząc w swoje kolana.

 – Elokwentnie… – brzmiałby odgłos opuszczania przez ciebie tego przedziału.

Czuł się tak strasznie źle.

 – Uspokójcie się, co? – odezwał się cicho Remus, patrząc na Pottera z lekkim zdziwieniem.

Och, wybacz. Zakłócam ci proces rozpływania się nad twoją wspaniałą dziewczyną? – wysyczał jadowicie obcy, niesłyszany dotąd głosik w jego głowie.

Zamrugał zdziwiony.

          To nie była duma, dla której raniące było obrażanie któregokolwiek z jego przyjaciół, nie był to też temperament, który choć odzywał się w złych momentach nie był aż tak jadowity i nie miał w sobie tyle okrutności. Nie mógł to być rozum ani instynkt, tym bardziej nie serce czy sumienie. To było coś dziwnego, obcego. Coś, co podburzyło temperament, zagłuszyło serce, uciszyło sumienie, zaćmiło rozum, wyciągnęło na wierzch najgorszą część dumy, stłumiło rozsądny głos instynktu.

Zerwał się na równe nogi.

 – To może pomyśl dwa razy, zanim następnym razem napchasz nam przedział, żeby móc się obściskiwać ze swoją dziewczyną, zmuszając innych do znoszenia jej głupich koleżanek! – warknął, czując przejmującą nad nim kontrolę wściekłość. Nie czekając na reakcję opuścił przedział, zatrzaskują za sobą drzwi, przez co niemal mógł wyczuć, jak jego przyjaciele wzdrygnęli się.

         Dopiero kiedy znalazł się na końcu pociągu i zapalił papierosa udało mu się uspokoić. Wziął parę głębokich oddechów i zaciągnął się dymem od razu czując cudowne ukojenie szalejących wewnątrz niego emocji. Pamiętał jeszcze czasy, gdy nie czuł  krępacji na myśl o rozpłakaniu się w miejscu publicznym. Był jeszcze dzieckiem. Śmiał się zawsze głośno i szczerze, płakał otwarcie, nie ukrywał strachu. Z biegiem lat coraz bardziej za tym tęsknił, ale po prostu nie mógł sobie pozwolić na powrót do bycia ekstrawertykiem. Uch, miał już siedemnaście lat, był dorosły. To do czegoś zobowiązuje.

Bycie dorosłym jest do bani.

Nie mógł się nie zgodzić.

Po paru minutach zaczęły się wyrzuty sumienia. Nie powinien reagować tak gwałtownie, nie wiedział, co dokładnie go do tego podusiło, ale obiecał sobie, że więcej do tego nie dopuści. Ostatnio coraz częściej miewał ochotę wydrzeć się na pierwszą lepszą spotkaną osobę, ale dotąd udawało mu się nad tym panować.

  – Po prostu każemy mu trzymać gębę na kłódkę – cichy głos, dobiegający z niedaleka sprawił, że odruchowo zgasił papierosa i wtopił się w cień, unikając konfrontacji z nadchodzącymi osobami.

 – To nie jest do końca dobre.

         W tej chwili oczom Jamesa ukazały się cztery sylwetki w szatach Slytherinu. Zamarł, niemal nie oddychając coraz bardziej zaciekawiony tą rozmową. Rozpoznał wyprostowaną sztywno sylwetkę Blaked i jej ciemne włosy opadające na plecy oraz stojącą obok niej Prospect oraz Rattera i Tenebrisa, którzy stali bokiem do niego, by patrzeć na, zwrócone twarzami w tą samą stronę co Potter, Ślizgonki.

 – Jasne, że nie jest, Drake – prychnęła Blaked. – Jeśli masz jakiś pomysł, co zrobić, to proszę. Przedstaw go – dodała, a James mógł sobie wyobrazić chłodne spojrzenie wbite w ciemnoskórego chłopaka.

 – Nie mam. Zrobimy po twojemu – mruknął tamten, po czym dodał. – Ale to przecież nie jego wina…

Przerwało mu prychnięcie tym razem z ust blondyna.

 – Od kiedy jesteś taki wyrozumiały? – parsknął. – Może ty też…

 – Nie! – wtrącił natychmiast Tenebris. – Nie, no co ty. Powaliło cię?

 – Tak go bronisz…

 – Spokój – znów odezwała się Blaked. – Po prostu póki co nikt spoza domu nie może  się dowiedzieć. To będzie Ślizgońska tajemnica.

 – Jak myślisz, co by było, gdyby ktoś się dowiedział? – tym razem pytanie zostało zadane przez Prospect.

 – Mielibyśmy przesrane – odparła brunetka. – Jeśli ktokolwiek się dowie…. Uh, nie. Nie będziemy o tym teraz rozmawiać, ktoś może usłyszeć. Ach, i trzeba będzie mu napomknąć, że ma z nikim się tym nie dzielić. W końcu nie chcemy niepotrzebnych ofiar – mruknęła, na co pozostali zaśmiali się cicho. Blaked odwróciła się w stronę drzwi z tylnego przedziału, kiedy kątem oka spojrzała prosto w miejsce, w którym stał James. Jego serce na chwile się zatrzymało, podczas gdy dziewczyna zmrużyła oczy, patrząc na niego uważnie. W duchu modlił się, by nie dojrzała go w cieniu, padającym na jego postać.

         Na szczęście w tym momencie pociąg zatrzymał się, a banda Ślizgonów opuściła tylny przedział. Potter odetchnął z ulgą, opierając głowę o ścianę, po czym sam wrócił do swojego przedziału, bez słowa zabierając swoje rzeczy. Jego głowa zdawała się lada moment eksplodować.

Cholera.

 

„Kiedy radzimy, tośmy kłótni bliscy,
Gdy przyjdzie czynić, zrozumiem się wszyscy.”

Kazimierz Brodziński

         James od rana czuł, że jego głowa zbuntowała się przeciwko niemu i postanowiła eksplodować, ale w chwili, w której znalazł się w Wielkiej Sali, której ściany zdawały się drżeć od szumu, pomyślał, że świat naprawdę się na niego uwziął i to brutalnie.

         Przed wejściem do szkoły zostali gruntownie przeszukani, sprawdzeni wykrywaczem Czarnej Magii, który przypadkiem przepalił się, gdy James stwierdził, że Auror jest zbyt napastliwy przy inspekcji. Przez całe to zajście, którego ofiarą padło w sumie pięć wykrywaczy (po przypale albo wcale, nie?) trwało około pół godziny, gdyż James nie pomyślał, że zepsucie się pięciu sprzętów na jednej osobie wyda się podejrzane nawet osobą tak tępym, jak pracownikom Ministerstwa Magii, przez co został gruntownie przeszukany. Potem Syriusz mówił coś o zamachu terrorystycznym i bombie schowanej w gaciach, Mike zaczął wrzeszczeć hasła mugolskich terrorystów, Remus tłumaczył coś o opętaniu i satanistycznych rytuałach, więc koniec końców cała czwórka miała zostać poddana zaklęciom sprawdzającym, jednak cała sytuacja przestała być zabawna, gdy aurorzy wyciągnęli różdżki. Oczywiście Huncwoci poczuli się zaniepokojeni tym działaniem, więc naturalnie wyciągnęli swoje. Nie mieli zamiaru pozwolić im zbombardować się Merlin wie jakimi bzdurami, więc sami postanowili użyć magii – w samoobronie, rzecz jasna. Ostatecznie pojawił się jakiś szef wszystkich szefów (choć jak podejrzewał James był to po prostu facet odpowiadający za tych idiotów w Hogwarcie, żadna szycha) i znów zrobiło się zabawnie, gdy zaczął się drżeć na aurorów, że to miała być rutynowa kontrola, a oni zrobili z tego nie wiadomo co. Potem dodał coś o półgłówkach, nie potrafiących odróżnić czarnoksiężników od uczniów. Oficjalne przeprosiny, jakieś głupie gadanie, interwencja McGonagall, jej wrzaski o opóźnianiu ceremonii przez bandę nieznających się na magii patafianów z ministerstwa… A potem spokojnie ruszyli na ucztę, zostawiając bandę aurorów na pastwę opiekunki Gryffindoru.

Zabawa była przednia.

         Kątem oka zerknął na stół Ślizgonów z niepokojem zauważając podejrzany uśmiech na twarzy Blaked, który zniknął, gdy ciemne oczy dziewczyny spoczęły na nim, przez co zorientowała się, że ją obserwował. Przez chwilę mierzyli się chłodnymi spojrzeniami, aż uniósł lekko jeden kącik ust, na co dziewczyna wysłała mu surowe spojrzenie, jakby ganiła go za ten gest. Mrugnął do niej zawadiacko. Uniosła prawą brew. Opuścił kącik ust, by po chwili unieść drugi. Puściła mu oczko. Zwilżył wargi.

Odwrócili wzrok w tym samym momencie.

 – Serio? Najpierw Evans, teraz Blaked. Kiedy znajdziesz sobie jakiś miły i spokojny obiekt zainteresowań? – spytał Syriusz, uśmiechając się do przyjaciela szeroko, na co on przewrócił oczami. – Jakąś ładną, cichutką Puchonkę, a nie taką Bla…

 – Daj mi spokój z tą szajbuską. Dała mi dzisiaj nieźle w kość – przerwał James i odwzajemnił uśmiech.

 – Będziecie najgorzej dobraną parą prefektów w historii Hogwartu, mówię ci – parsknął Black. James uśmiechnął się tylko i przeniósł wzrok na sufit, albo w miejsce, gdzie sufit znajdować się powinien. Otóż Wielka Sala zawsze pokazywała niebo, jakie akurat się znajduje nad zamkiem, więc James nie był do końca pewien, czy można to nazwać sufitem, choć teoria Łapy, że tak naprawdę nad Wielką Salą nie ma dachu, a z zewnątrz można zobaczyć jedynie zaklęcie iluzji, została całkowicie obalona w dniu, w którym postanowili wybrać się na dach szkoły i dokładniej zbadać teren nad salą jadalną. Całkowicie prawdziwy, zdaniem Jamesa. W powietrzu unosiło się tysiące płonących świec, które rzucały światło na uczniów poszczególnych domów i stojących pomiędzy stołami pierwszorocznych, którzy czekali na swój przydział, z małym lub dużym przerażeniem obserwując niewielki stołek, na którym spoczywała stara, spiczasta Tiara Przydziału.

         Zapadła cisza, którą przerwało ciche chrząknięcie tiary. Rozdarcie przy rondzie kapelusza rozwarło się, a tiara zaczęła śpiewać swoją coroczną pieśń:

Tysiąc lat temu, gdy młodą tiarą byłam

Głowę czarodzieja potężnego zdobiłam.

Po wielu podróżach, nie jedno zdobył serce,

W końcu znalazł odpowiednie miejsce.

Potrzebował już jedynie do pomocy rąk.

Znalazł je w miejscu, gdzie niegdyś miał dom.

I właśnie w ten sposób powstała wasza szkoła,

Lecz jak w przygodach bywa

Historia ponurą tajemnice skrywa.

Piękna Ravenclaw z otwartym zawsze umysłem

Nie lubiła nie zgadzania się z jej pomysłem.

Slytherin, którego spryt przewyższał wielu

Wroga odnalazł w najlepszym przyjacielu.

Huffelpuf, która chciała w zgodzie żyć

Straciła swą cierpliwość, gdy przyjaźni przerwano nić.

Gryffindor wciąż nowych przygód poszukiwał

Swą nieobecnością wieczną przyjaźń rozłamywał.

Zanim się rozpadła czwórka czarodziei

Sprawili, bym spełniła obowiązek Założycieli.

To ja do dziś dobieram,

W jakim domu się znajdziecie,

Lecz muszę wam coś wyznać, zanim podejdziecie.

Nie wystarczy wam jedna z czterech cech

By zło z zamku wypędzić,

Bo na co zda się Godryka szlachetność i odwaga,

Gdy z przebiegłością Salazara nie nastanie równowaga?

Co wskóra jego ambicja i spryt,

Gdy za Rowenę myśleć nie będzie nikt?

Jednak nawet inteligentny rozum

Odwrócić może się przeciwko wam,

Jeśli dobrego serca Helgi nie znajdziecie tam.

By czynić dobro potrzebna jest odwaga,

Ale też ambicja, sprawiedliwość i rozwaga.

Wniosek z tego jeden, mało tutaj znany

Bo choć dzielą nas umysły,

Wszyscy serca piękne mamy.

Zło będzie czekać na odpowiedni moment,

By wkraść się w wasze umysły,

Zamęt zrobić w głowie.

Czeka w każdym cieniu, patrząc na was znów,

A  ja znowu myślę, patrząc do waszych głów,

Że jedynie razem możecie to zatrzymać

I zło, chcące was zniszczyć ostatecznie powstrzymać.

A wy znowu pomyślicie,

Że stara czapka już majaczy,

Lecz to co mówię jest prawdziwe,

Każdy z was w końcu to zobaczy.

Tymi słowami pieśń zakończyć najwyższy czas.

Nadeszła właśnie chwila, by znów przydzielić was!

         W chwili, w której wybuchła fala oklasków, jakby nikt nie słyszał ponurych i zdecydowanie mało optymistycznych słów tiary, James mógłby powiedzieć, że poczuł się skołowany, ale musiałby skłamać. Akurat tak się składa, że chyba najbardziej ze wszystkich mógł zrozumieć słowa tiary. Rozejrzał się po sali i stwierdził, że wiele osób nie klaskało, a byli to w większości roczniki od piątych w górę. No, paru pierwszoroczniaków wyglądało na zbyt przerażonych, by chociaż unieść ręce, ale to zrozumiałe. Tym bardziej jeśli pochodzili z mugolskich rodzin. Jego reakcja była podobna, gdy zobaczył samochód.

  – Wyczytany uczeń lub uczennica wkłada tiarę na głowę i siada na stołku – poinstruowała pierwszorocznych profesor McGonagall. – Po usłyszeniu swojego przydziału zdejmuje tiarę i siada przy odpowiednim stole. Chciałabym zastrzec, że w tym roku mamy przyjemność przywitać także dwójkę uczniów, nie uczęszczających dotąd do naszej szkoły, którzy zostaną przydzieleni na szósty oraz siódmy rok.

         Ciszę w sali przerwały zainteresowane szepty i pomruki uczniów. Wzrok Jamesa skupił się na grupce pierwszorocznych. Teraz dopiero dojrzał dwie, wyraźnie wyróżniające się wzrostem postacie, jednak nie mógł zobaczyć ich twarzy, gdyż stali tyłem do uczniów. Jedyne, co udało mu się ustalić to płcie tajemniczych osób – chłopak i dziewczyna.

 – Ackerlery, Owen! – zawołała profesor McGonagall, uciszając tym samym szumy w wielkiej sali. Pyzaty blondynek wyszedł nieśmiało przed szereg i niepewnym krokiem zbliżył się do tiary, którą nałożył sobie na głowę i usiadł. Nie minęło pięć sekund, a tiara krzyknęła:

 – Ravenclaw!

 – Jak myślicie, o co chodziło tiarze? – spytał Mike, gdy fala oklasków przy stole Krukonów ucichła.

 – Byś słuchał to byś wiedział – stwierdził James, udając zainteresowanie Alert Claudią, która siedziała właśnie z Tiarą Przydziału na głowie.

 – Słuchałem! – oburzył się Mike, podnosząc lekko głos, czym zwrócił na siebie uwagę osób siedzących niedaleko. – Pytam tylko o wasze wrażenia – dodał szeptem.

 – Świetne, naprawdę. Mogłaby spokojnie rozpocząć karierę muzyczną, nie sądzicie? – parsknął Syriusz. James parsknął śmiechem.

 – Już to sobie wyobrażam. Widownia wypełniona piszczącymi i podekscytowanymi fankami, ochrona wyprowadzająca psychofanów poza teren imprezy, staniki rzucane na scenę, a tam…  Czapka – powiedział, ostatnie słowo wymawiając z przesadnym entuzjazmem. Łapa i Davis ryknęli śmiechem, jednak przez głośne owacje ze strony Slytherinu nikt tego nie usłyszał. Jedynie Remus wysłał im pełne politowania spojrzenie. James uśmiechnął się niewinnie i wzruszył ramionami.

          Ceremonia przydziału trwała i trwała. McGonagall dotarła już do litery L, kiedy spod stołu wyłoniła się niewyraźny zarys postaci ducha Gryffindoru – Prawie Bezgłowego Nicka, a raczej Sir Nicolasa de Mnimsy-Porpingtona. Duch-rezydent Gryffindoru, którego głowa utrzymywała się tylko na kawałku skóry po czterdziestu pięciu uderzeniach tępym toporem.

 – Jak miło znów widzieć znajome twarze – rozpromienił się Nick, uśmiechając do Huncwotów. – James, mój drogi, słyszałem co cię spotkało w te wakacje, mam nadzieję, że lepiej się już czujesz – dodał, na co twarz Pottera wykrzywił lekki grymas. Zauważył, że parę osób przysłuchiwało się tej rozmowie z zaciekawieniem.

 – Jest w porządku – mruknął, wbijając wzrok w swoje kolana.

 – Straszne rzeczy się dzieją – kontynuował Nick. – Czarny Pan… tak go teraz nazywają. Ludzie boją się wymawiać jego imię ze strachu przed śmiercią.

 – To ty już chyba nie masz się czego bać, nie? – wtrącił Mike. Nick powiedział coś, co zapewne było ganiącą uwagą na temat nietaktownego komentarza Skrzydlaka, jednak James tego nie usłyszał, gdyż duch został zagłuszony przez owacje Gryfonów, gdy Nickson Claudia została przydzielona do ich domu.

 – Chodzi o to, mój chłopcze, że Sam-Wiesz-Kto coraz bardziej się panoszy. Ale można go pokonać, słyszeliście tiarę. Szara Dama zdradziła mi kiedyś, oczywiście w wielkiej tajemnicy, że spacerowała nocą niedaleko Wieży Północnej, gdy usłyszała podejrzany głos. Ponoć przypominał jej nauczyciela wróżbiarstwa, ale nie była pewna. Mówił o Sami-Wiecie-Kim… – mówił cicho Nick. James poczuł, że jego serce nieznacznie przyśpiesza rytmu.

 – I co? – wydukał, próbując zapanować nad drżeniem głosu. Nick rozejrzał się uważnie, upewniając, że wszyscy poza Huncwotami skupiają uwagę na Richardzie Pattersonie, który czekał właśnie na przydział.

 – Ponoć mówił do kogoś, kto ma wystarczającą moc, by go pokonać… Oczywiście nie należy wierzyć we wszystkie przesądy, ale jeśli ten ktoś naprawdę został naznaczony… Może okazać się być naszą jedyną nadzieją – zakończył. James przymknął powieki. Nie wiedzą do kogo mówił, nie widzieli go tam. Uśmiechnąłby się zapewne, gdyby nie ostatnie wypowiedziane przez Nicka słowa.

„Może okazać się być naszą jedyną nadzieją”.

         Dlaczego on, do cholery? Nie miał żadnych nadzwyczajnych umiejętności. Nie był dojrzałym, doświadczonym czarodziejem, który zna zaklęcia o jakich większości się nie śniło. Był tylko rozpieszczonym, nieodpowiedzialnym, marudnym, leniwym dzieciakiem, który nie mógł pojąć myśli, że jest już dorosły i musi zacząć brać za siebie odpowiedzialność. Uch, skromność nigdy nie była cechą, którą mógłby siebie opisać i lubił myśleć o sobie jako o kimś, kto ma wiele możliwości i osiągnie w życiu wszystko, co będzie chciał. Kiedyś lubił myśleć, jak będzie wyglądać jego życie za dziesięć, dwadzieścia lat. Wyobrażał sobie siebie jako najlepszego szukającego na świecie albo Szefa Departamentu Aurorów…

         Teraz jego patrzenie w przyszłość ograniczało się do rozmyślania, czy dożyje kolejnego dnia.

Ta… Dzięki Hammil.

– Potter, Edmund!

Cholera do kwadratu.

„Gdzie płonie jeszcze mały płomyk nadziei, tam widać światło nieba.

Ladislaus Boros

 

To już było po prostu okrutne.

         Okay, dużo mógł znieść. Przepowiednia – okay. Porwanie – okay. Naprawdę jego nerwy powinny dostać jakąś nagrodę za wytrzymałość, bo zniósł w swoim siedemnastoletnim w życiu bardzo dużo. Ale do jednej szkoły ze swoim pieprzonym kuzynem chodzić nie będzie! Nie ma opcji! Wyślijcie go do Voldemorta, każcie zamieszkać z bandą Blaked, wsadźcie do paszczy ziejącego ogniem smoka, ale do tego gnojka nie każcie się zbliżać! Nie! Los nie może nienawidzić go aż tak bardzo.

Prawda?

         Z tłumu pierwszoroczniaków wystąpiła pierwsza wysoka postać. Dopiero, gdy chłopak usiadł na stołku James rozpoznał w nim swojego dalekiego kuzyna – wnuka zmarłego brata dziadka Rogacza, czyli syna wyklętego z rodu, w związku o zarzut morderstwa na siostrze Jamesa, Marley’a Pottera. Pamiętał go. Pamiętał, że przychodził do jego domu razem z ojcem, gdy tamten próbował namówić Charlesa do wstawienia się zanim przed rodziną. Oczywiście Charles chciał zgrywać dobrego kuzyna, zapraszał ich, wmawiał, że zrobi co w jego mocy, by pomóc rodzinie, by tuż po ich wyjściu prychnąć pogardliwie. Cała ta sielanka trwała gdzieś do trzynastego roku życia Jamesa, kiedy Marley odkrył, kto tak naprawdę zamordował Cindy i kto wrobił go w to wszystko. Do tego czasu musiał regularnie znosić wrednego kuzyna, który zaraz po opuszczeniu dorosłych zmieniał się w aroganckiego, podłego dupka, którego cieszył sam fakt, że zbił głupią figurkę w pokoju Jamesa. Oczywiście chłopak szybko zrozumiał, że nie należy komukolwiek o tym wspominać, tym bardziej, że działania chłopaka wynikają przede wszystkim z zazdrości, gdyż po wydziedziczeniu Marley został bez grosza przy duszy, więc zrobiona z drogiej porcelany figurka słonika z podniesioną do góry trąbą była czymś, o czym Edmund mógł tylko pomarzyć.

Oczywiście James mógł mu po prostu dać ozdobę, gdyby chłopak powiedział, że mu się podoba, zamiast rzucać ją o ścianę.

Przecież to chłam.

         Edmund był wysokim, szczupłym chłopakiem z brązowymi włosami, sięgającymi ramion, ulizanymi, jakby zamiast szamponu używał śluzu gumochłona. Miał głęboko osadzone oczy, których tęczówki były szaroniebieskie, choć więcej było w nich szarości. Kolor skóry miał dziwnie blady, pasujący od wychudzonej twarzy. Wyglądał niemal jak zjawa, lub demon, którego James widział na jakiejś mugolskiej reklamie w wakacje. Używana szata wisiała na nim luźno, przez co Rogacz poczuł współczucie, które wyparowało tuż po tym, jak kuzyn spojrzał mu w oczy.

I to nie było dobre spojrzenie.

Miał ochotę umrzeć.

 – Ravenclaw! – krzyknęła tiara, dobre trzy minuty po założeniu jej na głowę Edwarda.

 – Udław się tym uśmieszkiem, gnojku – warknął Potter, kiedy chłopak, przechodząc obok stołu Gryffindoru obdarzył go złośliwym grymasem, odwzajemniając go z większą ilością jadu i ironii.

 – James…? – Syriusz spojrzał na niego ze zdziwieniem. – Dobrze się czujesz? – spytał, zerkając na Remusa i Mike’a.

 – Cudownie wręcz – odparł Potter, mentalnie wbijając Edmundowi widelec w czoło.

 – Potter, Daisy!

         Kolejna postać wyróżniająca się z tłumu pierwszoroczniaków była znacznie niższa niż Edmund. James zmarszczył brwi, przyglądając się niskiej i drobnej dziewczynie. Nie pamiętał jej, nawet nie był świadomy, że kuzyn jego ojca miał córkę. Ale najwidoczniej miał. Mógł przypuszczać, że jest od niego znacznie młodsza, jednak przypominając sobie słowa profesor McGonagall sprzed rozpoczęcia Ceremonii Przydziału. „Zostaną przydzieleni na szósty i siódmy rok”. Edmund jest jego rówieśnikiem, czyli ta tutaj musi być rok młodsza. Miała drobną, twarz, duże, brązowe oczy i tego samego koloru włosy, przycięte na wysokość twarzy oraz prostą grzywkę nad oczy. Smukłej sylwetki nie mogła ukryć nawet zbyt luźna szata.

 – Huffelpuf! – krzyknęła tiara, a stół Puchonów wybuchł falą oklasków.

 – Cieszcie się idioci. Teraz ładne oczka, a w nocy poderżnie wam gardła. Podstępna, wredna harpia… – mruknął James, wysyłając dziewczynie zabójcze spojrzenie. Ona zdawała się tego nie zauważać i pomachała mu z szerokim uśmiechem.

 – O tak… morderczyni jak się patrzy – zironizował Mike. – Nie wiedziałem, że masz jeszcze jakąś rodzinę – dodał.

 – Jestem biedny, nie stać mnie na rodzinę. To zbieżność nazwisk – warknął Potter.

 – I dlatego wyzywasz ich od harpii i gnojków? – zapytał Remus, unosząc brew.

 – Źle im z oczu patrzy. – James przygryzł wargę, ignorując już zaczepki przyjaciół.

Zdecydowanie nie chciał teraz rozmawiać.

         W końcu, gdy ostatni uczeń został przydzielony do Gryffindoru, Filch wyniósł stołek z Tiarą Przydziału poza teren Wielkiej Sali. Przez chwilę panował gwar, kiedy uczniowie wymieniali się różnymi informacjami, plotkami czy Merlin wie czym jeszcze, aż wstał dyrektor. Stopniowo zapadała cisza, o której James marzył prawie tak samo mocno, jak o położeniu się spać.

 – Zanim nasza wspaniała uczta całkowicie pochłonie wasze umysły, prosiłbym jeszcze o chwilę uwagi – rozpoczął Dumbledore, uśmiechając się dobrotliwie. Widząc ten uśmiech Potter poczuł dziwne uczucie, buzujące krew w żyłach. Znikąd ogarnęła go dziwna wściekłość całkowicie nieuzasadniona. Wściekłość podobna do tej w pociągu, tylko spotęgowana wielokrotnie. – Jak co roku przypominam, że wejście do lasu obok szkoły jest całkowicie zakazane. W dodatku lista rzeczy zabronionych, którą możecie w całości przeczytać w gabinecie naszego kochanego woźnego, wzrosła o trzy punkty, którymi nie będę was teraz zanudzał. Jak pewnie zauważyliście, przed wejściem do szkoły zostaliście przeszukani i sprawdzeni przez urzędników Ministerstwa Magii… Miałem nadzieję, że obejdzie się bez zbędnych kłopotów… – urwał na chwilę, patrząc w stronę stołu Gryffindoru, gdzie Huncwoci wymienili znaczące spojrzenia – jednak jak wiadomo nadzieja bywa złudna. Na szczęście nie musicie się obawiać, dzisiejszy incydent był jednorazowy. Z żalem muszę oznajmić, że po ataku na naszą szkołę, jaki miał miejsce w czerwcu, straciliśmy dwóch wspaniałych profesorów. Jak zapewne większość z was wie profesor Greustoun zginął w walce, a profesor Slughorn, jak pewnie nie wiecie, postanowił przejść na zasłużoną po tylu latach emeryturę. Niestety nowy nauczyciel Obrony Przed Czarną Magią nie zdążył jeszcze przybyć, jednak zapewniam, że pojawi się na czas, by poprowadzić jutrzejsze lekcje. Za to profesora Slughorna zastąpi wspaniała Miranda Hockuson! – oznajmił, na co z krzesła podniosła się średniego wieku kobieta z miłą twarzą i ciepłym uśmiechem na niej. Rozległy się głośne brawa, którym towarzyszyły szepty przeważnie chłopców ze starszych roczników.

 – Niezła – stwierdził Mike, uśmiechając się głupio.

 – Zwariowałeś? – syknął Remus. – Mogłaby być twoją matką! – stwierdził.

 – Albo ja jej tatusiem – odparł Davis, poruszając znacząco brwiami, co spowodowało parsknięcie Łapy i westchnięcie Lunatyka. James skrzywił się jedynie, próbując odpędzić od siebie wyobrażenia Mike’a i nowej nauczycielki w niepożądanych sytuacjach.

 – Ja mam bardzo bujną wyobraźnie – mruknął bardziej do siebie niż do chłopaków, jednak oni usłyszeli to i ryknęli zgodnym śmiechem. Opanowali się po chwili, zdając sobie sprawę, że pozostała część sali uciszyła się przed ich napadem śmiechu.

 – Chciałbym jeszcze po uczcie poprosić do siebie Prefektów Naczelnych. To chyba tyle z oficjalnej części… – kontynuował Dumbledore, przyglądając się uczniom z rozbawionym błyskiem w oku. – A teraz… Wsuwajcie!

„Dwóch najlepszych lekarzy ze wszystkich to dr Śmiech i dr Sen.”

Gregory Dean Jr.

 

         Zmierzał do gabinetu dyrektora, całkowicie ignorując Blaked, która podeszła do niego jakieś pięć minut po jego wyjściu z Wielkiej Sali. Wysłała mu chłodne spojrzenie, jednak nic nie mówiła przez całą drogę.

         Uczniowie w większości ruszyli już do swoich Pokojów Wspólnych, więc panowała względna cisza, co jakiś czas mijali rozchichotane grupki, które milkły pod wpływem lodowatego wzroku dwójki prefektów. Widocznie Blaked miała dziś taką samą ochotę na włóczenie się po zamku jak on. Czyli nie miała wcale.

 – Znasz hasło? – spytała, kiedy stanęli przed kamienną chimerą, prowadzącym do gabinetu.

 – Niby skąd mam znać? – odparł pytaniem, unosząc brew. – Jestem w tej szkole od dwóch godzin, skąd mam znać hasło?

 – Czekaj, zdążyłeś w ciągu dwóch godzin podpaść aurorom, pozbawić pracy dwóch urzędników i znów stać się obiektem zainteresowań całej szkoły, ale nie zdążyłeś poznać głupiego hasła? – spytała Blaked. James przewrócił oczami, powstrzymując się od uderzenia głową w pobliską ścianę. Westchnął cicho.

 – Jak widzisz miałem bardzo zajęty dzień – warknął. – Co z tobą? Pilnowanie ślizgońskich tajemnic wymaga dużo uwa… – urwał. Blaked szybkim, zwinnym ruchem przycisnęła go do ściany, wbijając różdżkę w jego kark. Był zdziwiony tym jak szybka była reakcja dziewczyny, jednak to zdziwienie było niczym w porównaniu do szoku, że jego instynkt nie zareagował.

 – Wiedziałam – warknęła, z furią wpatrując się w jego twarz. – Wiedziałam, że tam byłeś, cholerny dupku – dodała. – Gadaj, co słyszałeś!

 – Słonko, uspokój się, złość piękności szkodzi – zaśmiał się. Położył dłoń na nadgarstku dziewczyny, a drugą sięgnął po swoją różdżkę, owijając rękę wokół talii dziewczyny. Spojrzała na niego zdezorientowana. Dopiero, gdy koniec jego różdżki wbił się w jej żebra, zaskoczenie znów zmieniło się w grymas złości. – Odłóż to, bo komuś oko wydłubiesz – dodał lekceważąco.

 – Mam szczerą nadzieję, że tym kimś będziesz ty – wycedziła przez zaciśnięte zęby Blaked. – Gadaj, co słyszałeś.

 – Wiele rzeczy, mam ci wszystkie wymieniać? – Arogancki uśmiech Jamesa powiększył się na rosnącą złość w oczach Ślizgonki.

 – Mogę usunąć ci pamięć – stwierdziła pewnie, patrząc hardo w oczy chłopaka. Ten zaśmiał się tylko i rzekł:

 – Mogłabyś spróbować, ale obawiam się, że na próbie by się skończyło. – Zdjął lewą rękę z jej dłoni i uniósł na wysokość jej twarzy, machając przed oczami malutką buteleczką, przypiętą do czarnego sznurka, obwiązującego jego nadgarstek. – Widzisz to? To eliksir pamięci z małą, magiczną właściwością. Działa jak amulet. Tak długo jak go noszę mojej pamięci nic nie grozi – wyjaśnił. Widział zdziwienie i podziw w oczach Blaked oraz ewidentną chęć odebrania mu fiolki, którą była zmuszona zdusić w sobie, gdy w następnej chwili zza jej pleców rozległ się dźwięk wciąganego głośno powietrza. Odskoczyli od siebie gwałtownie, równocześnie zdając sprawę, jak dwuznacznie musiała wyglądać ich pozycja dla osób trzecich. Zanim zdołał chociaż się odezwać dwie rozchichotane dziewczyny (na oko trzynastoletnie) odbiegły w pobliski korytarz. Blaked wydawała się chcieć za nimi pobiec, jednak James chwycił ją mocno za przedramię.

 – Uspokój się. To tylko dzieci – mruknął.

 – Jeśli jutro po zamku będą chodzić jakiekolwiek głupie plotki… – zaczęła groźnie Ślizgonka, patrząc na zakręt, za którym zniknęły dziewczyny.

 – Plotki zawsze są głupie – przerwał jej spokojnie Potter.

 – Nie pouczaj mnie! I nie dotykaj! – warknęła Blaked, wyrywając rękę z jego uścisku. Chłopak wydał z siebie coś pomiędzy krzykiem, a jękiem.

 – Jesteś taka dziecinna! – oskarżył, czując coraz większą frustrację.

 – Ja dziecinna!?

 – Nie, cholera, ta ściana za tobą! Zgrywasz wielce groźną i niebezpieczną!

 – Taki jesteś mądry? Czy tylko ci się tak wydaje od przebywania z bandą tępych lwów!? – krzyknęła, zaciskając dłonie w pięści.

 – Może w Slytherinie jesteś wielką szychą, ale na tle szkoły to nic, więc nie wyobrażaj sobie zbyt wiele! – odparował. – Królowa Lodu, postrach węży! Ego ci się od tego nadymało, i tyle!

 – Ty pieprzony dupku! Co ty sobie wyobrażasz, co!? Że jak Gryfoni mają cię za nie wiadomo jakiego spryciarza, to naprawdę jesteś taki mądry! Dla tych idiotów nawet KAMIEŃ może być inteligentny! Jesteś zwykłym, rozpieszczonym dzieciakiem, który zbyt wiele sobie wyo…

 – Ach, tu jesteście. Zupełnie zapomniałem, że nie znacie hasła. Zapraszam do środka. – Monolog Blaked przerwał spokojny, ale przebijający się przez krzyki dziewczyny, głos dyrektora, który stanął w otwartym już wejściu do swojego gabinetu. – Na przyszłość możecie zapamiętać, że hasło brzmi „pałka lukrecjowa”, ale gdybyście zapomnieli wystarczy przedstawić swoją funkcję Prefekta Naczelnego i pokazać chimerze swoją oznakę – oznajmił Dumbledore, gdy wchodzili po spiralnych  schodach, po czym wpuścił ich do gabinetu. Był to piękny, kolisty pokój, którego ściany pokryte były portretami byłych dyrektorów. Sądząc po cichym pochrapywaniu większość z nich już spała.

 – Usiądźcie – polecił dyrektor wskazując dwa krzesła przy biurku, samemu zajmując miejsce po jego drugiej stronie. Zrobili to, wymieniając mordercze spojrzenia. – Wnioskuję, że współpraca nie układa się wam zbyt dobrze.

 – Dlaczego on jest prefektem!? – wybuchła Blaked, zrywając się na równe nogi. Widocznie to pytanie męczyło ją od jakiegoś czasu. – Jest nieodpowiedzialny, dziecinny, niepunktualny, infantylny… Nie nadaje się do tego! – krzyknęła. James poczuł kolejną falę wściekłości. Nie obchodziło go w tej chwili, że wcześniej myślał dokładnie tak samo. Ona nie miała prawa tego mówić.

 – Ja się nie nadaję!? – splunął. – A kto tutaj jest siedemnastoletnią psychopatką!? Ja!? Kogo cieszy gnębienie innych!? Kto knuje z cholernymi Ślizgonami plan podbicia świata!? – warknął. Odpowiedziało mu wściekłe spojrzenie dziewczyny i pełne jadu słowa:

 – Jest arogancki…

 – …wredna…

 – …napuszony…

 – …nie obchodzi jej nic, poza czubkiem jej własnego nosa!

 – Wywyższa się, dręcząc słabszych!

 – Wtrąca się…

 – DOŚĆ! – zagrzmiał dyrektor, na co zarówno James jak i Blaked ucichli. – Nie będę tolerował waszych kłótni w czasie pełnienia obowiązków prefektów. Nadanie wam tych funkcji było moją decyzją i nie podlega ona żadnym dyskusją. Swoje konflikty proszę rozwiązać po spełnieniu swoich obowiązków, od moich prefektów wymagam współpracy, czy to jasne? – zapytał, patrząc na uczniów surowym wzrokiem znad okularów-połówek.

 – Jasne – potwierdził cicho James, zawstydzony faktem, że przekroczył granicę cierpliwości dyrektora.

 – Jasne – powtórzyła Blaked, patrząc w ziemię.

Dumbledore skinął głową, widocznie usatysfakcjonowany rozwiązaniem problemu.

 – Świetnie. Dzisiaj odbędzie się wasz pierwszy wspólny patrol o godzinie dwudziestej trzeciej aż do drugiej w nocy. Do niedzieli proszę o spisanie raportu i oddaniu go w ręce profesor McGonagall. Panna Blaked może udać się już do swojego dormitorium, zaś pana, panie Potter, proszę o zostanie jeszcze na chwilę – rzekł. Po jego słowach Ślizgonka opuściła gabinet, mrucząc ciche „Do widzenia, dyrektorze”, zostawiając Jamesa sam na sam z profesorem, który obdarzył go uważnym spojrzeniem. Potter zawsze odnosił wrażenie, że starzec dzięki temu spojrzeniu ma możliwość usłyszenia wszystkich jego myśli, nie używając nawet legilimencji.

 – Mam wrażenie, że chcesz ze mną o czymś porozmawiać, James.

Cholera do sześcianu.

Czuł się tak strasznie źle.

Musiał powiedzieć.

 

W następnym rozdziale:

– Nowy nauczyciel

– Małe tête-à-tête w korytarzu (przysięgam, będzie trochę Jily)

– O tym, co się złego w szkole dzieje

– Ślizgońsko-gryfońskie relacje

Długo nie było, ale rozdział mi się podoba. Mam nadzieję, że wam również przypadnie do gustu.

Ann Black

Rozdział 15 Początek roku

            Był pewien, że ma zwidy. Był wręcz co do tego przekonany aż Syriusz mocnym szarpnięciem, zaciągnął go w boczną uliczkę, umykając z zasięgu wzroku przyjaciół i blondyna, który śmiał się właśnie z czegoś, co powiedział Mike. Czuł nieprzyjemnie szybkie bicie serca, które zdawało się oszaleć w niepokoju na widok twarzy, która zdecydowanie nie powinna kojarzyć mu się aż tak źle.
– Powiedz, że to nie jest Blanchett – jęknął Syriusz, patrząc na Pottera z przerażeniem.
– To zdecydowanie on – odparł James, przygryzając wargę. Spojrzał na przyjaciela myśląc gorączkowo, co zrobić.
Blanchett brzmi źle, samo to nazwisko brzmi bardzo źle. Z tego co pamiętał James Simon Blanchett był posądzony o morderstwo swojej żony, której ciało zostało znalezione w domu, gdzie spała dwójka ich dzieci, jednak ostatecznie został uniewinniony, a odpowiedzialność spadła na starszego syna mężczyzny, czyli brata siedzącego w lodziarni Marco. Choć rzecz jasna nikt w to nie wierzył. Czy James miał w zwyczaju oceniać ludzi po czynach ich rodziców? Przyjaźnił się z Blackiem i sam czułby się urażony, gdyby ktokolwiek postanowił go osądzić za to, co robił jego ojciec, więc zdecydowanie nie. Co nie zmienia faktu, że znał Marco i wiedział, że charakterek to ten gnojek zdecydowanie ma po tatusiu. Oczywiście nie posądzał go o żadne morderstwa, ale on zdecydowanie byłby do tego zdolny.
Pieprzony sadysta – odezwał się jego instynkt, z czym zgodziły się wszystkie jego wewnętrzne głosy, co naprawdę było rzadkością.
Powinieneś olać całą sprawę i nie wdawać się z nim w żadne relacje. Udawaj, że go nie znasz i nie pamiętasz, potem się zobaczy, co chce zrobić – poradził rozum.
Ale on może coś zrobić Dorcas – stwierdziło serce.
No i? Ta idiotka sama się w to wpakowała – warknął temperament. James westchnął ciężko, czując, że zaczyna się kolejna kłótnia, na którą nie będzie mieć wpływu.
Ona nie wie, jaki on jest. To nie jej wina – stwierdziło sumienie.
I tak robi to tylko po to, żeby Syriusz był zazdrosny. Najwyżej złamie jej serce, sama się o to prosiła – wtrącił się rozum.
Lepiej się w to nie angażować – stwierdził instynkt. – Będą z tego same kłopoty.
– Słuchasz mnie w ogóle? – usłyszał zirytowany głos Łapy i otrząsnął się z zamyślenia.
– Nie – odparł szczerze. – Chodźmy już tam, trzeba obadać całą sytuację – dodał, marszcząc brwi. Miał dziwne wrażenie, że to wszystko skończy się o wiele gorzej niż przypuszczali. Mimo to podeszli do stolika.
– Hej – rzucił może zbyt chłodno, ganiąc się za to w duchu, gdy poczuł na sobie podejrzliwe spojrzenia przyjaciół. Uśmiechnął się sztucznie, nie chcąc, by pozostali zaczęli cokolwiek podejrzewać.
– Poznajcie się. James, Syriusz, Marco – przedstawiła chłopców Dorcas, wskazując na wymienianą akurat osobę. Hiszpan wyciągnął dłoń w kierunku dwójki Huncwotów, jednak Potter nie miał zamiaru jej uścisnąć, więc zrobił to Syriusz, chcąc uratować sytuację. To nie tak, żeby się brzydził dotknąć tego chłopka (choć brzydził), po prostu ostatniego czasu wolał unikać kontaktu fizycznego. Jakoś weszło mu to w nawyk po tym, jak w szpitalu najmniejszy dotyk zdawał się parzyć jego skórę.
– Długo wam zeszło z tą różdżką – stwierdził Mike, za co przez chwilę James miał ochotę go zabić. Musiał się akurat teraz wygadać?
– Masz nową różdżkę? – zainteresował się (o ironio) Marco, na co Potter przyjrzał mu się kątem oka.
– Tak, tak się złożyło, że stara już się nie nadaje do użytku – odparł spokojnie, próbując zamknąć temat.
– A jaki masz rdzeń? – drążył chłopak. James powstrzymał się od rzucenia czegoś w stylu „a co cię to”. Serio, po co temu palantowi wiedzieć jaki rdzeń ma jego różdżka?
– Róg jednorożca – skłamał gładko z lekkim uśmiechem. W cokolwiek on grał, James nie miał zamiaru się w to bawić. Chciał już pozbyć się towarzystwa… praktycznie wszystkich. Bolała go głowa i miał ochotę się już położyć. Czuł się naprawdę źle. – Ale może skończmy już to przesłuchanie, co? – dodał z lekką irytacją, wywracając oczami. Marco ewidentnie  się speszył.
– Eee… jasne. Wybacz – mruknął, zerkając kątem oka na Dorcas, która zaś wysyłała nieprzychylne spojrzenia Potterowi. Mało go to obchodziło, gdyby miał być szczery.
– To na czym skończyliśmy? – spytała Francesca, jak zwykle próbując zapobiec awanturze. Nikt nie odzywał się przez jakiś czas, patrząc to na Jamesa to na Marco, którzy obecnie mierzyli się wrogimi spojrzeniami.
Nie słuchał ich przez chwilę, skupiając się na delikatnej penetracji umysłu Hiszpana, którego oklumencja była dobra, ale nie na tyle, żeby nie mógł przebić. Widział rozmowę z podejrzanie wyglądającym mężczyzną w jakiejś ciemnej ulicy. Potem spotkanie blondyna z Dorcas, słyszał, jak Marco wypytuję ją o niego. I tyle mu wystarczyło, więc wycofał się delikatnie, wyginając wargi w lekkim uśmieszku.
– Chyba na tym, że pora się już zbierać – stwierdziła Lily, podnosząc się z miejsca. Potter chętnie zrobił to samo, przenosząc wzrok na Łapę. Black musiał domyśleć się, co zrobił jego przyjaciel, podczas krótkiej chwili odłączenia się od świata zewnętrznego.
– /Ewidentnie coś nie gra/ – przekazał Syriuszowi za pomocą telepatii.
Odpowiedziało mu zaniepokojone spojrzenie.

„Zno­wu mierzą się wzro­kiem jak wro­gowie. Każde chciałoby po­wie­dzieć dru­giemu dużo więcej, ale żad­ne nie śmie.”
Éric-Emmanuel Schmitt 

            James szedł do Dziurawego Kotła z tyłu grupy, pozwalając myślom błądzić bez konkretnego celu. Jak przez mgłę docierały do niego głosy rozmawiających wesoło przyjaciół, jednak był na tę chwilę zbyt rozkojarzony, by zrozumieć sens wypowiadanych przez nich słów.
Nie mógł skupić się na jednym temacie rozmyślań, przez co żadna myśl nie była do końca sensowna. Z jednej strony myślał o Marco, jego możliwych zamiarach i konsekwencjach, jakie mogą one nieść. Z drugiej wzrok uciekał mu co jakiś czas na idącą przed nim Lily i nie mógł przestać myśleć o ich pocałunku. Zastanawiał się, co by było, gdyby wtedy nie uciekł, gdyby pozwolił akcji się rozwijać, nie tak jak planował los. Z dnia na dzień coraz bardziej czuł, że los go nienawidzi. Kolejna część jego myśli skupiała się na ślubie. Jego ślubie. Syriusz miał rację, był tchórzem. Najzwyczajniej w świecie bał się postawić dziadkom, choć z logicznego punktu widzenia nie miał ku temu żadnych powodów. Wiedział, że jego ojciec mimo licznych (licznych, licznych) wad był bardzo rozsądnym człowiekiem i odpowiednio zabezpieczył go, w razie gdyby jego rodzice postanowili pozbawić jego pierworodnego majątku, więc w chwili śmierci Charlesa największa część skarbu rodzinnego Potterów została pełną własnością Jamesa i choćby nie wiadomo co się działo, on osobiście musiałby wyrzec się rodu, by go stracić.
Uśmiechnął się ironicznie na myśl, jak wiele jego ojciec musiał włożyć wysiłku w zapewnienie mu tego majątku. Jak to było… Najpierw wraz z ojcem zamordował swojego wujka, czyli starszego brata dziadka Jamesa. Potem majątek przejął jego syn – kuzyn Charlesa, który zaledwie miesiąc później został wydziedziczony przez rodzinę za morderstwo małej Cindy Potter – starszej siostry Rogacza. Stracił tytuł, pieniądze, dobre imię, żonę – wszystko. Został sam z córką, której matka zażądała rozwodu po wydziedziczeniu jej męża z szlacheckiego rodu. I w ten sposób James po śmierci ojca stał się jedynym, prawowitym właścicielem majątku swojego pradziadka. To mogłaby być naprawdę tragiczna dla jego rodziny historia, gdyby nie jeden, malutki fakt – nikt nie był niewinny w tym ciągu morderstw. Arthur Potter otruł herbatę swojego brata, zaś Charles wmieszał kuzyna w  morderstwo swojej córki i zainicjował wszystko tak, by cała wina spadła na niego. Oczywiście James wiedział, że jego ojciec miał największy wkład w to morderstwo, ale mimo to często wmawiał sobie, że po prostu o tym wiedział i nie zareagował. Miał nadzieję, że tak było.
Nadzieja matką głupich – odezwał się rozum.
Nie powinieneś źle o nim myśleć – wtrąciło serce. – Przecież zrobił to wszystko dla ciebie.
Zrobił to, żeby mieć nad tobą większą kontrolę, nie daj się oszukać – zaprzeczył rozum.
Nie wiesz tego. Może w swój sposób chciał okazać ci troskę – wykłócało się serce.
On w to nie uwierzy. Nie jest głu…
Czekaj! – przerwało serce. – Czuję, że coś się dzieje….
– Ja wiem – cichy głos Lily Evans przedarł się przez niewidzialny mur, jaki oddzielił go od przyjaciół, gdy pozwolił przejąć myślom kontrolę nad jego koncentracją.
Co ona może wiedzieć?
Wie już, co do niej czujesz! – rozradowało się serce, przyśpieszając swój zwykły, rutynowy rytm.
Pewnie już wie, że znasz Marco – stwierdził ponuro rozum.
Tu nie może chodzić o uczucia – stwierdził instynkt. – To będzie coś tylko trochę groźnego dla ciebie, nie ma czym się martwić.
– Wiesz… – powtórzył powoli. – Co wiesz? – spytał, przybierając niewinny wyraz twarzy.
– Użyłeś na Marco legilimencji – odparła dziewczyna z godnym podziwu spokojem, przyglądając mu się uważnie. Odetchnął w duchu z ulgą. To faktycznie nic groźnego.
– Tak – potwierdził spokojnie. – Co w związku z tym? – dodał, unosząc lekko brew.
– Dlaczego? – padło pytanie z ust Rudej, na co James przygryzł dolną wargę i odpowiedział:
– Nie oczekuję, że to zrozumiesz. – Przyśpieszył kroku, by nie zostawać zbytnio w tyle. – Ale czasem trzeba, może kiedyś zrozumiesz. Póki co nie mieszaj się w to, Lily – poradził.
– Dlaczego ty taki jesteś? – jęknęła Evans, patrząc na niego niemal z błaganiem. Zawahał się przed odpowiedzią.
– Jaki jestem? – spytał z lekką dezorientacją.
– Taki…  –  Lily patrzyła na niego z niemą bezradnością, próbując znaleźć odpowiednie słowa. – No… no właśnie taki!
Uśmiechnął się lekko, szczerze rozbawiony tym wyznaniem. Sam lepiej nie ująłby tego jaki jest.
– Nie wiem czemu jestem taki – rzekł, nie  ukrywając, jak bardzo rozśmieszyły go próby wyjaśnienia tego, jaki jest.
– Taki trudny… – Evans westchnęła, a on poczuł, że rozbawienie umyka z niego niczym powietrze z przebitego balona.
– Lily…  –  zaczął, jednak nie wiedząc, co powiedzieć, westchnął.
Coś się dzieje – rzucił niespodziewanie instynkt.
Lily się dzieje – odparło serce, wciąż bijące nienaturalnie szybko.
Ktoś na nas patrzy – zaprzeczył instynkt.
James natychmiast rozejrzał się, odrzucając wszystkie pozostałe myśli. Jego podejrzliwość uspokoiła się w chwili pożegnania z Marco, a teraz powróciła z pełną mocą. Przygryzł wargę, odruchowo sięgając po różdżkę, jednak zamarł, widząc w tłumie znajomą twarz.

„Ser­ce i umysł rzad­ko kłamią jednocześnie.”
onathan Carroll

– Wujek! – zawołał wesoło, widząc zmierzającego w jego stronę jasnowłosego mężczyznę.
Thomas Potter, czyli najmłodszy z synów Arthura i Elizabeth, był całkowitym przeciwieństwem swojego brata. Jego jasnobrązowym włosom jak zwykle przydałoby się strzyżenie, gdyż sięgały już ramion, na młodej twarzy widniał szeroki, charakterystyczny dla wujka Jamesa uśmiech. Piwne oczy spoglądały na niego z radością.
– Jami! – krzyknął, na co młodszy Potter wysłał mu mordercze spojrzenie. Jeśli Syriusz usłyszy to zdrobnienie…
– Jami? – usłyszał nad uchem głos (o ironio!) Łapy, który chwilę później wybuchnął śmiechem. – Tego jeszcze nie słyszałem.
– Wiesz co, Syriuszu? Mam dziwne wrażenie, że nie miałeś słyszeć – zaśmiał się Thomas i uściskał najpierw Jamesa, a potem Syriusza.
– Co tu robisz? – spytał Rogacz, ignorując zdziwione spojrzenia reszty. – Ponoć miałeś wrócić…
– Ponoć to się nogi pocą – przerwał mu niecierpliwie wujek. – Czy jakoś tak… Nieistotne. Mieliśmy wrócić na święta, ale ojciec Ali zachorowali i chciała go odwiedzić. To nic poważnego, ale wiesz… kobiety. – Mężczyzna znów zaśmiał się głośno.
Na co dzień Thomas Potter mieszkał z żoną i córką w Marsylii, gdzie wyprowadził się krótko po śmierci swojej pierwszej małżonki. James pamiętał ją niewyraźnie, często widywał ich razem, gdy miał z cztery, może pięć lat. Zmarła w wypadku, choć Rogacz coraz częściej, gdy o tym myślał, zastanawiał się, czy miało to coś wspólnego z faktem, że Catherine nie była kandydatką na żonę, wybraną jego wujkowi przez rodziców, a czarownicą półkrwi, w której mężczyzna po prostu się zakochał. Czy już demonizuje swoją rodzinę? To możliwe, ale nieistotne. Kiedy Thomas doszedł już do siebie po stracie ukochanej zgodził się wyjść za przepiękną Francuzkę – Alię Lacroix, tak jak chciała jego rodzina. Teraz mają małą córeczkę, którą wujek Jamesa całkowicie odciął od swoich rodziców, twierdząc, że i tak zbyt wiele mu zabrali. Przynajmniej to Potterowi udało się podsłuchać.
– Tak… doskonale cię rozumiem – mruknął, kątem oka zerkając na Lily. – A, właśnie… To są Remus, Ann, Francesca, Mike i Lily – przedstawił przyjaciół, pokazując każdego z osobna. – Tego półgłówka już znasz – dodał, patrząc na Łapę.
– Ej!
– A to jest mój wujek, Thomas Potter. Prezentacja skończona, może pójdziemy się czegoś napić? – zaproponował, ignorując urażone prychnięcie Blacka. Nikt nie wyraził sprzeciwu, więc chwilę później kontynuowali spacer do Dziurawego Kotła.
– Jak się czujesz, młody? – zapytał Jamesa po drodze jego wujek, zwalniając uprzednio, by zrównać się z chrześniakiem. – Myślałem, że zawału dostanę, jak zobaczyłem ten artykuł – dodał, widząc, że Rogacz nie ma nic do dodania po wzruszeniu ramionami. – Pisałem do Dumbledore’a, ale dużo się nie dowiedziałem. Napisał tylko, że nic nie wiadomo, a potem dopiero, jak byłeś w szpitalu. A twój list, że „żyjesz i jakoś leci” nie wyjaśnia zbyt wiele – oznajmił, przypatrując się chłopcy z uwagą. James nie odpowiadał przez chwilę. Nie chciał okłamywać wujka, zdecydowanie nie, ale nie chciał go też martwić. Przecież nie dzieje się nic z czym nie mógłby sobie poradzić sam.
Ta… wybitnie nad wszystkim panujesz – sarknęło sumienie. – Wręcz cudownie masz kontrolę nad tym, co dzieje się w twoim życiu.
To nie jest takie proste, okay? – odparł rozum.
Nie, bo przecież trzeba byłoby przyznać się do słabości, a to go całkowicie przerasta – kłóciło się sumienie.
Słabość jest dla słabych! – wtrąciła swoje trzy knuty duma.
Odezwij się, bo im dłużej milczysz, tym bardziej go martwisz – zauważył mądrze instynkt.
Ale James milczał do końca drogi.

„W ciszy two­je ser­ce znaj­dzie od­po­wie­dzi, których ro­zum zna­leźć nie potrafi.”
Phil Bosmans

– Zakładał na głowę pieluchę i biegał po domu, krzycząc, że jest kapitanem pieluchą.
Lily po raz kolejny wybuchnęła śmiechem, słuchając opowieści wujka Jamesa. Większość dotyczyła dzieciństwa chłopaka, który teraz siedział naprzeciwko niej z lekko zaróżowionymi policzkami, co było tak uroczym widokiem, że zaczęła zastanawiać się, dlaczego Potter nie zawstydza się częściej. Naprawdę wyglądał jak zupełnie inna osoba.
– A ma pan może jakieś zdjęcia? – zapytał Black, wysyłając Potterowi złośliwe spojrzenie.
–  Co ty myślisz, że noszę upokarzające mojego bratanka zdjęcia w portfelu? Bo tak się składa, że mam jedno. – Wujek Pottera zaśmiał się i wyciągnął z kieszeni portfel, po czym pokazał im zdjęcie, na którym mały chłopiec biegał po pokoju, znikając i pojawiając się w kadrze z pieluszką na głowie, spod której wymykały się czarne, stojące dęba włoski. Potter jęknął i uderzył głową w stolik, który zajmowali w Dziurawym Kotle.
– Wujek, co ja ci zrobiłem? – spytał zbolałym tonem.
– Ty? Nic – odparł mężczyzna, po czym zwrócił się do reszty. – Ale kapitan pielucha pewnego dnia nie wyhamował przed szafką. Byście słyszeli ten ryk – dodał ze śmiechem.
– Nie myślał pan o sprzedawaniu tych zdjęć? – zapytał Mike, przyglądając się fotografii. – Dziewczyny w Hogwarcie mogły by sporo zapłacić za takie coś – dodał.
– Dam wam sto odbitek, ale dwadzieścia procent idzie do mnie – zaproponował pan Potter, co tamten podsumował bezradnym jękiem.
– Wujek…
– Racja, dzieciaku. Dwadzieścia pięć, panowie.
Lily zaśmiała się, na co James uniósł na nią wzrok zbitego szczeniaka.
– Daj spokój, James – rzuciła Ann, zabierając Mike’owi zdjęcie. – To strasznie słodkie.
– Miałem trzy lata – mruknął chłopak. – Po co to rozpamiętywać?
– Bo taki rozkoszny był z ciebie dzieciaczek – odparł złośliwie Remus, uśmiechając się szeroko. I wtedy Lily zrozumiała, czemu Huncwoci tak męczą biednego Jamesa. Zapewne sytuacje, w których mogliby mu dogryzać i zawstydzać zdarzały się rzadko, więc każdą okazję wykorzystywali w stu dziesięciu procentach.
­– Och, spadaj.
– Oj, Jami… to serio jest urocze, nie rozumiem, czemu się dąsasz – dogryzł Potterowi Davis. Gdyby nie wspomnienia wszystkich chwil, w których James nie powstrzymywał się od złośliwych komentarzy, Lily byłoby go szkoda, ale w tej sytuacji… z coraz to większym rozbawieniem oglądała zażenowanie chłopaka.
– Nie dąsam się – warknął James.
– Wcale – zironizowali równo Huncwoci, na co pozostali (nie licząc młodszego Pottera) zaśmiali się.
– Jesteście bezbłędni – stwierdził wujek Jamesa. – Wyślę wam kiedyś te odbitki – obiecał, za co został obdarzony kolejnym morderczym spojrzeniem ze strony bratanka. – Syriusz, nawet nie spytałem: jak rodzice?
– Świetnie – odparł ze śmiechem Black. – Uciekłem z domu, więc pewnie impreza trwa dwadzieścia cztery godziny na dobę.
– Uciekłeś? – powtórzył mężczyzna. – Zuch chłopak – dodał, uśmiechając się szeroko. – Dobra, dzieciaki. Miło się gadało, ale muszę już lecieć. Może wpadnę po was  z Sil, odprowadzić na peron w czwartek? Chciała się jeszcze z tobą zobaczyć, Jami – rzucił, wstając z miejsca.
– A Sil nie musi jechać do Beauxbatons? – spytał jeszcze Black, marszcząc brwi.
– Dopiero po południu, mają jakiś dziwny ten rozkład jazdy. Zdążymy.
Po krótkim pożegnaniu pan Potter teleportował się, a oni wrócili do Doliny Godryka.

„Myśl sobie, co chcesz, ale rodzina jest wieczna, tak jak Bóg.
Na szczęście.”

Autor nieznany

        Liny boleśnie wżynają się w jego ciało. Voldemort ze skupieniem przygląda się jego lewemu przedramieniu, po czym przykłada do niego koniec różdżki. Szepcze zaklęcie, a on znów czuje przeszywający ból w każdym, nawet najmniejszym, kawałku swojej skóry. Szarpie się z całej siły, ale liny, trzymające go w żelaznym uścisku nie pozwalają na najdrobniejszy ruch. Magia szaleje wewnątrz niego, chcąc rzucić się na napastnika i odeprzeć atak, jednak coś, o czym nie ma siły myśleć, nie pozwala na to. Skupia się na natłoku obcej mocy, która zaczyna powoli go wypełniać. Coś wdziera się do jego ciała i zdaje się rozdzierać go na części. Na chwilę wszystko ustaje, przez zalane krwią, łzami i potem oczy widzi triumfalny grymas na twarzy Voldemorta, który wciąż wpatruje się w jego przedramię. Coś się z nim dzieje, czuje dziwną pustkę w swojej głowie i ciele, jakby coś mu zabrano. Nie czuje nic w miejscu, gdzie coś zdecydowanie powinno być.
Głośny  trzask sprawił, że otworzył oczy. Szybko przetarł twarz ręką, jakby chcąc się upewnić, że krew i łzy na niej były, tak jak samo wspomnienie, tylko nocnym koszmarem. Podniósł się do pozycji siedzącej i spojrzał na Łapę, który zapewne był osobą, która wywołała dźwięk odpowiedzialny za wybudzenie Pottera z koszmaru.
– Książe gotowy do drogi? – rzucił Black z lekkim uśmieszkiem, ciskając w Jamesa poduszką, przed którą ten zdążył się uchylić.
–  Skończ już z tym księciem – westchnął Rogacz, wstając z łóżka i idąc w stronę szafy.
– Kiedy to naprawdę trafna ksywka – oburzył się Syriusz, na co Potter pokazał mu palcem, co o tym myśli. – Ojejej, takie brzydkie rzeczy księciowi nie wypadają – dodał, na co James wywrócił oczami.
– Księciu, palancie. Naucz się gramatyki – mruknął, uśmiechając się lekko, przy wciąganiu spodni na nogi.
– Księciu… księciowi… Co za różnica? Wiesz o co mi chodzi. I przestań się zachowywać jak Lunatyk. – Syriusz prychnął, siadając na swoje łóżko.
– Jego nie ma, to ktoś musi, nie sądzisz? – rzucił z lekką ironią Rogacz, zakładając bluzę. – Jedliście już? –dodał, zmieniając temat
– Nie, wszyscy czekają, aż jaśnie książę się obudzi – odparł Syriusz.
– Powiedz, że mogą jeść, nie jestem specjalnie głodny. – Po wypowiedzeniu tych słów zamknął się w łazience, by nie musieć słuchać wywodów Łapy na temat tego, jak ważnym posiłkiem jest śniadanie.
Zszedł na dół niecałe dziesięć minut później. Otworzył usta, by przywitać się z wszystkimi, kiedy poczuł, że ktoś, wskakuje mu na plecy, a następnie obdarza jego policzek lekkim całusem. Odruchowo złapał za łydki tej osoby, by zapobiec upadkowi.
– Czołem, Jimmy – usłał słodki głosik przy uchu. Jego wargi wygięły się w lekkim uśmiechu.
–  Hej, mała – odparł. – Chcesz celowo skręcić mi kark, czy to twój nowy sposób witania kuzynów? – spytał, na co odpowiedział mu cichy chichot. Postawił dziewczynę na ziemi i przyjrzał się jej uważnie.
Silena Potter była zdecydowanie jedną z tych istotek, które sprawiały, że na twarz wpływał uśmiech, mimo najgorszych zrządzeń losu. Miała długie do pasa, jasne włosy, obecnie związane w warkocz. Wzrostem sięgała Jamesowi ledwo do brzucha, co i tak było dużo jak na dziewięciolatkę.  Jej niebieskie oczka błyszczały wesoło zza zasłony długich, czarnych rzęs.
– Celowo – odparła ze śmiechem.
– Grunt to szczerość – skomentował Rogacz, na co dziewczynka roześmiała się głośno.
– Możemy już iść? Chcę zobaczyć ten pociąg – poprosiła Sil, patrząc na chłopaka błagalnie.
–  Chyba możemy – odparł tamten, patrząc na Huncwotów, którzy pokiwali głowami.
– Tylko wpadniemy jeszcze po dziewczyny – wtrącił Mike.
– To komu w drogę, temu w czas – dodał wujek Thomas i wstał od stołu.

„Używaj da­ru życia. Uśmiechów dzieci, ko­lorów nieba, za­pachu ka­wy, ciepłego wiat­ru i dzwo­nienia tram­wajów. Ciesz się mroźną zimą i upal­nym la­tem. Szczęście to czas. Nie za­pom­nij o tym.”
Michal Viewegh

            Pociąg odjechał równo o jedenastej, kiedy Huncwoci rozdzielili się z dziewczynami i całą czwórką siedzieli już w przedziale. James rozłożył się na dwóch siedzeniach, kładąc nogi na kolanach Łapy, który po pięciominutowej walce postanowił skapitulować i pozwolić Potterowi siedzieć, jak tylko mu się podoba. Remus tradycyjnie sięgnął po książkę, którą zabrał mu siedzący obok niego Mike i wyrzucił za drzwi przedziału, zastrzegając, że kto wstanie jest palant. Lupin odpuścił, wiedząc, że przyjaciele nie pozwolą mu spędzić całej podróży z nosem w książce.
– Co robimy? – spytał Skrzydlak, patrząc na każdego z Huncwotów po kolei.
– Oddychamy – odparł z leniwym uśmieszkiem James, na co blondyn przewrócił oczami. – No co? Ty tego nie robisz? – spytał. Mike wstrzymał oddech i pokręcił przecząco głową. Potter parsknął śmiechem, podczas gdy Remus przywołał sobie książkę i podjął się kolejnej próby zagłębienia w niej, jednak James nachylił się i wyrwał mu ją z ręki, samemu spadając z siedzeń. Pozostali Huncwoci ryknęli śmiechem.  – Uwaga, bo się zapowietrzycie – mruknął Potter, wstając z ziemi i rzucając książką w Mike’a. – Oddychasz – zauważył, na co chłopak zaklął siarczyście.
– Te, wyrażaj się, młody człowieku – zganił go Syriusz, próbując zepchnąć sobie z kolan nogi Jamesa, który powrócił do wcześniejszej pozycji.
– Przypomnę ci to, jak ktoś znowu gwizdnie ci sprzed nosa naleśniki – odparował Mike. Syriusz przedrzeźniał go przez chwilę, potem Davis zaczął przedrzeźniać przedrzeźnianie Łapy, a potem James już się pogubił, kto kogo przedrzeźnia.
– Zamknijcie się obydwaj – warknął w końcu Remus, zasłaniając uszy rękami. – Tego nie da się słuchać.
– Wyjątkowo się z nim zgodzę – powiedział James, na co Lupin rzucił mu urażone spojrzenie.
– Co to znaczy, że wyjątkowo? – oburzył się. Potter zrobił najbardziej niewinną minkę, na jaką było go stać i wzruszył ramionami.
– Ej, Remmy, ty nie powinieneś być w przedziale prefektów? – spytał niespodziewanie Skrzydlak. Remus wzruszył ramionami.
– Nie jestem naczelnym – odparł – ale to nawet lepiej. Z moją wilczą przypadłością mógłbym się nie wyrabiać.
– Taaak? – Syriusz uśmiechnął się podejrzanie. – A moim zdaniem Dumbledore znalazł kogoś bardziej odpowiedzialnego na to miejsce. Kogoś grzeczniejszego… spokojniejszego…
– Skąd ta pewność? – spytał Mike, patrząc uważnie na Blacka. – Wiesz, kto jest nowym prefektem? – zasugerował, po czym zapadła cisza. James wpatrywał się w sufit przedziału, próbując nie wmieszać się w tę rozmowę.
– Wiem – odparł w końcu Łapa, na co James jęknął w duchu. Kolejna chwila ciszy minęła na rozmyślaniu możliwego planu ucieczki z przedziału.
– Kto? – spytał widocznie zainteresowany Remus, patrząc na Blacka. Ten ledwo zdążył otworzyć usta, a rozległ się krzyk:
– POTTER!

 —————————————-
W następnym rozdziale:
– Kim jest prefekt naczelna?
– Władcy Slytherinu
– Nowi uczniowie
– Rozmowa z dyrektorem

Uwaga! Będę przemawiać:
Rozdziały będą wstawiane jak mi wygodnie. Kończę z ustalaniem terminów, bo to się nigdy nie kończy dobrze. Mam akurat duży natłok weny (alleluja), więc nie powinno być źle, ale są wakacje, co jest równoznaczne z częstymi wypadami (i jest leniem), więc rozdziały mogą nie pojawiać się super często (w sensie jeszcze rzadziej niż teraz?)
Pozdrawiam!
Wasza ukochana (tsa, jasne) Ann Black

Rozdział 14 „Książę”

Następnego ranka James i Syriusz pojawili się na śniadaniu dopiero po dwukrotnej interwencji Remusa i Mike’a, którzy dosłownie siłą wciągnęli przyjaciół z powrotem do świata codziennego. Wszyscy już jedli przegotowane przez Julie, która od świtu krzątała się po kuchni, śniadanie. James osobiście uwielbiał ją z całego serca. Odkąd pamiętał była w jego domu. Nieraz zdarzało się jej pomagać Potterowi w doprowadzeniu się do porządku po bolesnych awanturach z ojcem, by potem przynieść chłopakowi kubek kakao i domowej roboty ciasteczka, nawet jeśli wykraczało to poza jej godziny pracy. Przywitał się cicho z rodziną, uśmiechając słabo w stronę przyjaciół i zajmując wolne miejsce przy stole między Francescą i Syriuszem.
– O której to się wstaje, moi drodzy? – spytała, niby spokojnie, Elizabeth. Łapa, jakby od niechcenia, spojrzał na swój zegarek, i odparł:
– Najwidoczniej o dziesiątej. James kopnął go pod stołem w kostkę.
– Daj spokój – mruknął. – Po prostu trochę się zagadaliśmy w nocy – wyjaśnił dziadkom, uśmiechając się słabo.
– Na to wygląda – powiedziała tylko Elizabeth.
Reszta śniadania minęła w ciszy.
– /A myślałem, że śniadanka z moją rodzinką są złe/ – usłyszał James w głowie głos Syriusza.
– /Ty akurat powinieneś wiedzieć, że można się przyzwyczaić/ – odparł tylko, próbując skupić się na tłumieniu odruchu wymiotnego po zjedzeniu niewielkiej ilości owsianki. Nie znosił tego smaku, ale obecnie nic bardziej sytego nie było w stanie przejść mu przez usta.
– /Niby tak, ale atmosfera jest tak napięta, że mam ochotę wcisnąć ci twarz w tę owsiankę/ – przyznał Syriusz. James nie mógł powstrzymać lekkiego uśmieszku, który wpełzł na jego wargi.
– /Czy ludzie tak bardzo zniszczyli świat, że różnica między zabawą, a głupotą stała się niczyim?/ – parsknął, na co Syriusz tylko wyszczerzył się do niego. Ta krótka rozmowa telepatyczna w jakiś sposób poprawiła mu humor.
– James… – zaczął surowo jego dziadek, przez co delikatny uśmiech na twarzy Huncwota zmalał, jednak nie zniknął całkowicie. – Chcielibyśmy, żebyś nam coś wyjaśnił – oznajmił senior rodu, na co chłopak skinął z oczekiwaniem głową.
– Słucham – rzucił po przełknięciu owsianki. Arthur Potter sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął z niej paczkę papierosów.
– To wypadło z twojej kurtki. James, czy ty palisz to mugolskie świństwo? – spytała beznamiętnie jego babcia. Chłopak przyjrzał się paczce z niewinnym wyrazem twarzy.
– Nie – skłamał gładko, przerywając napiętą ciszę. – Nie, to nie moje – dodał i kopnął pod stołem kostkę Syriusza, by wmieszać przyjaciela w zaistniałą sytuację. Black uniósł wzrok znad talerza i, podobnie jak James, spojrzał na papierosy.
– Um, moje też nie – mruknął i wrócił do jedzenia. Rogacz przewrócił oczami.
Jasne, wiedział, że Syriusz próbuje skłonić go do postawienia się rodzince, ale to nie znaczyło, że musi być z tego powodu zadowolony. I nie był.
– Dzięki – burknął, nie zwracając uwagi na dziadków. – Jak zwykle jesteś super pomocny – dodał, wywracając oczami.
– Może gdybyś nie zostawiał papierosów na wierzchu nie byłoby całej sytuacji? – burknął Łapa, widocznie urażony podważeniem jego przydatności.
– Tak się składa, że pożyczyłem je TOBIE, więc na wierzchu zostawiłeś je TY – odparł James, marszcząc brwi. – Gdybyś nie wypalał swoich w trzy minuty, nie byłoby problemu – stwierdził, wzruszając niewinnie ramionami. Czuł na sobie spojrzenia pozostałych osób, które jednak nie odważyły się wtrącić w „kłótnie” przyjaciół. Kątem oka zarejestrował drżące wargi Lily i… O Merlinie, jak ona pięknie się uśmiecha…
– Oh, nie zapominajmy kto mnie wciągnął w te całe papierosy – mruknął Black, patrząc wymownie w sufit. Potter prychnął cicho.
– Nie zapominajmy również, kto jest na tyle tępy, żeby nie móc odpalić zwykłego szluga pieprzoną zapalniczką – mruknął cicho, wywracając oczami. Syriusz wyglądał jakby miał zamiar uśmiechnąć się na co wspomnienie, ale udało mu się zachować pozory powagi tej kłótni.
– Długo będziesz ciągnąć ten temat? – warknął. – To było dawno i nieprawda, okej? – dodał. James wykrzywił wargi w złośliwym uśmieszku.
– Ty zacząłeś wspominać.
– No to teraz kończę.
– Jasne, niech wszystko zawsze będzie pod ciebie, w końcu moje zdanie się nie liczy! – krzyknął Potter i wstał gwałtownie od stołu.
To chore – stwierdziła jego duma, ale rozum grał dalej. Syriusz także wstał.
– Wcale tego nie powiedziałem – stwierdził z fałszywym, jednak bardzo przekonującym, niepokojem. Położył dłoń na ramieniu Jamesa i uśmiechnął się uspokajająco. – Siadaj, słoneczko, dokończ śniadanie – poprosił miękko.
Rogacz usłyszał, jak jego babcia wciąga głośno powietrze na nazwanie go przez Syriusza „słoneczkiem”. Hmm… ciekawe… Może jak wmówi dziadkom, że jest gejem odpuszczą mu ten ślub? Zawsze warto spróbować. Odtrącił ze złością dłoń Blacka.
– Straciłem ochotę na jedzenie – warknął, czując, że dłużej nie wytrzyma i po prostu wybuchnie śmiechem. – Tak samo jak na rozmowę z tobą! – dodał i odwrócił się na pięcie, po czym opuścił pomieszczenie.
– Oj, skarbie… Jimmy… nie gniewaj się! – usłyszał jeszcze krzyk Blacka i pośpieszne kroki za nim. Chłopcy wymienili jednakowe uśmiechy, kiedy już zrównali się na schodach. – Znowu uratowałem ci tyłek – zauważył Syriusz, szczerząc zęby. James tego nie skomentował. Jednak nie sprawiało to, że stwierdzenie Łapy było mniej prawdziwe.
Znowu był mu winny przysługę.

„Wszys­tkie wiel­kości świata nie są war­te dob­rej przyjaźni.” François-Marie Arouet de Voltaire (Wolter)

Lily całkowicie szczerze mogła powiedzieć, że Dolina Godryka należy do jednych z najpiękniejszych miejsc na ziemi. Zielone łąki można było napotkać niemal na każdym kroku między wspaniałymi lasami, które pełne były niewielkich i przyjaznych zwierząt. Wprawdzie nie zdążyła jeszcze poznać osób mieszkających w pobliżu Pottera, jednak szerokie uśmiechy na twarzach przypadkowo napotykanych przechodniów świadczyły o ich uprzejmości i przyjaznym nastawieniu do innych. Wydawało jej się, że zarówno mugole jak i czarodzieje, którzy zamieszkują tę okolicę są wyjątkowo miłymi osobami.
Cóż… wydawało… Wpadła na kogoś przez nieuwagę, w skutek czego poszkodowana osoba upadła na ścieżkę, którą obecnie Lily zmierzała w stronę domu Francesci po powrocie od Jamesa.
Taka krótka dróżka, a już zdążyłam narobić szkód, pomyślała z cichym westchnieniem.
– Bardzo przepraszam – mruknęła ze skruchą, wyciągając dłoń do dziewczyny, którą potrąciła. Była to całkiem przeciętna osoba o delikatnie opalonej skórze, piwnych oczach i włosach koloru mlecznej czekolady, które sięgały ledwo do ramion. Odrzuciła jej pomoc i wstała o własnych siłach, otrzepując dżinsowe ogrodniczki, w które była ubrana i białą bluzeczkę, której zobaczyć mogła tylko kawałek.
– Oh, księżniczka wybaczy, że przeszkodziłam w spacerze – rzuciła dziewczyna i odeszła, zanim Lily była w stanie zareagować. Zmarszczyła brwi. Księżniczka? Wzruszyła ramionami i kontynuowała przerwaną wędrówkę. Nie trwało to długo, gdyż zanim zdołała zrobić choćby parę kroków ktoś ją dogonił i złapał lekko za ramię. Odwróciła się, automatycznie sięgając po różdżkę, gotowa w każdej chwili ogłuszyć potencjalnego napastnika, jednak zrezygnowała z tej czynności, gdy zobaczyła, że zatrzymał ją zwykły, na oko w jej wieku, chłopak.
– Hej, widziałem, że rozmawiałaś z moją siostrą… wszystko gra? – spytał z lekko nerwowym wyrazem twarzy. Lily przez chwilę wahała się, co zrobić, jednak ostatecznie kiwnęła tylko głową.
– Tak, wszystko w porządku… pójdę już – mruknęła i spróbowała wyminąć obcego, jednak nie było jej to dane.
– Poczekaj – rzucił brunet i znów dorównał jej krokiem. – Ja chciałem cię poznać… i… już wcześniej cię widziałem, ładna jesteś i chciałbym… – jąkał się. Przerwało mu westchnięcie.
– Posłuchaj, bardzo mi miło, ale mam chłopaka i nie mieszkam tu na stałe, więc nic by z tego nie wyszło – oznajmiła, próbując brzmieć uprzejmie. Naprawdę nie miała teraz głowy do chłopców, więc musiała coś wymyślić. Nawet jeśli wiązało się to z kłamstwem (nie była pewna, czy jej związek z Aronem się już zakończył, czy Krukon chce jeszcze to ciągnąć).
– Oh… jasne… rozumiem. Szlag, mogłem przewidzieć, że książę mnie wyprzedził – mruknął chłopak, oblewając się lekkim rumieńcem.
– Przepraszam, kto? – spytała, przyglądając się chłopakowi z niewielką irytacją. Spojrzał na nią, jakby zadała najgłupsze pytanie świata.
– Faktycznie nie jesteś stąd – stwierdził ze śmiechem. – Książę… James Potter… Nie słyszałaś tego przezwiska? – spytał, na co Lily pokręciła przecząco głową. Nieznajomy zaczął działać jej na nerwy. – Mogę ci to wyjaśnić, ale w zamian dasz się zaprosić na lody – zaproponował z lekkim uśmiechem, który zapewne miał być czarujący i uwodzicielski. Evans miała ochotę przewrócić oczami i odejść, jednak ciekawość wzięła górę. No… i każda okazja na darmowe lody (on będzie stawiał, prawda?) jest dobra.
– Niech będzie – zgodziła się i pozwoliła poprowadzić się w stronę pobliskiej lodziarni. – Mam na imię Lily – dodała jeszcze, wymuszając uśmiech.
– Ładnie – stwierdził chłopak i puścił jej oczko. – Edward – dodał na jej pytające spojrzenie. Resztę drogi do lodziarni pokonali w ciszy. Na miejscu Lily zamówiła sobie gałkę waniliowych lodów, za którą zapłacił brunet.
– To o co chodzi z tym księciem? – spytała Evans, gdy już zajęli miejsca na ławce w maleńkim parku.
– To w zasadzie długa historia. Ta rodzina od zawsze była… no wiesz. Z wyższej ligi. Tata zawsze mi mówił, że jak ktoś ma pieniądze, ma wszystko. I oni mieli wszystko. Służba, znajomości, szacunek. Praktycznie nikt ich nie znał bliżej. Mieszkali w tym swoim „pałacu”, stary Potter pracował gdzieś po za miastem, jego żona chodziła wiecznie w jakiejś drogiej biżuterii, więc możesz sobie wyobrazić, jakie zwyczajni ludzie mieli do nich podejście. Moi starsi dalej nazywają ich królewską parą. Wiesz… na początku to miały być złośliwe przezwiska, ale potem samo się przyjęło. Charles Potter był królem, Dorea królową, więc ich syneczek stał się księciem. I to faktycznie do niego pasuje, nie sądzisz? Uczy się w jakimś prywatnym internacie, przyjeżdża tylko na święta i wakacje. Rzadko można go zobaczyć wśród ludzi, a jak już to robią z tego wielką sensację. Przynajmniej tak było kiedyś. Potem, jak już był w tej szkole i wracał tutaj, zaczął łazić z tym Blackiem. Wtedy się zaczęło. Wcześniej z nikim się nie zadawał, a potem zaczęły się wielkie podrywy, szukanie zaczepek, prowokowanie, ładowanie się w kłopoty. Wszędzie było ich pełno. A oboje byli tak samo nieznośni. Traktowali innych jak obywateli niższej kategorii, a jak przychodziło co do czego to zgrywali niewiniątka. Jak dwa książątka – mówił Edward. Lily słuchała go, z uwagą wyłapując każde słowo i każdą towarzyszącą mu nutkę; złości, zazdrości, kpiny, goryczy…
– Twoja siostra nazwała mnie księżniczką… – zaczęła, nawijając kosmyk włosów na palec. – Czyli…
– James Potter jest księciem, czyli wszystkie jego dziewczyny stają się księżniczkami – wyjaśnił Edward z lekkim uśmiechem. – Nie przejmuj się ty…
– Ja nie jestem jego dziewczyną – przerwała Ruda. – To tylko kolega, nie jesteśmy razem – dodała pośpiesznie. Chłopak uśmiechnął się szerzej.
– Więc tym bardziej nie powinnaś się przejmować – stwierdził, kładąc dłoń na stół, blisko jej ręki, którą zdjęła natychmiast, pojmując jego zamiary. – Tylko radzę ci uważać. Dziwne rzeczy się dzieją w tej rodzinie. Dziwne dźwięki z domu, podejrzani ludzie w okolicy… Słyszałaś o tej aferze w Sylwestra? Jedna z łąk wyglądała jak pobojowisko, ogień, jakieś huki… Ponoć Potter był w to zamieszany. No i śmierć jego rodziców… Oficjalnie sprawę wyjaśniono, ale nikt w to nie wierzy – dodał, nagle brzmiąc odrobinę przerażająco. – Wcześniej też nie było za dobrze, ponoć już pokolenia wstecz bały się właścicieli tego domu. A Potter… to ten typ osoby, na które trzeba uważać. Wokół niego dzieją się dziwne rzeczy. Raz podskoczył mu chłopak, z którego siostrą Potter zaczął się umawiać. Nie minęło pięć minut i zaatakowały go szerszenie. Tak po prostu. Potem parę dziewczyn próbowało go „uwieść”. Powiedział im, co o nich myśli, a one nazwały go dziwakiem i odeszły. Daleko nie zaszły, bo wszystkie wpadły do rzeki. Nie było zbyt głęboko, ale nurt był naprawdę mocny. Skończyło się tylko poobijaniem i skaleczeniami, ale swoje przeszły. Co jeszcze… Kiedyś „koleżanka” Pottera zwróciła uwagę jednemu chłopakowi, żeby posprzątał po swoim psie. On nazwał ją pustą idiotką. Potter kazał mu uważać na słowa, to i jego zwyzywał. I wiesz co? Pies tego chłopaka oszalał! Jego własny pies się na niego rzucił. Pogryzł swojego właściciela, rozumiesz?
Lily wytrzeszczyła oczy, patrząc na nowego znajomego z przerażeniem. Jasne, wiedziała, że James miał tendencje do… celebrowania swojej przewagi nad innymi, ale to było po prostu straszne! Choć dziwne… Te wszystkie osoby równie dobrze mogły mieć pecha, jedynym co ich łączyło to fakt, że wszyscy podpadli Potterowi, a on przecież nie mógł używać czarów poza szkołą. Chociaż… w Dolinie Godryka żyli zarówno mugole jak i czarodzieje, czyli ministerstwo nie mogło wykryć namiaru. Ale… to było takie złe.
– Pójdę już – mruknęła, podnosząc się z miejsca. Rozpuszczone lody już dawno skapywały na chodnik.
– Lepiej na niego uważaj, Lily. To wszystko nie mogły być przypadki – rzucił jeszcze Edward, także wstając. Dziewczyna skinęła głową, czując ogromną gulę w gardle. Nagle rozległ się inny głos:
– Roznosimy plotki, Grassfame?

„Nie cierpię rozsiewać plotek, ale co innego można z nimi robić?” Amanda Lear

A wycieczka po lody miała być nudna, pomyślał brunet, z rozbawieniem wypatrując się w przerażone twarze Evans i tego lalusia-idioty. Pamiętał, gnojka. A dokładniej pamiętał akcję „Podłożyć Palantowi Zgniłą Rybę Do Sypialni”. James, nie wiadomo czemu, bardzo wkręcił się w ten numer, więc Syriusz, jak na dobrego przyjaciela przystało, pomagał mu jak tylko mógł. W zasadzie… cieszył się, że usłyszał tę rozmowę. W końcu dobrze jest wiedzieć, co ludzie o tobie mówią, a co mówią o twoim przyjacielu, którego z jakiegoś powodu pewne osoby się boją (Jim był łagodny jak baranek, jeśli się miało do niego odpowiednie podejście), jeszcze lepiej wiedzieć. W końcu mógł wszystko tak ugrać, że do końca wakacji mieliby z Rogasiem świetne zajęcie do końca wakacji, ale sześć lat przyjaźni z Potterem nauczyło go kilku ważnych rzeczy; chociażby, że zanim wykonasz dobry ruch należy się upewnić, czy aby na pewno nie masz możliwości wykonania lepszego, a on miał tę możliwość. Miał też świetny pomysł, jak to wykorzystać.
– Ładnie to tak? – spytał, zbliżając się do pary(?) z cynicznym uśmieszkiem.
– Black… – zaczęła Evans, najwidoczniej biorąc na siebie rolę bohaterki. – Posłuchaj, on…
– Nie z tobą rozmawiam – rzucił Łapa lekceważąco. – Powiem ci Edwin… Edwin, tak? Nieistotne… Powiem ci, że moim zdaniem to przezwisko idealnie pasuje do Jamie’ego, ale on może nie być tak bardzo zadowolony – oznajmił z wyrazem sztucznego zmartwienia na twarzy.
– Więc pomyśl, ile nerwów mu oszczędzisz, jeśli się nie wygadasz – rzuciła ostrożnie Ruda. Syriusz niemal się zaśmiał, ale jak zwykle poczuł irytacje od samego tonu głosu dziewczyny.
– James ma swoje sposoby na wyciąganie z ludzi informacji. Poza tym… czemu miałbym chcieć ułatwić wam życie? Jasne, mógłbym spróbować przekazać mu to tak, żeby nie zaczął od razu planować czegoś złego i takie tam, ale nie mam odpowiedniego powodu, by to zrobić – stwierdził i westchnął cicho. Zobaczył, że Evans gestem daje znać temu palantowi, że ma się wycofać, co ten od razu zrobił, zostawiając Lily sam na sam z Blackiem.
– To co chcesz w zamian za łagodne przekazanie Potterowi tejże informacji – fuknęła dziewczyna, wywracając oczami.
– Może zróbmy tak… ja przekażę mu to w miarę delikatnie, a ty obiecasz mi, że zrobisz coś, co zdradzę ci dopiero w szkole, hmm? – zaproponował Łapa z biznesowym uśmieszkiem i wyciągnął w jej stronę dłoń.
– Niech będzie – mruknęła Ruda, ściskając ja lekko. Widocznie sądziła, że to nie będzie nic złego.
No cóż…

„W życiu nie ma nic pew­ne­go, ale jed­no wiem – trze­ba po­nosić kon­sekwen­cje swoich czynów, przyjąć od­po­wie­dzial­ność za swo­je uczynki.” Cecelia Ahern

Dziadkowie Jamesa mieli wyjechać z Doliny Godryka dzień później. Szczerze? James uważał, że to najlepsze, co spotkało go w tę wakacje. Wreszcie będzie mógł naprawdę odpocząć. Żadnych uwag typu: „Nie garb się”, „Jak chodzisz?”, „Nie wywracaj oczami”, „Patrz na mnie, kiedy do ciebie mówię” i innych takich. W kwestii bycia upierdliwym jego dziadkowie pobili chyba każdego, łącznie z Filch’em. James miał nadzieję, że on nigdy taki nie będzie. W każdym bądź razie nic nie mogło mu zepsuć humoru, a przynajmniej tak mu się wydawało w chwili, w której Arthur i Elizabeth stali pod drzwiami, gotowi do wyjścia. Oczywiście nie ustalili niczego konkretnego w sprawie ślubu, a próby wmówienia dziadkom przez Jamesa, że jest gejem tylko utwierdziły ich w przekonaniu, że Jamesowi małżeństwo jest potrzebne równie bardzo jak włosom Snape’a szampon. Mimo wszystko warto było zobaczyć ich miny, gdy oznajmił, że mają nie spodziewać się prawnuków, gdyż Syriusz jest wspaniałym kochankiem i nie ma zamiaru zrezygnować z seksu z nim. Czy to było konieczne? Jasne, że nie, ale nie mógł oprzeć się pokusie zostawienia ich bez słowa po deklaracji, że bez względu na jego orientacje weźmie ślub z tą dziewczyną. Podsumowując: jego dziadkowie twierdzą, że jest gejem, a on i tak musi się żenić. No cóż, przynajmniej próbował. W każdym bądź razie ślub był problemem, którym miał zamiar zająć się później.
Prawdopodobnie.
Pożegnanie nie było ani długie, ani czułe.
To nieważne. Grunt, że już ich nie ma, pomyślał James, opierając się plecami o drzwi. Odetchnął z ulgą. To były naprawdę męczące odwiedziny. Niedługo cieszył się spokojem, gdyż pięć minut po odejściu jego dziadków znów rozległo się pukanie. Z miną wyrażającą całkowite cierpienie odwrócił się i otworzył, by wpuścić do środka całą bandę, która postanowiła przeczekać pożegnanie u Francesci.
– Poszli w końcu? – spytał Syriusz, odwieszając kurtkę.
– Poszli, poszli – odparł James, zamykając drzwi za Lily, muskając przypadkiem jej ramię wierzchem dłoni.
– To dobrze – stwierdziła Ann – ale proszę jeszcze nie zdejmować kurtek, idziemy na Pokątną – oznajmiła tonem, jakby mówiła, że właśnie każdy z nich wygrał tysiąc galeonów. Potter rzucił jej niezadowolone spojrzenie.
– Po co? – spytał z jękiem. Nie miał najmniejszej ochoty wychodzić z domu.
– Moja mama ma niedługo urodziny – odparła Ann, robiąc błagalną minkę. – No chodźcie, nie chce mi się iść samej – dodała, patrząc na każdego z kolei. Pierwsza odezwała się Lily:
– No… ja mogę iść – mruknęła, mimo ewidentnej niechęci.
– Ja i tak idę – rzuciła Dor. – Umówiłam się z Marco – dodała, zerkając ukradkiem na Łapę, który niewzruszony wbił wzrok w sufit, unikając spojrzenia na proszące oczy Ann. James postanowił wziąć z niego przykład i zainteresować się zawartością swoich kieszeni. Miał dziwne wrażeni, że czegoś mu brakuje.
– To ja też pójdę – mruknął Remus, który zapewne spojrzał swojej dziewczynie w oczy, co było poważnym błędem.
– Ech, i tak nie mam nic do roboty. – Francesca wzruszyła ramionami.
– Ja idę – oznajmił tuż po niej Mike z przesadnym entuzjazmem. Teraz wszystkie spojrzenia wbiły się w Jamesa i Syriusza, którzy z minami niewiniątek wpatrywali się wszędzie byle nie na przyjaciół.
– Wiecie… – zaczął Rogacz, mierzwiąc włosy. – Tak sobie myślę, że jednak się wybiorę – oznajmił, po czym dodał w odpowiedzi na ich pytając spojrzenia: – Przypomniało mi się, że nie mam różdżki.

„Dob­re chwi­le dzi­siej­sze­go dnia są smut­ny­mi wspom­nieniami jutra.”
Bob Marley

– Jak mogłeś zapomnieć o różdżce!?
James westchnął, słysząc to samo pytanie z ust kolejnej osoby, jaką tym razem był Syriusz, który postanowił pójść z nim do Olivandera – najlepszego wytwórcy różdżek w całej Anglii – podczas gdy reszta poszła pomóc Ann wybrać prezent dla jej matki. Przewrócił oczami i odparł:
– Mówiłem już, że używałem przez wakacje bezróżdżkowej i miałem inne rzeczy na głowie. – Wzruszył ramionami i, nie czekając na odpowiedź Blacka, wszedł do pełnego półek i regałów sklepu. Podobnie jak sześć lat temu, właściciela nie było za ladą. – Dzień dobry! – rzucił, czekając na odzew zza półek. Przez chwilę słychać było jakiś szelest, potem kroki, a w końcu zza półek wyłoniła się siwa czupryna starego czarodzieja o osobliwym wyrazie twarzy.
– Ach… pan Potter. Przyznam szczerze, że spodziewałem się ponownie pana zobaczyć – oznajmił z wyrazem zamyślenia na twarzy. – Bardzo się pan zmienił… podobnie jak pana moc… hmm… pomyślmy… wcześniejsza różdżka… 11 cali, mahoń, włos z ogona jednorożca, dość sztywna… ach, naprawdę wspaniała różdżka, szkoda, wielka szkoda – mamrotał mężczyzna bardziej do siebie niż do Huncwotów, którzy wymienili znaczące spojrzenia. Żaden nie miał zamiaru przerywać monologu sprzedawcy. – Teraz… dużo się zmieniło. Może ta? – spytał i podał Jamesowi pierwszą różdżkę. – Brzoza, włos z ogona jednorożca, 12 cali, sztywna…
James machnął różdżką, lecz jedynym co osiągnął było zbicie wszystkich szyb w sklepie.
– Nie, nie. To nie to – mruknął Olivander i odebrał Jamesowi magiczny przedmiot. – Może ta? Mahoń, róg jednorożca, 10 i 1/4 cala, dość sztywna…
Jednak i tym razem się nie udało. Dopiero szósta różdżka okazała się być właściwa. James od razu po wzięciu jej w dłoń poczuł nagły przypływ energii, identyczny, co przy wyborze pierwszej różdżki.
– To ta – oznajmił pewnie, na co Olivander pokiwał głową w skupieniu.
– Bardzo różni się od pana pierwszej różdżki… Cis, włos z grzywy kelpii, 13 i 1/2 cala, sztywna. To wyjątkowy rdzeń, panie Potter – oznajmił. – Rzadko wybiera sobie właściciela… władca takiej różdżki przeważnie ma bardzo skomplikowany i trudny charakter… Kelpie są bardzo przebiegłe, podobnie jak właściciele różdżek z ich włosem. No i jeszcze cis… to mroczne drzewo, bardzo kapryśne. Ta różdżka jest stworzona do rzucania potężnych i okrutnych zaklęć… o ile właściciel naprawdę tego chce – zakończył Olivander, wpatrując się w Jamesa intensywnie. Chłopak skinął głową, nie mogąc wydusić z siebie słowa. Szybko zapłacił za różdżkę i opuścił sklep, ciągnąc za sobą znudzonego Blacka.
– Już? – spytał głupio tamten, brzmiąc tak beztrosko, że przez chwilę James zastanawiał się, czy to wszystko mu się nie przyśniło. – To co? Teraz lodziarnia? – dodał Łapa, zanim Potter zdołał odpowiedzieć. Ruszyli w stronę Lodziarni Floriana Fortescue, gdzie już siedzieli pozostali Huncwoci, Lily, Ann, Francesca oraz Dorcas w towarzystwie mocno opalonego chłopaka. James zatrzymał się gwałtownie i złapał Syriusza za rękaw, zmuszając go do tego samego.
To jest ten chłopak Dorcas?

—————————
W następnym rozdziale:
- Skąd James zna Marco
- Niespodziewane spotkanie
- Pierwszy września
- Prefekci Naczelni